RSS
 

Historia jednej fotografii

26 mar

Widziałem to zdjęcie wielokrotnie. Czasem jest ono umieszczane do artykułów dotyczących Starego Miasta. Niesłusznie. W rzeczywistości wykonano je na Mokotowie. Nie każdy też wie, jaką tragedię za sobą kryje.

Historia tej fotografii zaczyna się pod koniec drugiego miesiąca Powstania Warszawskiego. 24 września zaczął się generalny szturm na powstańczy Mokotów. Już po dwóch dniach dowodzący obroną Obwodu V Mokotów Okręgu Warszawa AK ppłk Józef Rokicki („Karol”) zrozumiał, że Powstańcy nie dadzą rady odeprzeć tego szturmu. Wydał rozkaz odwrotu. Dowódca sił powstańczych, gen. bryg. Antoni Chruściel („Monter”), nakazał jednak bronić Mokotowa. Spowodowało to tylko zamieszanie. W Śródmieściu zjawiło się ok. 800 Powstańców z 10 Dywizji Piechoty im. Macieja Rataja oraz 200 żołnierzy ze Zgrupowania „Radosław” z dowódcą, ppłk Janem Mazurkiewiczem („Radosław”). Reszta gotowała się do ewakuacji, kiedy otrzymali rozkaz wstrzymania odwrotu. Przyszło im odpierać coraz silniejszy atak nieprzyjaciela.

Kilka grup zmęczonych Powstańców z „Baszty” głównie z kompanii B1, B3 i K 4 oraz cywile (w sumie ok. 400 osób obojga płci) wciąż błądziło w podziemnym labiryncie pełnym śmieci, ekskrementów i fetoru. Co gorsza, w ich szeregi wdarło się rozprężenie. Spanikowani ludzie przepychali się, krążyli po kanałach w poszukiwaniu drogi do Śródmieścia. Niemcy, którzy mieli doświadczenie z innych terenów, warowali przy włazach kanałowych. Zaczęli wrzucać karbid. Ten granulat w połączeniu z wodą wydziela acetylen, który wypychał powietrze, a ludzie się dusili  Ci, którzy zdołali umknąć gazom, ginęli najczęściej od granatów lub z wycieńczenia. Nieliczni dotarli do Śródmieścia.

Błądzenie w odmętach

Tymczasem w kanałach łączniczka zaczęła krzyczeć w poszukiwaniu szefa sztabu „Baszty” ppłk Pawła Zagórowskiego („Góra”). Te krzyki tylko ułatwiły Niemcom jej namierzenie i zabicie. Seria z pistoletu maszynowego, jaka ją dosięgła przez jeden z włazów, wywołała jeszcze większy ferment. Rozhisteryzowanych ludzi opanowywali dwaj podporucznicy z kompanii łączności pułku „Baszta” Kazimierz Borowski („Gerard”) i Stanisław Tołwiński („Kępa”).

Kiedy już jako tako opanowali sytuację, grupa ruszyła w poszukiwaniu włazu. „Gerard” i „Kępa”, wraz z por. Stanisławem Niemirą („Stach”), szefem łączności Pułku „Baszta”, ruszyli wraz z kolumną ludzi w kierunku Śródmieścia. Zaraz się jednak natknęli na właz obsadzony przez Niemców. Pierwsi ludzie zaczęli się dusić. To oznaczało jedno: w kanale był karbid. Słychać było także wybuchy granatów, które wrzucali Niemcy. Poziom wody zaczął się podnosić.

Było już ok. godziny 1200 27 września. Powstańcy brodzili w brei od 15 godzin. Wiedzieli, że dojście do Śródmieścia było zamknięte. Wtedy natknęli się na właz. Jeden żołnierzy , st. sierż. Alfons Kamiński („Rybka”), szef kompanii łączności, nie wytrzymał. Rzucił teczkę z dokumentami i zaczął gramolić się po klamrach na górę. Było cicho. Na górze nikt nie strzelał. Ta cisza intrygowała ludzi. Żaden z nich się nie ruszył.

Po chwili nad włazem pochylił się oficer SS, który nakazał wyjście, grożąc użyciem granatów. Część ludzi się przełamała. Po rzuceniu broni w szlam zaczęli piąć się po drabince. Esesmani wiedzieli jednak, że nie wyłapali wszystkich. O 1250 nakazali jednemu z Powstańców, zejść do kanałów i wybrać porzuconą przez Polaków broń. Miał także przekazać, żeby w ciągu 10 minut ludzie zaczęli wychodzić. W przeciwnym razie mieli zostać ponagleni granatami.

Egzekucja

To nie poskutkowało, więc 1300 Niemcy wrzucili wiązki granatów.  Ludzi w kanałach ogarnęła panika. Jedni chcieli wychodzić, a kiedy inni opowiadali się za dalszym poszukiwaniem drogi do Śródmieścia. Na górze część żołnierzy, zapewne wykorzystując chwilowe, zainteresowanie Niemców włazami,  spróbowała ucieczki. Niestety, zostali zabici.

Ci którzy wyszli spod ziemi, byli na ul. Puławskiej. Kolejnych 30 żołnierzy wyczołgało się przez właz na ul. Dworkowej pod numerem 5. Zobaczyli więcej esesmanów przybyłych z domu Wedla (ul. Puławska 28) oraz funkcjonariuszy Schutzpolizei z komendy policji (ul. Dworkowa 5). Niezależnie od punktu wyjścia, Niemcy pobili wychodzących. Okradli ich także z wszelkich wartościowych rzeczy oraz dokumentów i broni. Przy akompaniamencie obelg, 120 Powstańców klęknęło pod parkanem wieńczącym pobliską skarpę.

Ten Powstaniec wychodzi z kanałów wprost pod lufy niemieckich karabinów. Zaraz zostanie zapędzony na miejsce stracenia.
Był on członkiem grupy, która wyszła przez właz na ul. Puławskiej. Na zdjęciu widać bowiem tory tramwajowe, a te biegły własnie po jezdni ul. Puławskiej. Na Dworkowej nie ma (i nie było) torów.
(fot. Bundesarchiv, Bild 146-1994-054-30 / Anton Ahrens / CC-BY-SA 3.0)

Po chwili któryś z nich, najprawdopodobniej strz. Mieczysław Różniatowski („Góral”) z kompanii B 3, zorientował się co do zamiarów Niemców. Ponoć miał krzyknąć do swoich kolegów, żeby nie dali się zabić. Następnie dopadł jednego z esesmanów, chcąc wyrwać mu karabin. Zaczęła się szarpanina, w której „Góral” zginął. Zaraz potem Niemcy oddali salwę z najbliższej odległości. Oprawcy chodzili między bezwładnymi ciałami i dobijali tych, którzy ostatkiem sił usiłowali złapać jeszcze jeden oddech.

Ocaleni

Mało brakowało, a ofiar byłoby więcej. Śmierci uniknęło ok. 30 sanitariuszek i trudna do określenia liczba cywilów. Tuż przed egzekucją oprawcy, bazując na sobie tylko znanych kryteriach, odłączyli ich od kolegów. To jednak, że umknęli kostusze nie oznaczało ocalenia. Zostali zesłani do obozu przejściowego w Pruszkowie, a następnie do KL Stutthof.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy na ul. Puławskiej wyszli żołnierze, inna grupa Powstańców z kompanii B 1 otworzyła właz nieco dalej od skarpy. Następnie udali się oni na północ, żeby przemknąć do Śródmieścia. Zostali jednak zauważeni i wzięci w niewolę. Niemcy nie ukrywali, że jeńców czeka pluton egzekucyjny. Powstańcy dogadali się nawet, ze w przypadku postawienia ich pod ścianą, rzucą się na wrogów. Do tego jednak nie doszło. Dowodzący oddziałem oficer Wehrmachtu w ostatniej chwili odwołał egzekucję. Wtedy zaczęła się masakra na ul. Dworkowej. Po jej zakończeniu Powstańcy zostali oni popędzeni na schodami na niedawne miejsce egzekucji, a następnie ul. Puławską i Rakowiecką.

Trzeba stwierdzić egzekucja na ulicy Dworkowej była złamaniem wszelkich praw regulujących konflikty zbrojne. Mord ten był też przeciwko gwarancjom, jakie udzielił dowodzący tłumieniem Powstania Warszawskiego SS-Obergruppenführer (pol. generał armii) Erich von dem Bach-Zelewski.

Zabitych upamiętnia obelisk przy ul. Dworkowej.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Jaś” i „Kubuś” szturmują Uniwersytet

28 lut

Przechodząc pomiędzy sprzętem wojskowym zgromadzonym na dziedzińcu Muzeum Wojska Polskiego można zobaczyć dość charakterystyczny, kanciasty pojazd. To „Kubuś”, zbudowany od podstaw powstańczy pojazd pancerny. Wraz z drugim transporterem, „Szarym Wilkiem” wziął on udział w walkach o Uniwersytet Warszawski.

1 sierpnia 1944 roku kpt. Cyprian Odorkiewicz („Krybar”) wysłał do ataku dwie kompanie dowodzonego przez siebie VIII Zgrupowania AK do ataku na Uniwersytet Warszawski. Akcję mieli wspierać żołnierze z Kompanii Motorowej „Wydra”. Natarcie miało być poprowadzone, przez skarpę, od strony ul. Browarnej i od ul. Oboźnej. Niestety, atak się nie udał, choć Powstańcy przejściowo zajęli spalony budynek Auditorium Maximum.

Co gorsza, dowódca na terenie Powiśla (I Rejon I Obwodu Okręgu Warszawa AK), mjr. Stanisław Błaszczak („Róg”) nie zdołał dotrzeć na miejsce. Walki zastały na terenie Starego Miasta. Dlatego też dokonał reorganizacji podległych mu sił powstańczych. Powołał do życia Grupę Bojową „Krybar”, na której dowódcę wyznaczył kpt. Cypriana Odorkiewicza („Krybar”). W skład Grupy weszli Powstańcy z III Zgrupowania „Konrad”  dowodzonego por. Juliusza Szawdyna („Konrad”) i oddziały w Elektrowni Powiśle, którymi dowodził kpt. Stanisław Skibniewski („Cubryna”). Do grupy dokooptowano ponadto  kompanię „Lewar”, którą dowodził por. Jan Piotrowski („Lewar”). VIII Zgrupowanie, objął por. Marian Mokrzycki („Bicz”).

Jakby tego było mało, Powstańcy nie doszacowali siłę załogi. Przed Powstaniem obserwatorzy dopatrzyli się jedynie ok. 21 żołnierzy i maksymalnie kilkudziesięciu rekonwalescentów. Kompleksu bronił jednak oddział, którym dowodził hauptmann (pol. kapitan) Uhrlig. Pod jego komendę oddano dwie kompanie z 944. batalionu zabezpieczenia (niem. 944. Sicherungs Battalion). Oprócz tego, kwatery na Uniwersytecie zajmowali rekonwalescenci z 7. kompanii ozdrowieńców (niem. 7. Gesungs-Kompanie). 73 żołnierzy było na tyle sprawnych, żeby zająć pozycje na stanowiskach.

Niemcy obsadzający Uniwersytet czuli się pewnie. Obsadzony przez nich teren był ufortyfikowany. Wejścia od Krakowskiego Przedmieścia strzegł bunkier. Wejść od strony ul. Oboźnej i od strony kościoła Wizytek (też zajętego przez nieprzyjacielski pododdział) były posterunki wyposażone w broń maszynową. Od strony ul. Browarnej była skarpa i rowy strzeleckie, co również utrudniało podejście.

 

Za dnia nieprzyjaciel ostrzeliwał okoliczny teren i urządzał wypady. Powstańczy strzelcy wyborowi polowali na nieuważnych żołnierzy przeciwnika. Nocą to żołnierze polscy dokonywali wypadów, choć nieskutecznych.

Projekt 

Dowództwo Grupy Bojowej „Krybar” znało natarcia z 1 sierpnia. Nie było wątpliwości, że zdobycie kampusu uniwersyteckiego będzie trudniejsze, niż przypuszczano. Pod koniec pierwszej dekady sierpnia oficerowie zastanawiali się, jak wzmocnić powstańcze zdolności ofensywne Grupy. Wtedy też podniesiono kwestię budowy samochodu pancernego. Najprawdopodobniej krzewicielami tej myśli byli oficerowie z Elektrowni Warszawskiej. Tam bowiem ppor. Edmund Frydrych („Kaczka”) rozpoczął prace nad dopancerzeniem stojącej w jednym z garażów ciężarówki Chevrolet 157, która wcześniej była własnością produkującej urządzenia mechaniczne firmy „Lilpop, Rau i Leowenstein”.

8 sierpnia kpt. „Krybar” przekazał  strz. z cenz. Walerianowi Bieleckiemu („Jan”) odręcznie napisaną kartkę. Był to rozkaz zorganizowania warsztatu i grupy technicznej, która miała zbudować pojazd pancerny w ciągu dwóch tygodni. Jednocześnie stanowiła ona swego rodzaju przepustkę obligującą oddziały powstańcze do pomocy strz. „Janowi”.

Dwa dni potem „Jan” zawitał on do elektrowni. Dowódca jej załogi, kpt. „Cubryna”, oddał pod komendę „Jana” strz. Antoniego Nowakowskiego („Antoś”). „Cubryna” okazał się być hojniejszym. Dał także na wpół rozebraną ciężarówkę Chevrolet 157, nad którą „pastwił się” ppor. „Kaczka” oraz spawarkę elektryczną z elektrodami, butlami z tlenem i acetylenem. Dostarczył ponadto niewielki zapas blach.

Mając podwozie i spawacza, strz. z cenz. „Jan”, w cywilu inżynier, zasiadł nad projektem. Zaprojektował kanciasty pojazd, który miał przewieźć na miejsce walki od 10 do 12 żołnierzy desantu. Na uzbrojenie oddziału wchodziła indywidualna broń strzelecka żołnierzy a także miotacz ognia i granatnik przeciwpancerny PIAT. Mieli oni opuścić pojazd przez dwa włazy w podłodze.

Zagwostką okazały się zgromadzone blachy. Testy ujawniły, że pocisk karabinowy przebijał je już z odległości ok. 40 metrów. Problem ten rozwiązano poprzez zamontowanie opancerzenia składającego się z dwóch warstw oddzielonych od siebie o ok. 6 cm (silnik i miejsce kierowcy miały grubsze opancerzenie). To zdało egzamin. Nawet jeżeli pierwsza płyta nie zatrzymała pocisku, to druga pozostawała nienaruszona. Pancerz był też pochyły. Rozwiązanie to zwiększało prawdopodobieństwo rykoszetu, zmniejszając jednocześnie szansę przebicia. Spadzisty układ płyt powodował także ześlizgiwanie się granatów na jezdnię. Odłamki zaś były niegroźne.

Nie było jednak mowy, żeby taki kombinowany pancerz wytrzymał uderzenie pocisku z działa przeciwpancernego lub granatnika. Stawienie czoła czołgowi również musiałoby się skończyć zniszczeniem powstańczego pojazdu. Żołnierze „Krybara” nie zauważyli jednak tego typu obiektów w okolicy celu natarcia. Liczono zatem, że zaskoczony kolejnym atakiem na uniwersytet nieprzyjaciel nie zdąży wezwać wsparcia lub pododdziałów wyposażonych w broń przeciwpancerną. Jak się potem okazało, nadzieje te były płonne.

Narodziny „Kubusia”

„Jan” zakończył prace projektowe 14 sierpnia. Podwozie było już wtedy w budynku na rogu ulic Topiel i Tamka. Był tam, nieistniejący dziś, warsztat mechanicznego strz. Stanisława Kwiatkowskiego („Stach”), przedwojennego majstra Polskich Zakładów Lotniczych na Okęciu.

Tam w obroty wzięli je żołnierze pod przewodnictwem kpr. Józefa Fernika („Globus”). W jej skład, oprócz „Globusa” i „Stacha” wchodzili strzelcy: Tadeusz Hornziel („Róg”), Jerzy Rogoziński („Młot”), Julian Bratys („Smoluch”), Józef Ambroziak („Tygrys”) i Danuta Owsik („Danusia”). Oprócz tego w zespole było także dwóch nieznanych z imienia i nazwiska strz. „Fiat” i „Kominiarz”. Najstarszymi stopniem z tego towarzystwa byli sierż. Aleksander Walentynowicz („Szparagus”) i odpowiedzialny za wyszukiwanie części plut. pchor. Antoni Niedźwiecki („Omega”).

Prace zaczęły się od opracowania przez „Młota” i „Roga” papierowych wykrojów. Posłużyły one do wycięcia pierwszych części. Były to zapewne płaskowniki, które „Antoś”, przyspawał do podwozia, pozostawiając dwa miejsca na włazy. Następnie rozpoczęto montaż pozostałych części opancerzenia. Szybko jednak nadeszły kłopoty. 16 sierpnia kpt. „Cubryna” odwołał strz. „Antosia”. W jego miejsce przysłał jednak równie zdolnego spawacza sierż. Adolfa Leszka („Szczepko”).

Zapas płyt szybko się wyczerpał. Skończyły się też zapasy tlenu i acetylenu. W elektrowni nie było więcej. Do akcji ruszył więc plut. pchor. „Omega”, a wraz z nim inni żołnierze grupy technicznej wspomagani przez okoliczną ludność. Część blach znaleziono stosunkowo blisko, bo na ul. Kopernika 5.7, gdzie swoją siedzibę miała firma Botha produkująca kasy pancerne Po inne trzebabyło iść (jak na warunki powstańcze) stosunkowo daleko, bo niekiedy aż na ul. Bagno i w okolice gmachu Politechniki. Poszukiwacze musieli więc nierzadko przeskakiwać pod ogniem nieprzyjaciela i pewnie nie raz „mieli dusze na ramieniu”. Zadanie jednak wykonali.

Kiedy powstał pancerz, dospawano do niego cztery haki holownicze (po dwa na przedzie i tyle) oraz płaskowniki, które miały dźwiękowo sygnalizować bliskość przeszkody. Powstańcy zainstalowali też oświetlenie zewnętrzne i wewnętrzne. Wreszcie wykonano zaplanowane przez kpr. pchor. Stanisława Kopfa („Malarz”) malowanie. Samochód został pomalowany na  kolor szary w nieregularne plamy. Na prawej osłonie silnika białą farbą namalowano nazwę pojazdu-„Kubuś”. W ten sposób kpr. „Globus” upamiętnił swoją żonę Katarzynę, również Powstańca Warszawskiego. Była lekarką zabitą przez Niemców na Mariensztacie.

Napis wymalowano 22 sierpnia. Wtedy też kpt. „Krybar” przyjął pojazd na poczet Grupy Bojowej i przydzielił go do Kolumny Motorowej „Wydra” pod dowództwem por. Wacława Jastrzębowskiego („Apira”). „Kubuś” przejechał na ul. Okólnik, do lasku na tyłach Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina (przed wojną Konserwatorium Muzyczne). Tam zorganizowano bazę warsztatową, która do wczesnych godzin rannych 23 sierpnia czyniła ostatnie poprawki.  

„Jaś” dołącza do oddziału

14 sierpnia, a więc kiedy sierż. „Jan” z powodzeniem kończył prace projektowe, do transportera opancerzonego Sd.Kfz.251 Ausf. D wsiadła sanitariuszka i trzech SS-Mannów. Mieli dojechać na Uniwersytet i zająć się tamtejszymi rannymi. Kierowca wyjechał w ul. Królewską i pokierował pojazd na zachód. Po dojechaniu do skrzyżowania z ul. Krakowskie Przedmieście skręcił na południe. Jakimś cudem nie zauważył bramy UW (przejechał tuż obok niej!) i pognał dalej

Niedopatrzenie to okazało się katastrofalnym błędem, choć załoga pewnie o tym nie wiedziała. Kierowca skręcił dopiero w ul. Kopernika i zapewne zauważył, że okolice skrzyżowania z ul. Konopczyńskiego zamyka barykada. Skręcił więc i wjechał w ul. Bartoszewicza. Tam jednak były kolejne powstańcze umocnienia obsadzone przez czujki 107. plutonu z 2. Kompanii VIII Zgrupowania „Bicz”. Jak tylko zauważył nadjeżdżający pojazd, st. strz. Alojzy Bladowski („Wojda”) odbezpieczył granat i rzucił go w kierunku transportera. Jego koledzy otworzyli ogień i rzucili butelki z benzyną. Załoga wyskoczyła z pojazdu. Sanitariuszka i dwóch mężczyzn zdołała umknąć między budynki i najprawdopodobniej dotarli na Uniwersytet.

Ciężko ranny SS-Scharführer (pol. sierżant) Hermann Hass dostał się do niewoli. Podczas przesłuchania zeznał, że był podoficerem z 5. Pancernego batalionu łączności 5. Dywizji pancernej SS „Wiking”. W pojeździe Powstańcy znaleźli trzy karabiny maszynowe z zapasem nabojów. Zapewne miały one zostać przekazane żołnierzom obsadzającym Uniwersytet.

Barykada została rozebrana i pojazd wjechał w głąb pozycji powstańczych. Transporter zajechał w głąb ul. Bartoszewicza, gdzie w bramie pod numerem 5 urządzono garaż. Długo tam jednak nie stał, bo zaraz przejechał do zagajnika przy ul. Okólnik i stanął obok „Kubusia”. Pojazd zyskał miano „Jaś” (od pseudonimu dowódcy 2. Kompanii, por. Jana Jasieńskiego) i został podporządkowany por. „Aspirze”.

 

 

Kolejny szturm na Uniwersytet

23 sierpnia major Bernard Romanowski („Wola”) wydał rozkaz ataku na komendę policji przy ul. Krakowskie Przedmieście 1 oraz sąsiadujący z nią kościół pw. Świętego Krzyża. Szturm został powzięty siłami pododdziałów z batalionu „Harnaś” oraz kompanii „Lewar” z Grupy Bojowej „Krybar”. Wspomagał ich także pluton pod komendą por. Józefa Rybickiego („Andrzej”)

Chwile później do ataku ruszyły samochody pancerne pod komendą plut. pchor. Adama Dewicza („Szary Wilk”). O 355 „Szary Wilk”, dowodzący też „Jasiem”, wydał o rozkaz przekroczenia zdemontowanej barykady zamykającej ul. Kopernika na wysokości nr 43. Zaraz po nim przejechał „Kubuś”, dowodzony przez zastępcę plut. pchor. Tadeusza Zielińskiego („Miś”). Oba pojazdy następnie wyjechały w ul. Krakowskie Przedmieście. Niemcy z pewnością je zauważyli, ale nie strzelali. Prawdopodobnie uznali je za wsparcie dla załogi UW.

Transporter opancerzony „Jaś” zatrzymał się skośnie w stosunku do bramy. „Kubuś” zaparkował parę metrów obok, wzdłuż krawężnika. Żołnierze wyskoczyli z pojazdów. Powstańcy ostrzeliwali okolicznych żołnierzy niemieckich, dając osłonę saperom. Kilku z nich podbiegło do bramy i zaczęli zakładać ładunki wybuchowe.

Po chwili żołnierze schowali się za pojazdami, a saperzy odpalili miny. Nim jeszcze opadł kurz, „Szary wilk” wydał rozkaz staranowania bramy. Kierowca „Jasia” pokierował maszynę na furtę. Nic to nie dało. Brama oparła się wybuchowi, a rozbieg był zbyt mały, by „Jaś” nabrał impetu. W tym czasie żołnierz z miotaczem ognia „uciszył” załogę bunkra. Inny Powstaniec wystrzelił z granatnika PIAT w stronę bocznego wejścia.

To wystarczyło i „Szary wilk” dał rozkaz do ataku. Powstańcy zdobyli bunkier, po czym ruszyli dalej. Mogli biec tylko na wprost, gdyż po obu stronach alejki Niemcy ustawili rzędy zapór z drutu kolczastego. Powstańcom sprzyjały jednak rosnące wzdłuż alei drzewa i mrok. To sprawiało, że ostrzał z przylegających do alejki budynków nie był aż talk dokuczliwy. Strzelali też Niemcy usadowieni w oknach gmachu BUW (dziś w budynku tym, określanym jako stary BUW, są sale wykładowe). Biegnący Powstańcy zajadle odpowiadali wykorzystując do maksimum niesioną przez siebie broń.

Z minuty na minutę robiło się jednak coraz jaśniej, a Niemcy zaczynali się coraz bardziej wstrzeliwać. Od nieprzyjacielskiego ognia poległ m.in. plut. pchor. „Szary wilk” i strz. Jerzy Wagner („Norbert”). Inni byli ranni. Wystrzelono także prawie całą amunicję (np. do PIATów zostały 3 granaty z 15). Pewnym wsparciem mogłyby się okazać oba transportery opancerzone, które mogłyby służyć za osłonę podczas przełamującego impas natarcia. Niestety, wciąż stały za bramą.

Powstańcy (pozostawiając poległych) wycofali się tą drogą, którą przyszli i załadowali się do transporterów. Odwrót przebiegał pod ostrzałem z gmachów uniwersyteckich. Kule i granaty leciały też ze wciąż niezdobytej Komendy Policji. Jak na złość, w „Kubusiu” zgasł silnik. Zestresowany kierowca zdołał go jednak uruchomić i oba pojazdy ruszyły. Rychło w czas, bo kiedy oba dotarły do zbiegu z ul. Kopernika, zostały ostrzelane z dział czołgów, które wyjechały z ul. Królewskiej. Na szczęście, pociski trafiły w fasadę pałacu Staszica (ul. Nowy Świat 72). Po chwili obie pancerki zniknęły wśród zabudowań.

Nie powiódł się także na bramę od ul. Oboźnej. Żołnierze z 2. Kompanii VIII Zgrupowania „Bicz” pod dowództwem por. Jana Jasieńskiego („Jaś”) wspomożone 119. plutonem saperów por. Stanisława Andrzejewskiego („Zaremba”). Ich zadaniem było wedrzeć się na teren UW poprzez bramę przy ul. Oboźnej. Natarcie początkowo rozwijało się prawidłowo. Powstańcom udało się sforsować zasieki i gotowali się do wdarcia na teren kampusu, ale Niemcy oświetlili teren reflektorami. Równocześnie rozpoczęli huraganowy ostrzał z broni maszynowej. Pod osłoną kolegów strzelających z budynków przy ul. Sewerynów, Powstańcy wycofali się.

Był jeszcze trzeci oddział szturmowy. Na ul. Browarnej oczekiwało ok. 100 żołnierzy z dowodzonej przez ppor. Stanisława Krowackiego („Leonowicz”) 2. kompanii III Zgrupowania „Konrad”. Mieli oni wspiąć się na skarpę i uderzyć na nieprzyjaciela od zachodu. Sygnału do ataku, (czerwonej flary) jednak nie było.

Jedyną osłodą sytuacji było to, że szturm dowodzony przez mjr „Wolę” powiódł się. Żołnierze poruczników „Lewara” i „Harnasia” zajęli bazylikę pw. Świętego Krzyża wraz z zabudowaniami parafialnymi i sąsiednią komendę policji. Niemcy zostali też wyparci z gmachu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (ul. Nowy Świat 67/69). Wolność odzyskali cywile i policjanci, którzy przebywali w niewoli od początku walk. Powstańcy wzięli do niewoli ok. 80 jeńców oraz zdobyli sporo broni.

 W cieniu twierdzy

Tymczasem po przekroczeniu polskich linii, kierowcy poprowadzili oba transportery wzdłuż ul. Kopernika. Po skręceniu w ul. Tamka, kierowca  „Kubusia”, z powodu dość ograniczonego pola widzenia, uderzył w latarnię. Problem ten rozwiązano poprzez zamontowanie pancerną szybę, którą znaleziono wśród części drugiego transportera. Powstańczy majstrzy pomyśleli tez o dozbrojeniu pojazdu. W tym celu wycięli właz w górnej części pojazdu i domontowali z przodu płytę pancerną. Strzelec miał być uzbrojony w radziecki ręczny karabin maszynowy DP wz. 28. Oprócz tego przez małe specjalnie wykonane otwory strzelnicze odpowiadać ogniem mogli również żołnierze desantu. Wzmocniło to możliwości ofensywne pojazdu.

Zmiany czekały także drugi transporter, do którego burt doczepiono dwie stalowe klapy. Po zamknięciu tworzyły one spadzisty dach nad przedziałem bojowym, co chroniło żołnierzy desantu przed kulami nieprzyjaciela. Co więcej, między burtami, a klapami były niewielkie szczeliny, przez które można było prowadzić ogień. Nowym dowódcą pojazdu SdKfz.251 został plut. pchor. Wojciech Brzozowski („Krzysztof”). Koledzy upamiętnili poprzedniego dowódcę zmieniając nazwę pojazdu na z „Jaś” na „Szary Wilk”.

Przygotowania poczynili też Niemcy. Pognali uwięzionych cywilów na Krakowskie Przedmieście w celu naprawy bramy. Nakazali także wybudować barykadę ciągnącą się w poprzek ulicy od budynku szpitala św. Rocha (dziś jest tam przychodnia oraz Instytut Kultury Polskiej) do rogu z ul. Traugutta. Umocnienie to było niskie, ale wystarczające, żeby powstańcze pojazdy nie były w stanie go pokonać. Cała akcja działa się w bezpośredniej bliskości pozycji obsadzonych przez żołnierzy poruczników „Lewara” i  „Harnasia”. Z pewnością wysłaliby oddział, który spróbowałby oswobodzić więźniów. Wiedzieli, że każda próba pomocy mogłaby skończyć się masakrą zakładników.

Ostatni atak

Tymczasem trwała ewakuacja Starego Miasta. Niemcy dążyli do odcięcia Powstańców od Wisły, żeby nie otrzymali oni wsparcia od nacierających wojsk radzieckich i polskich. Powstańczy sztabowcy nie mieli złudzeń, że po opanowaniu Starówki, nieprzyjaciel z całą zajadłością rzuci się na Powiśle. Dlatego też, dowódca Obwodu I Okręgu Warszawa AK, płk Edward Pfeiffer („Radwan”), wydał kpt. „Krybarowi” rozkaz wykonania jeszcze jednego szturmu na UW. Zdobyte zabudowania miały stanowić jeden z głównych punktów obrony. Atak miał się zacząć 2 września o godzinie 1600.

Problemy pojawiły się już na samym początku. Żołnierze, por. „Lewara”, którzy mieli związać jak najwięcej Niemców walką od strony ul. Krakowskie Przedmieście, o ataku dowiedzieli się ok. 1545. Mimo to, zadanie zostało wykonane. Wraz z wyznaczoną godziną Powstańcy wdarli się do pałacu Czapskich (dziś jest tam Akademia Sztuk Pięknych) i rozpoczęli intensywny ostrzał okien budynków uniwersyteckich ulokowanych w bezpośredniej bliskości bramy UW.

 

 

W tym samym czasie ostrzał rozpoczął plut. Ryszard Zając („Or-Ot”), który zajął pozycje na balkonie narożnej kamienicy u zbiegu ulic Oboźnej i Karasia. Pod osłoną jego rkm-u żołnierze por. Władysława Szeli („Dowgird”) uderzyli na nieistniejąca dziś bramę gospodarczą (była tam, gdzie dziś jest ogródek restauracji „Harenda”). Przed nimi jechał „Kubuś”, który sforsował bramę.

Powstańcy przebiegli pod oknami Gmachu Pomuzealnego (dziś Instytut Historyczny) i dostali się do gmachu Szkoły Głównej (dziś Instytutu Archeologii), przejściowo zajmując część pomieszczeń. To był jednak kres natarcia tej grupy. Ostrzał uniemożliwił dalsze posuwanie się. Pewnie byłoby ono możliwe pod osłoną pancerza „Kubusia”. Transporter jednak poprzebijał opony i uszkodził zawieszenie. Natarcie ugrzęzło.

W czasie, kiedy oddziały poruczników „Lewara” i „Dowgirda” ostrzeliwały się z nieprzyjacielem, trzecia grupa Powstańców pod komendą por. „Zaremby” (która zajmowała nieodległe budynki przy skrzyżowaniu ul. Oboźnej z Sewerynów) obłożyła ogniem drugą bramę wejściową od strony ul. Oboźnej. Więcej zrobić nie mogli, bo główna siła – „Szary Wilk”, który miał sforsować bramę i osłonić pancerzem oddział szturmowy – wciąż był w warsztacie.

Trwały bowiem ostatnie prace nad mocowaniem karabinu maszynowego w zmodyfikowanym układzie pancerza. Zakończyły się one ok. 1630 i „Szary Wilk” wyjechał z warsztatu przy ul. Bartoszewicza w ul. Sewerynów. Staranował broniące podejścia kozły hiszpańskie i przeszkody z drutu kolczastego. Wjechał przez bramę, a za nim wbiegli Powstańcy por. „Zaremby”. Niemcy zintensyfikowali ostrzał i obrzucili teren granatami.

Niestety, dobrze rozwijający się atak żołnierzy por. „Zaremby” został wyprowadzony zbyt późno. „Szary Wilk” wdarł się na dziedziniec UW w momencie, kiedy pozostali Powstańcy wystrzeliwali ostatnie naboje. Wycofali się też żołnierze por. „Dowgirda”. „Kubuś” wyjechał tyłem z rejonu walk w ul. Oboźną. Wykręcił i dowlókł się do warsztatu w parku przy ul. Okólnik.

Wobec zaistniałej sytuacji, i por. „Zaremba” musiał wycofać swoich podwładnych. Kierujący samochodem strz. „Atu” (NN) wrzucił wsteczny bieg. Cofając zawadził o słup bramy. Impet uderzenia nie uszkodził pojazdu, ale szarpnięcie spowodowało, że „Atu” uderzył głową w pancerz i stracił przytomność. Podchorąży „Krzysztof” ściągnął go z siedzenia i sam zajął miejsce za kierownicą.

Manewrował, kiedy Niemcy kierowali w stronę transportera lufę działa przeciwpancernego. Pierwszy strzał był niecelny. Jednakże drugi pocisk trafił w pojazd. Zerwał część górnego opancerzenia, ale poza tym nie wyrządził większych szkód. Podchorąży „Krzysztof” wycofał „Szarego Wilka” na ul. Oboźną. Tam wykręcił i przodem wjechał w ul. Sewerynów, w głąb pozycji powstańczych. Następnie wyjechał na ul. Bartoszewicza, która wyprowadziła go do skrzyżowania z ul. Konopczyńskiego. Tam urządzono kolejny prowizoryczny garaż dla transportera opancerzonego.

Tak więc kolejny szturm na Uniwersytet Warszawski nie udał się. Zginęło 5 Powstańców, a kolejnych 30 było rannych.

Koniec

3 września mjr „Róg”, dotąd odcięty na Starówce, powrócił na Powiśle i objął dowództwo nad Grypą Bojową „Krybar”. Jej nazwa została zmieniona na Grupę „Powiśle”, a kpt. Odorkiewicz został zastępcą dowódcy.

Tego dnia okazało się także, że powstańczy sztabowcy trafnie przewidzieli rozwój wypadków. Żołnierze SS-Gruppenführera (pol. generał dywizji) Heinza Reinefartha rozpoczęli szturm na nabrzeże. Generał podzielił swoje siły na dwie części. Kryminaliści od SS-Oberführera (pol. brygadiera) Oskara Dirlewangera wyruszyli z ul. Karowej i posuwali się wzdłuż ul. Dobrej. Oberst (pol. pułkownik) Willy Schmidt i pododdziały jego 608 pułku ochronnego wzmocniły załogę UW, po czym rozpoczęły natarcie na południe, równolegle do „sław” Dirlewangera.

Mimo ewidentnej odwagi Powstańców, którzy zacięcie walczyli o każdy budynek, mjr „Róg” zdawał sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. 6 września wydał rozkaz odwrotu do Śródmieścia. Przemykając piwnicami i miedzy ruinami, Powstańcy przedostali się ul. Foksal na ul. Nowy Świat. Powiśle upadało.

Zdecydowano się pozostawić transportery opancerzone. U źródeł tej decyzji leżało to, że zarówno „Kubuś”, jak i „Szary Wilk” były transporterami przygotowanymi do działań zaczepnych. Miały dowieźć żołnierzy pod sam obiekt szturmu, po czym wspomóc atak z broni maszynowej. Nie mogły one stawić czoła niemieckim czołgom i działom pancernym. Były więc w warunkach defensywy nieprzydatne. Zresztą ich ewakuacja wymagała rozebrania barykad zagradzających nieprzyjacielowi ulice Foksal i Chmielną. To, w warunkach niemieckiego natarcia, było niemożliwe.

W ostatnich chwilach powstańczego Powiśla jeden z żołnierzy Kompanii Motorowej „Wydra”, plut. Franciszek Kowalewski („Franc”), wymontował aparat zapłonowy i wyrwał kabel wysokiego napięcia. Podzespoły zatopił w kanale. Następnie sierż. „Szczepko” oblał pojazd benzyną i podpalił.

Po wojnie

Ogień nie wyrządził jednak większych szkód. Kiedy 17 stycznia 1945 roku do Warszawy weszły oddziały 1 Amii WP, wciąż stał na ul. Okólnik. Pancerkę tak na dobra sprawę zniszczyli szabrownicy. Zdekompletowany wóz uratował jednak jeden z konstruktorów, Józef Fernik, który doprowadził do przetransportowania wozu na dziedziniec Muzeum Wojska Polskiego (Al. Jerozolimskie 3).

Dwadzieścia dwa lata potem, rozpoczęły się pracę mające na celu przywrócenie „Kubusiowi” jego świetności. Były one koordynowane przez Józefa Fernika oraz jednego z członków załogi pojazdu (i  jednego z wybitnych dokumentalistów Powstania), Stanisława Kopfa. Wspomogło ich Ludowe Wojsko Polskie, które przekazało sprzęt, części i samochód GAZ 51. „Kubusia” pozbawiono całej tylnej osi z resorami, a w jej miejsce wstawiono podzespoły pozyskane z GAZa. Naprawiono także pancerz, uzupełniając braki. Pojazd został przemalowany, zyskując barwy podobne do tych z okresu Powstania.

Odmłodzony „Kubuś” stał się częścią ekspozycji plenerowej MPW i stanął koło transportera opancerzonego SdKfz.251. Stał tak prawie dwadzieścia lat. W 1984 roku przetransportowano go do Muzeum Przemysłu (ul. Żelazna 51/53), gdzie stał się eksponatem w wystawie zorganizowanej dla uczczenia 50 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Kolejne renowacje „Kubuś” przeszedł dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Dokonano wtedy przeglądu silnika. Przeprowadzono ponadto generalny remont hamulców, układu kierowniczego i zawieszenie. Znów także pomalowano kadłub. W 2004 roku pojazd poddano kolejnemu przeglądowi.

Na przełomie lat 2006/2007 mechanicy wymienili silnik na napęd z Forda GPA, który był identyczny jak ten użyty w samochodzie Chevrolet 157. 2 września 2007 „Kubuś” wyjechał przed bramę UW, a 11 listopada można było go zobaczyć na ul. Nowy Świat. W 2010 i 2011 roku był eksponatem podczas uroczystości obchodów rocznic Powstania. 1 sierpnia 2012 roku na terenie muzeum wolontariusze MPW i przedstawiciele grup rekonstrukcji historycznych odegrali posterunek Kompanii Motorowej „Wydra”. Można też było zobaczyć rekonstrukcję wchodzenia i wychodzenia z „Kubusia”. Wszystkiemu towarzyszyła wystawa plenerowa.

 

DSC_2056

„Kubuś” w Muzeum Wojska Polskiego. 
(fot. Rafał Brodacki)

 

Samochód pancerny „Kubuś” jest najstarszym tego typu eksponatem w polskich zbiorach. Wciąż jest na chodzie. Stoi wśród samolotów, czołgów, dział i innych sprzętów wojskowych na wystawie plenerowej w Muzeum Wojska Polskiego. Kopię można zobaczyć w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Dużo trudniejsze do ustalenia są dalsze losy drugiego powstańczego pojazdu. Ślad „Szarego Wilka” urywa się na ul. Konopczyńskiego. W styczniu 1945 roku już go nie było. Po zajęciu Powiśla najprawdopodobniej został uznany przez Niemców za zdatnego do użytku i wykorzystany w dalszej fazie wojny.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Opuszczanie miasta

28 sty

2 października 1944 roku podpisano układ o zaprzestaniu działań wojennych na terenie Warszawy. Przez następne kilka dni cywile i żołnierze opuszczali Warszawę. 

Już po nastaniu zmroku 2 października 1944 roku czteroosobowa delegacja pod przewodnictwem płk Kazimierza Iranka-Osmeckiego („Heller”) wyszła z dworku Reicherów w Ożarowie i wyjechała do Warszawy. Podczas drogi polscy oficerowie słyszeli kanonadę. To niemiecka artyleria ostrzeliwała wojska radzieckie i polskie zajmowały pozycje na tzw. przyczółku warecko-magnuszewskim oraz Serocka. Była już noc, kiedy czwórka polskich oficerów przeszła przez polskie linie.

Cywile wychodzą

Wielu cywilów wykorzystało przerwę w walce, żeby uporządkować swój nieliczny dobytek i przygotować się do drogi. 4 października rozkolportowano ostatnie numery gazet redagowanych przez powstańczych redaktorów. „Błyskawica” nadała kolejną audycję, tym razem ostatnią. Chwilę potem została zniszczona.

Droga zaczynała się w punktach, przez które cywile wychodzili w dniach 1. i 2. października. Tam dochodziło do pierwszych selekcji. Niemcy wyszukiwali wśród ludzi byłych Powstańców. Kryteria były w istocie bardzo szerokie. Szczególną uwagę zwracano uwagę na ludzi młodych, gdyż mogli oni nosić broń. Poszukiwano elementów wojskowej odzieży. Jeżeli ktoś był ranny, to prawdopodobieństwo uznania za Powstańca wzrastało.

Niemcy kierowali cywilów do punktów zbornych. Jeden z nich znajdował się przy ul. Opaczewskiej i Grójeckiej. Miejsce to zwane „Zieleniakiem” (a dziś Targowiskiem Banacha) cieszyło się podczas Powstania Warszawskiego ponurą sławą. To tu, jeszcze za czasów rzezi Ochoty (5-24 sierpnia) rosyjscy kolaboranci z RONA i ich niemieccy mocodawcy objawili w pełnej krasie swoje mordercze zdolności. W późniejszych dniach mordy i gwałty nie traciły na sile.

Drugi, cieszący się równie złą sława punkt zborny znajdował się w kościele pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika parafii św. Wojciecha przy ul. Wolskiej 76. Jeszcze w sierpniu Niemcy zorganizowali tam kolejny obóz przejściowy. Jego strażnicy również nie oszczędzali zmęczonych ludzi. Na porządku dziennym były egzekucje.

Zresztą, na plebanii (i w sąsiadującym domu przy ul. Sokołowskiej 5) swoją siedzibę miał Specjalny Oddział Policji Bezpieczeństwa przy Grupie Bojowej „Reinefarth” (niem. Einsatzkommando der Sicherheitspolizei bei der Kampfgruppe Reinefarth). Zgrupowaniem tym SS-Haupsturmführer (pol. kapitan) Alfred Spilker. Oddziałowi temu poruczono wyszukiwanie ludzi, którzy cieszyli się szczególną uwagą Niemców. Żołnierze Spilkera, co do których podejrzewa się, że podczas okupacji katowali ludzi na Pawiaku, podlegali formalnie dowódcy SS i Policji na Dystrykt Warszawski SS-Stardanterführerowi (pol. pułkownik) Paulowi Otto Geiblowi. W praktyce, Spilker i jego podwładni robili co chcieli.  Mordy i gwałty były codziennością.

Cywile zazwyczaj przebywali w kościele najwyżej dwóch dni, potem byli pędzeni na Dworzec Zachodni. Tam oczekiwali na podróż w nieznane wśród dobytku, jaki musieli porzucić ich poprzednicy. Po zajechaniu pociągu towarowego, żołnierze niemieccy zapychali ich do wagonów i wywozili w nieznane. W dniach 3-7 października wyszło 309716 tys. ludzi, z czego do Rzeszy na roboty wywieziono 79023 cywilów. Resztę osadzono w obozie przejściowym w Pruszkowie lub w innych, nieodległych obozach.

Żołnierze poddają się

Miasto opuszczali także żołnierze, którzy o podpisaniu układu o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie dowiedzieli się 3 października podczas odpraw w poszczególnych oddziałach. Podczas nich odczytano ostatni rozkaz, jaki wydał dowodzący Warszawskim Korpusem Armii Krajowej gen. bryg. Antoni Chruściel („Monter”). Odpowiedni rozkaz wydał także gen. dyw. Tadeusz Komorowski („Bór”). Określił w nim prawa, jakie przysługują żołnierzom udającym się w niewolę. W zasadzie dotyczyły one już tylko 28. Dywizji Piechoty im. Stefana Okrzei dowodzonej przez płk Franciszka Pfeiffera („Radwan”). Pozostałe dwie dywizje poddały się na Żoliborzu i (częściowo) na Mokotowie.

Każdy Powstaniec, niezależnie od noszonego stopnia, miał otrzymać 7 dolarów amerykańskich i 2000 złotych-pierwszy (oficjalnie) i jedyny w Powstaniu żołd. Wielu z żołnierzy korzystało z przerwy w walce, aby dopełnić wszelkich formalności. Było to stosunkowo trudne, bo kancelarie oddziałów zamykały swoją działalność. Uzyskiwano m.in. legitymacje AK gdyby komuś zdarzyło się zgubić. Dokumenty akowskie otrzymywali także żołnierze Armii Ludowej. Ratowało im to nieraz życie. Niemcy bowiem nie rozciągnęli postanowień kapitulacyjnych na ugrupowania lewicowe.

 

Ten Powstaniec najprawdopodobniej własnie wyszedł z komendy Okręgu Warszawskiego AK, a więc dowództwa sił powstańczych. Niesie pieniądze, jakie rozdzieli między swoich kolegów z oddziału. Zdjęcie zrobiono przed nieistniejącym obecnie hotelem Victoria przy ul. Jasnej 22.
(fot. Powstanie Warszawskie w ilustracji – Wydanie Specjalne Warszawskiego Tygodnika Ilustrowanego „Stolica”, w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki cyfrowej, domena publiczna)

 

Od 4 października 1944 roku Powstańcy opuszczali Warszawę. O godzinie 1030 generalmajor (pol. generał major, generał brygady) Helmuth Staedtke odebrał telefon. W słuchawce usłyszał głos SS-Obergruppenführera (pol. generał broni) Ericha von dem Bacha-Zelewskiego. Generał broni SS zameldował mu o rozbrojeniu jednego batalionu wojsk powstańczych i kolejnych dwóch czekających na oddanie się w niewolę.

Zgodnie z marszrutą, jaką 3 października nakreślił gen. „Bór”, był to 21. pułk piechoty „Dzieci Warszawy” AK pod dowództwem ppłk Stanisława Kamińskiego („Daniel”). W jego skład włączono Powstańców z batalionów „Zaremba-Piorun”, „Ruczaj”, „Bełt” i „Sokół”. Byli też pozostali przy życiu żołnierze Zgrupowania „Radosław”.

Reszta sił opuszczała miasto 5 października. Były to pododdziały 28 Dywizji Piechoty im. Stefana Okrzei. Podpułkownik „Radwan” dowodził trzema pułkami piechoty. Warto stwierdzić, że powstańcze pułki nie miały wystarczającej liczby etatów wymaganej dla oddziałów tego typu tj. ok. 4000 tys. ludzi. Walki skutecznie przerzedziły  szeregi powstańczego wojska.

Dowodzony przez mjr Stanisława Błaszczaka („Róg”) 36 pułk piechoty Legii Akademickiej AK sformowały Zgrupowania „Krybar” oraz „Bartkiewicz”. Do tego ostatniego dołączono resztki Zgrupowania „Róg”. Żołnierze zbierali się na pl. Powstańców Warszawy (niem. Postplatz, pl. Pocztowy). Następnie, żołnierze skierowali się na południe, by wyjść w Aleje Jerozolimskie (niem. Reichsstrasse, ul. Rzeszy).  Dalej poszli ku zachodowi, na pl. Zawiszy i skręcili w ul. Grójecką (niem. Radomerstrasse, ul. Radomska). Tą ulicą Powstańcy wyszli z miasta.

Inna drogą opuszczał miasto 15 pułk piechoty „Wilków” AK (pod dowództwem ppłk Franciszka Rataja („Paweł”). W jego skład włączono batalion im. Sowińskiego oraz batalion „Rum” Zgrupowanie „Chrobry II”, Zgrupowanie „Gurt” oraz inne ugrupowania. Żołnierze tych zgrupowań ulicami Grzybowską, Chłodną (niem. Eisgrubenstrasse) wychodzili w ul. Towarową (niem. Güterstrasse). Potem szli na półoc, kierując się ku nieistniejącemu dziś Kercelakowi (mniej więcej w rejonie dzisiejszego zbiegu ulic Wolskiej i Al. „Solidarności”).

 

Powstańcy szykują się do wyjścia w niewolę. Są to najprawdopodobniej żołnierze 36. pułku piechoty. W środku, w jasnym płaszczu i furażerce stoi kpt. Eugeniusz Konopacki („Trzaska”). W Powstaniu dowodził batalionem „Wigry”, do niewoli wymaszerował an czele sformowanej z Wigierczyków kompanii 36 pułku piechoty.
(fot. Powstanie Warszawskie w ilustracji – Wydanie Specjalne Warszawskiego Tygodnika Ilustrowanego „Stolica”, w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki cyfrowej, domena publiczna)

 

Dowodzeni przez ppłk Jana Szczurka-Cergowskiego („Sławbor”) żołnierze 72. pułku piechoty AK , a więc bataliony: „Golski”, „Miłosz”, „Stefan” i „Ostoja”, defilowali przed dowództwem AK, po czym poprzez ul. Śniadeckich wyszli na dzisiejszy pl. Politechniki, gdzie przekraczali niemieckie linie.

W tym samym czasie Politechniki zjawili się gen. dyw. Tadeusz Komorowski („Bór”), gen. bryg. Tadeusz Pełczyński („Grzegorz”), gen. dyw. Tadeusz Kossakowski („Kirgiz”), gen. bryg. Antoni Chruściel („Monter”),  gen bryg. Kazimierz Sawicki-Sawa („Prut”) oraz gen. bryg. Albin Skroczyński („Łaszcz”). Generalicja przyjęła defiladę 72 pułku piechoty. Żołnierze, po oddaniu honorów generałom, poszli ulicami Nowowiejską (wtedy Schuchstrasse-Szucha), by potem skręcić w Suchą (dziś Krzywickiego). Następnie ul. Filtrową doszli do pl. Narutowicza i ul. Grójecką opuścili miasto.

Ostatnia defilada

W mieście pozostał jeszcze oddział którym dowodził ppłk Franciszek Pacek („Mścisław”). Były to dwie kompanie wystawione przez batalion „Kiliński” (36. Pułk piechoty) oraz kompania z batalionu „Miłosz” z 72 pułku piechoty. Ci żołnierze, wraz z ich kolegami pilnującymi magazynów amunicyjnych, zachowali broń.

Żołnierze ci jeszcze 2 października przeszli przez linie, by na swoich legitymacjach uzyskać specjalne stemple. Byli bowiem członkami specjalnego batalionu, który miał pełnić funkcje porządkowe. Żołnierze przeszukiwali miasto w poszukiwaniu cywilów, którzy potrzebowali opieki. Nie znaleźli wszystkich. W ruinach miasta pozostało ok. 1000 ludzi.  Zazwyczaj poruszali się oni w oddziałach, które składały się z dwóch Niemców oraz dwóch Polaków. Patrolem dowodził polski oficer lub podoficer.

Służba była dość trudna. Powstańcom z pewnością nie było łatwo patrolować Warszawę z ludźmi, którzy nosili znienawidzone mundury. Nie łatwo było patrzeć na burzenie miasta. Ponadto, wielu żołnierzy formacji narodowościowych nadużywało alkoholu i prowokowało Polaków. Jest znany przypadek Ukraińców tańczących po nagrobkach poległych. Innym razem ostrzelano szpital, raniąc dozorującego go polskiego wartownika.

Inni wartownicy, w liczbie trzydziestu, pilnowali trzech składów amunicji. Oprócz nich były nieuzbrojone pododdziały sanitarne.

9 października 1944 roku żołnierze batalionu asystencyjnego przeszli na pl. Politechniki. Tam doszło do ostatniej polskiej defilady. Polskich żołnierzy już jednak nie było. Z uznaniem salutowali Niemcy. Ostatni oddział Powstańców opuścił miasto.

Co dalej?

Nie wszyscy jednak poszli w niewolę. Część spośród wychodzących z miasta uchodźców była żołnierzami Komendy Głównej Armii Krajowej. Niektórzy wyruszali samotnie i przepychali się wśród ludzi. Inni wyruszali w towarzystwie kobiet, które przedstawiały się jako ich żony lub córki. Tak naprawdę były jednak łączniczkami.

2 października 1944 roku gen. „Bór” zameldował Szefowi Sztabu Naczelnego Wodza, gen. bryg. Stanisławowi Kopańskiemu, że funkcję Dowódcy AK przejął gen. bryg Leopold Okulicki („Niedźwiadek”). Następnego dnia, gen. „Bór” wysłał depeszę do dowódców Okręgów Radom-Kielce, Śląsk i Łódź. W innej, nadanej tego samego dnia, nakazał dowódcy Okręgu Kraków AK udzielić schronienia gen. Okulickiemu i jego sztabowi.

„Niedźwiadek” wyszedł z miasta 2 października. Na terenie Okręgu Kraków AK, w Częstochowie, ulokował Komendę Główną Armii Krajowej. Generałowi przyszło działać w trudnych warunkach. Trzeba było znaleźć nowe lokale kontaktowe, opracować nowe systemy łączności itp.

Wykonał jednak zadanie. Już 6 października 1944 roku „Niedźwiadek” nawiązał łączność z Londynem. 8 października 1944 roku wysłał meldunek, że zgłosiła się część ludzi ze sztabu. 26 października gen. Okulicki przekazał Rządowi w Londynie kolejną wiadomość, tym razem informując, że ścisły sztab AK ulokował w Częstochowie, a inne potrzebne oddziały w Krakowie i Piotrkowie.

Nawiązywano też łączność z innymi Okręgami AK, głównie tymi, na które front jeszcze nie dotarł. Tych jednak było coraz mniej, gdyż Armia Czerwona postępowała szybko. 17 stycznia 1945 roku oddziały 1. Armii WP wkroczyły do Warszawy.

Generał brygady Leopold Okulicki („Niedźwiadek”) zrozumiał, że należy przekształcić ruch podziemny. 19 stycznia 1945 roku wydał swój ostatni rozkaz rozwiązujący Armię Krajową. Jej rolę miała teraz pełnić organizacja Nie. Organizacja ta, jak mówi jeden z wariantów tłumaczenia nazwy, miała być „nie” dla władzy radzieckiej. To już jednak inna, choć równie ciekawa, historia…

 ***

Ogólnie rzecz biorąc, do niewoli wymaszerowało 17443 Powstańców. W liczbie tej było 2033 oficerów różnych stopni (w tym pięciu generałów). Łącznie poległo ok. 10 tys. żołnierzy. Kolejne 6 tys. uznano za zaginione. 15 tys. było rannych. Zginęło ok. 150 tys. cywilów.

Powstańcy zdali 2509 karabinów (w tym 45 automatycznych), 988 pistoletów maszynowych, 905 pistoletów, 257 ręcznych karabinów maszynowych, 32 ciężkie karabiny maszynowe, 103 moździerze, 187 sztuk broni przeciwpancernej (w tym 30 granatników PIAT), 9 dział (w tym 8 przeciwpancernych), 3 miotacze ognia, 1922 granaty, 379 min i bomb oraz 2,6 t. materiałów wybuchowych.  Oprócz tego było 12 spadochronów i 14 radiostacji.

Niemcy przejęli od Powstańców 510 tys. naboi karabinowych i 73 tys. pistoletowych, 1322 naboje przeciwpancerne, 18 pocisków do dział i 800 granatów do moździerzy. Liczby te są jednak niepełne. Nie do końca wiadomo ile sztuk broni wraz z amunicją znajdowało się w trzech magazynach w Śródmieściu. Z całą pewnością można jednak powiedzieć, że nie było jej dużo.

Niemcy stracili ok. 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych i 9 tys. rannych. Oprócz broni ręcznej utracili też kilkanaście czołgów i transporterów opancerzonych oraz 3 samoloty.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

19 sty

Moi Drodzy!

Dwa lata temu zacząłem Wam opowiadać historie, które mogłyby być kanwą dobrej powieści sensacyjnej. Z tą różnicą, że one wydarzyły się naprawdę. Bardzo mnie cieszy to, że blog stał się taki popularny. Nie sądziłem, że zanotuję tyle wejść i otrzymam tyle e-maili. Dosłownie serce mi się raduje! Bardzo Wam dziękuję.

 

Blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2014!

 

Moi Drodzy, z nieukrywaną radością donoszę, że blog Powstanie ’44. Najbardziej zacięta bitwa II wojny światowej” zaczyna bój o tytuł Bloga Roku 2014 w kategorii Pasje i twórczość! Głosowanie zacznie się 3 lutego, wtedy też podam numer, na jaki będziecie mogli oddać swój głos.

Proszę o o oddanie głosów oddanych przez Was i waszych bliskich. Dziękuję!

Pozdrawiam, 

Rafał Brodacki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

24 gru

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku! 

Życzę Tobie tego, abyś każdy dzień spędzał w domu z najbliższymi otoczony ciepłem rodzinnego ogniska. Niech  Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok staną się w początkiem ciągu szczęśliwych zdarzeń, a zło pozostanie tylko wspomnieniem. 

Tak więc- życzę Ci Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Pozdrawiam,

Rafał Brodacki

 

christmas-card-508223_640

(fot. Pixabay)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Koniec działań wojennych

18 gru

2 października 1944 roku podpisano układ o zaprzestaniu działań wojennych na terenie Warszawy. Po 63 dniach walk, Powstanie Warszawskie dobiegło końca.

24 września 1944 roku nieprzyjaciel rzucił się na Mokotów. Napór był tak silny, że nieprzyjaciela nie udało się pokonać. 26 września stało się jasne, że długość oporu można liczyć w godzinach. Powstańcy z 10 Dywizji poechoty AK pod dowództwem ppłk Józefa Rokickiego („Karol”) podjęli próbę wycofania się kanałami do Śródmieścia. W wyniku chaosu jednak nie wszyscy zdołali dojść do ostatniego bastionu. „Karol” ze sztabem Dywizji i cześcią oddziałów dotarł. Mieli szczęście, bo ich koledzy pogubili się w kanałach.

Inni zostali na Mokotowie. Dowodzenie nad nimi, w imieniu ppłk „Karola” przejął mjr Kazimierz Szternal („Zryw”). Usiłował on jeszcze zorganizować obronę, ale realia pozbawiły go złudzeń. „Zryw” poddał Mokotów 27 września 1944 r. 10. Dywizja Piechoty AK została wyeliminowana z walki.

Kapitulacja Żoliborza

Następnym celem Niemców stała się Puszcza Kampinoska, od 26 września trwała tam operacja „Sternchuppe” (niem. „Spadająca gwiazda”). 29 września doszło do bitwy pod Jaktorowem. Licząca ok. 1200 żołnierzy Grupa „Kampinos” straciła ok. 150-200 żołnierzy i tyle samo jeńców. Życie oddał m.in dowódca Grupy, mjr Alfons Kotowski („Okoń”). Reszta ludzi wycofała się w inne rejony kraju. Tym niemniej, Niemcy osiągnęli swój cel-Puszcza została spacyfikowana.

29 września Niemcy nie atakowali Śródmieścia, skupiając się na Żoliborzu. Około godziny 900 do gmachu Filtrów udał się ppłk Zygmunt Dobrowolski („Zyndram”) i kpt. Alfred Korczyński („Sas”). Mieli oni wystawione przez dowództwo AK pełnomocnictwa. Spotkani tam Niemcy zawieźli ich do Ożarowa, gdzie oczekiwał ich sam Erich von dem Bach-Zelewski. Na tę okoliczność SS-Obergruppenführer przełożył uroczystość wręczenia mu odznaczeń za jego wysiłki przy dławieniu Powstania. Chciał bowiem spotkać się z dwoma Powstańcami i uzgodnić z nimi kwestie ewakuacji. Strony osiągnęły porozumienie i uzgodniły, że konkretne kwestie zostaną omówione podczas następnego spotkania. Wysłannicy powrócili bez przeszkód ok. godziny 1230.

Tymczasem w rejonie pl. Starynkiewicza poprzestali jedynie na sporadycznym ostrzale pozycji powstańczych z broni maszynowej i wycieczek patroli. O świcie 30 września, w miejscu styku ul. Żelaznej z Alejami Jerozolimskimi stawili się płk Karol Ziemski („Wachnowski”), zastępca gen. „Montera” na stanowisku dowódcy Warszawskiego Korpusu Armii Krajowej, oraz por. Jerzy Kamieński („Ścibor”). Major Fischer zawiózł obu oficerów do Ożarowa. Jak się okazało, von dem Bach nie chciał rozmawiać o ewakuacji cywilów. Miał bowiem większy problem. Szturm generalny na Żoliborz okazał się trudniejszy, niż przypuszczano. Atakujące oddziały zyskały wprawdzie sporo terenu (Powstańcy musieli opuścić południową część dzielnicy z pl. Wilsona) , ale zdobycz ta kosztowała życie sporo żołnierzy i sprzętu. 19. Dywizja Pancerna pod generalleutnantem (pol. generał porucznik-generał dywizji) Hansem Källnerem uwikłała się w ciężkie walki. Meldunki z 30 września, przedstawiały obraz, jakoby na północ przerzucono elitarne oddziały AK. Konstatacja ta była pozbawiona podstaw, albowiem Powstańcy nie mieli jak, ani kogo przerzucić, ale świadczyła o zaciętości walk. Dowódca obrony Żoliborza, ppłk Mieczysław Niedzielski („Żywiciel”) kategorycznie odmawiał poddania się, mimo że Powstańcy byli zamknięci już w ciasnym kotle na północnowschodnich skrajach dzielnicy. Jego odpowiedzi były pełne inwektyw pod adresem niemieckiego generała, a podlegli mu żołnierze trzymali się dzielnie, oddając każdą piędź ziemi po ciężkiej walce.  

 

Karol Ziemski („Wachnowski”). Zdjęcie wykonano przed wojną, kiedy był podpułkownikiem
(fot. Wikimedia Commons)

Dlatego też von dem Bach nie chciał rozmawiać ze „Ściborem” i „Wachnowskim” o ewakuacji cywilów, a o kapitulacji Żoliborza. Wiedział, że bez kapitulacji tej dzielnicy nie ma co myśleć o kapitulacji całego Powstania. Pułkownik Ziemski nie miał jednak uprawnień, żeby o tym rozmawiać. Niemcy odwieźli go więc pod polskie linie. Bez przeszkód przekroczył je, po czym udał się do kwatery generała „Bora” w Małej Paście przy ul. Pięknej 19 (wtedy ul. Piusa 19). Generał Komorowski rozumiał sytuację Powstańców na północy. Wiedział, że dają oni dość silny odpór nieprzyjacielowi, ale nie ma szans, żeby dłużej się utrzymali. Nie udało się nawet planowane przebicie Powstańców z Żoliborza nad Wisłę, żeby przepłynąć na Pragę. Wydał zgodę na kapitulację. „Wachnowski” wrócił w pobliże linii frontu. Potem udał się do gen. por. Källnera. Ten z kolei polecił odwieźć go na Żoliborz i umożliwił mu przejście na  tereny opanowane przez żołnierzy „Żywiciela”.

Po przekazaniu rozkazu gen. „Bora” także i ta dzielnica skapitulowała. Dowodzona przez ppłk Mieczysława Niedzielskiego („Żywiciel”) 8. Dywizja Piechoty im. Romualda Traugutta zakończyła bój. 

Strach sztabowców

Generał „Bór” nie miał złudzeń. W dniu upadku obrony Żoliborza meldował Londynowi o katastrofalnej sytuacji w mieście. Śródmieście było ostatnią dzielnicą obsadzoną przez Powstańców. Kończyły się także zapasy. Dlatego też podjął kroki zbliżające Powstańców do poddania się. 30 września w Ożarowie zameldowała się kolejna delegacja, tym razem złożona z ppłk Franciszka Hermana („Bogusławski”), ppłk Zygmunta Dobrowolskiego („Zyndram”) i kpt. Alfreda Korczyńskiego  („Sas”). Zaproponowali oni von dem Bachowi czasowe przerwanie ognia, żeby wypuścić cywilów. SS-Obergruppenführer przyjął tę propozycję z zachwytem, zgadzając się na przerwanie ognia w dniu 1 października w godzinach 500-1900. Podległym oddziałom przekazał odpowiednie dyspozycje. Entuzjazmu nie przejawiali sztabowcy z 9 Armii. 30 października koło godziny 1905 otrzymali oni wiadomość, że nastąpiła zmiana na stanowisku Naczelnego Wodza. Sprawujący to stanowisko gen. broni Kazimierz Sosnkowski został zdymisjonowany, a w jego miejsce powołano…gen. dyw. Tadeusza Komorowskiego. Niemcy wpadli w panikę, uważając, że takie rozdanie w Londynie mogło oznaczać zmianę podejścia do kwestii kapitulacyjnych. Pamiętając o doświadczeniach z połowy września, panicznie obawiano się także, że może dojść do kolejnej próby ataku zza Wisły. Von dem Bach próbował uspokoić sytuację. Około 1955 porozumiał się z XXXXVI Korpusem Pancernym, który był rozlokowany nad Wisłą z zadaniem obrony jej lewego brzegu. Podczas rozmowy z ichniejszym szefem sztabu szacował długość oporu Powstańców na dwa do trzech dni. Z kolei w sporządzonym na potrzeby dowództwa 9 Armii meldunku zapewnił, że należy spodziewać się rychłego zakończenia walk o Warszawę. Za podstawę do tej konstatacji uważał niedawne uzgodnienia odnoście ewakuacji cywilów.

Cywile wychodzą

Tak, jak zostało ustalone, o godzinie 500 w dniu 1 października rozpoczęła się pora ewakuacji Śródmieścia. Cywile, którzy wcześniej zostali poinformowani, że będą mogli opuścić miasto, wyszli z piwnic. Od ponad 60 dni mieszkali w huku bomb, a przed oczami mieli widmo śmierci. Teraz było cicho. Walki ustały. Na drogę każdy decydujący się człowiek otrzymywał porcję chleba i napoju. Punkty przekraczania linii miały być na linii ul. Grzybowskiej i Pańskiej. Wyloty tych ulic w Towarową (niem. Güterstrasse) trzymali żołnierze Zgrupowania Chrobry II. Po minięciu tych placówek, czekać mieli żołnierze generała Reinefartha-ci sami, którzy dokonali wielu mordów na Woli. Stamtąd cywile byli gnani do ul. Wolskiej (niem. Litzmanstadtstrasse-Łódzka). Dla cywilów zgromadzonych w południowym Śródmieściu pierwszy punkt był przy Alejach Jerozolimskich. Kolejny znajdowały się rejonie dzisiejszego pl. Konstytucji (wtedy go nie było, a w jego miejscu było połącznie ulic Śniadeckich, Koszykowej i Marszałkowskiej). Następne dwa znajdowały się w rejonie dzisiejszej ul. Nowowiejskiej, przy Politechnice, i Pięknej (niem. Piusstrasse-Piusa). Przechodzący przez nie cywile oddawali się pod komendę ludzi gen. Rohra i byli pędzeni do ul. Grójeckiej (niem. Radomerstrasse-Radomska) i nią wychodzili z Warszawy. Poza Warszawą pieczę nad ewakuowanymi przejmował SS-Sturmbannführer (pol. major) Gustav Diehl, który miał się zająć ich dyslokowaniem. Na Włochach stacjonował 1. batalion 111. Pułku Azerbejdżańskiego, tego samego który pod masakrował warszawiaków wraz z kryminalistami od Dirlewangera. Oddział ten miał pełnić rolę sił szybkiego reagowania, gdyby ktoś próbował zakłócić exodus Warszawy. Szczęśliwie nie było incydentów.

 

Umęczeni cywile opuszczają Warszawę.
(fot. Bundesarchiv, Bild 146-2005-0040 / Moschner / CC-BY-SA)

 

Nie oznacza to jednak, że dyslokowani przez Diehla ludzie mieli się dobrze. Trafiali oni do zorganizowanych ad hoc obozów, mieszczących się na terenach zakładów Ursus, oraz do fabryki gumy w Piastowie, Fabryce Kabli „Kabel” w Ożarowie, Zakładach Elektrycznych „Era” na Włochach i Fabryce Akumulatorów „Tudor” w Piastowie. Czym innym był Dulag 121 (skrót od niem. Durchgangslager 121-obóz przejściowy nr 121) w Pruszkowie, powołany specjalnie do tego celu jeszcze w sierpniu 1944 roku.

Warunki w obozach były trudne. Polacy otrzymywali potrzebną pomoc, oferowaną przez Polski Czerwony Krzyż i Radę Główną Opiekuńczą. Nie oznaczało to jednak tego, że ich cierpienia wojenne zakończyły się. Uwięzieni przechodzili selekcję. Ci, którzy byli zdolni do pracy, mieli być przerzuceni w głąb Rzeszy na roboty przymusowe. Pozostałych czekały inne obozy przesiedleńcze. Rozdzielano rodziny, a warunki bytowe były bardzo złe.

Najgorzej jednak było w Pruszkowie, gdzie racje żywnościowe były bardzo skąpe, a  leków brakowało. Cywilów zaś nie ubywało. Rada Główna Opiekuńcza i PCK robili co mogły, żeby pomóc przetrzymywanym. Wiele pomocy przyszło też zza zagranicy, przysłane m.in. przez Irlandię i Szwecję.  Komendant Dulagu, oberst (pol. pułkownik) Kurt Siebert, starał się jakoś ograniczyć przemoc wobec zamkniętych. Wiedział przecież, że wojna już się kończy i może odpowiedzieć za każdy mord na cywilu. W praktyce jednak władze sprawował szef obozowego SS i policji SS-Sturmbannführer Diehl. Temu sadyście nieobce były wymyślne tortury i mordy.

Decyzja

Von dem Bach uważnie śledził akcję ewakuacyjną. Kiedy otrzymał pierwszy meldunek sytuacyjny zorientował się, ze wyszło bardzo mało ludzi, a wywiad donosił, ze doszło do starć miedzy Armią Krajową, a Armią Ludową.  Nie pojawiła się też polska delegacja. Musiał więc działać szybko, gdyż obawiał się, że wojska radzieckie mogą próbować wspomóc warszawskie struktury Armii Ludowej. Pamiętał, że już raz nie zdołał doprowadzić do kapitulacji, nim do akcji włączyły się oddziały zza Wisły.

Zaapelował więc do sztabu 9 Armii, generała majora Helmutha Staedtke, żeby wzmocnić XXXXVI Korpus Pancerny. Jego prośby zostały usłuchane w wkrótce nad brzeg Wisły skierowano 73. Dywizję Piechoty i 10 dział szturmowych. Dowodzący tłumieniem Powstania przygotował także dwie grupy uderzeniowe (pod dowództwem płk Willy’ego Schmidta oraz mjr Maxa Recka), a ponadto 1. batalion z 34. pułku policyjnego i 4. batalion Kozaków. Gdyby coś poszło nie pomyśli Niemców, te kilka tysięcy ludzi miało złamać zawieszenie broni i wtargnąć do Śródmieścia. Z pewnością skończyłoby się to rzezią podobną do tej na Woli w pierwszych dniach sierpnia.

Do tego jednak na szczęście nie doszło. 1 października na niemieckich liniach zameldował się ppłk „Bogusławski” z tłumaczem. Delegacja polska miała dołączyła do oficera ze sztabu walczącej w tym rejonie Kampfgruppe „Reinefarth” (niem. Grupa Bojowa „Reinefarth”). Zadaniem tej grupy było koordynowanie ustalonej 30 września ewakuacji cywilów (przez Niemców nazywanej „ewakuacją środkowego kotła”). Podpułkownik Dobrowolski spotkał się też z von dem Bachem. Usłyszał do niego, że niemieckie dowództwo wydało odpowiednie dyspozycje, ale nie mógł wykluczyć incydentów.  „Zyndram” poprosił też Niemca o przedłużenie przerwania ognia do godziny 2000, na co spotkało się z jego aprobatą.

W okresie trwania rozejmu Śródmieścia, miasto opuściło ok. 8000 cywilów. Kiedy wybiła godzina 2000 nastąpił koniec zawieszenia broni. Na opanowanych przez powstańców ulicach zaczęły się rozrywać pociski artyleryjskie. Mało nie doprowadziło to do zerwania rokowań (wśród ofiar było wielu cywilów), ale nie to zajmowało von dem Bacha. Cywile mogli poczekać. Zostało przecież ustalone, że kolejna partia cywilów opuści miasto nazajutrz. Tym, co trzeba było zrobić, to zmusić KG AK do nawiązania ostatecznych rozmów. W godzinach wieczornych jego wątpliwości się rozwiały. O godzinie 2015 generał „Bór” listownie poinformował, że Komenda Główna Armii Krajowej podjęła decyzję. Powstańcy byli gotowi rozpocząć rozmowy kapitulacyjne.

Dzień 1 października mijał stronie polskiej na nerwowo. Dowódca AK, po przemyśleniach, zdecydował się wyznaczyć czteroosobową komisję. W jej skład weszli wypróbowali ludzie: podpułkownicy „Zyndram” i „Bogusławski” oraz kpt. „Sas”. Jedyną, acz dość istotną zmianą było dokooptowanie czwartego negocjatora, płk Kazimierza Iranka-Osmeckiego („Heller”). Został on przewodniczącym komisji. Szef delegacji był cichociemnym i po zrzucie do kraju dowodził Oddziałem II KG AK. „Bogusławski” był zastępcą Osmeckiego. „Zyndram” służył Oddziale III KG AK. Kapitan „Sas” został tłumaczem. Dwóch pierwszych żołnierzy było więc oficerami wywiadu, a trzeci zajmował się sprawami operacyjnymi. Czwarty z kolei był w cywilu prawnikiem. Do rozmów z Niemcami wydelegowano więc specjalistów.

Czwórka oficerów zameldowała się w kinie „Palladium” przy ul. Złotej 7/9. Znajdowała się tam, od 15 września 1944 r., Komenda Okręgu Warszawa AK. Prowadzone tam rozmowy miały na celu pobranie instrukcji od gen. bryg. Antoniego Chruściela („Monter”), który dowodził Okręgiem Warszawa AK i zarazem Warszawskim Korpusem Armii Krajowej. Sprawował więc funkcję dowódcy Powstania.

Następnie negocjatorzy udali się do gmachu tzw. Małej PASTy przy ul. Piękniej 19. Kiedy zeszli do piwnicy, znaleźli członków Komendy Głównej Armii Krajowej z gen. dyw. „Borem” i szefem sztabu AK, gen. bryg. Tadeuszem Pełczyńskim („Grzegorz”). Towarzyszyli im przedstawiciele Delegatury Rządu na Kraj.  Rozpoczęła się narada, podczas której cywilno-wojskowe kolegium dyskutowało, jak rozegrać mające zacząć się nazajutrz negocjacje. W efekcie powstał projekt tekstu, z jakim Powstańcy mieli pojechać do Ożarowa.

Polska delegacja miała domagać się uznania praw kombatanckich mężczyzn i kobiet, którzy walczyli pod dowództwem polskim, niezależnie od czasu rozpoczęcia antyhitlerowskiej działalności. Ponadto, dowództwo niemieckie miało się powstrzymać od represjonowania żołnierzy i cywilów za ich działalność z okresu konspiracji, jak i Powstania. Delegat Rządu nalegał, aby cywile mogli zdecydować, co do pozostania w Warszawie. Ci, którzy wybraliby ewakuację, mieli mieć zapewnioną opiekę pracowników PCK. Do tych postulatów gen. „Bór” dołączył pełnomocnictwa spisane w po polsku i niemiecku, oraz poinstruował delegatów o granicach ustępstw.

Przeciąganie liny

Kiedy „Heller” z kolegami wyszedł na zewnątrz budynku, było już jasno. Nastał 2 października 1944 roku. Po trwających całą noc rozmowach Powstańcy byli wyczerpani, a ich ubrania były strasznie pogniecione i brudne. Nie było jednak czasu, żeby się odświeżyć lub choćby przebrać się. Von dem Bach oczekiwał Powstańców o godzinie 900. Delegaci musieli więc czym prędzej dojść na polskie linie, by tam przekazać się w ręce niemieckie. Kiedy spojrzeli na zegarki, zorientowali się, że do spotkania zostało bardzo mało czasu.

Tuż po godzinie 800 płk „Heller”, podpułkownicy „Zdyndram” i „Bogusławski” oraz kpt. „Sas” stawili się na barykadzie przy ul. Śniadeckich, tej samej przez którą cywile opuszczali miasto.  Po stronie niemieckiej zauważyli czekającego na nich majora Kurta Fischera, który już wcześniej podejmował parlamentariuszy. Towarzyszyli mu major Bocka oraz tłumacz w stopniu porucznika. Fischer zapytał, czy Powstańcy mają broń do zdania, a kiery usłyszał odpowiedź odmowną, zapakował polską delegację do samochodów. Kierowcy skierowali auta na drogę wylotową z miasta.

Delegacja pojechała do Ożarowa Mazowieckiego, gdzie znajdował się sztab Korpsgruppe „von dem Bach” (niem. Grupa korpuśna „von dem Bach”), a więc sił tłumiących Powstanie. W tamtejszym dworku Reicherów oczekiwał na nich SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski. Do końca nie wierzył, że Polacy się stawią i aż do ostatnich chwil przed przybyciem delegacji nerwowo krążył po okolicy.

 

Oficyna dworku Reicherów w Ożarowie Mazowieckim.
(fot. Grzegorz Gołębiowski, Wikimedia Commons)

 

Około godziny 900 samochód z polskimi oficerami zajechał przed dworek. Delegacja została posadzona przy stole, do którego dosiadł się także von dem Bach oraz inni niemieccy oficerowie w tym tłumacz, oberleutnant (pol. porucznik) Gerhard von Jordan oraz szef sztabu Korpsgruppe „von dem Bach”, SS-Obersturmbahnführer (pol. podpułkownik) Herbert Gőltz. Rozmowy zaczęły się od okazania pism uwierzytelniających. Kiedy SS-Obergruppenführer przeczytał się z nimi zapoznał, wyraźnie się rozpromienił. Wstał i wygłosił tyradę, w której pochwalił Powstańców za ich waleczność i kunszt dowodzenia gen. „Bora”. Zaraz jednak przeszedł do oskarżeń. Twierdził, że dowództwo polskie wcześniej zrywało rokowania pokojowe. To z kolei nie czyniło Polaków wiarygodnymi w oczach sztabowców z dowództw 9. Armii i Grupy Armii „Środek”. Wymownymi znakami chęci zawarcia ugody (nazywanymi przez von dem Bacha „koncesjami”) miało być rozebranie barykad, wydanie amunicji i wypuszczenie więzionych przez Powstańców Niemców-tak cywilów, jak i żołnierzy.

Polscy oficerowie poprawnie zinterpretowali ten wybieg. Powstańcy w takim wypadku byliby praktycznie bezbronni, a rozebrane umocnienia nie stanowiłyby przeszkody dla niemieckich oddziałów. Ataku nie dałoby się zatrzymać. Śródmieście, ostatni bastion, stałby dla Niemców otworem. Nic więc dziwnego, że na wszystkie trzy żądania padła ta sama odpowiedź: „nie”. Pułkownik „Heller” spodziewał się zakończenia rokowań, tymczasem dowódca wojsk tłumiących Powstanie zaproponował dalsze prowadzenie rozmów.

Wtedy pałeczkę przejęła strona polska. Realizując polecenia KG AK, kpt. „Sas” odczytał pierwsze pytanie. Dotyczyło ono roli von dem Bacha w negocjacjach. Generał tego nie zrozumiał i poprosił o uściślenie. Pułkownik „Heller” powiedział, że Polakom chodzi o to, czy dowódca sił tłumiących Powstanie rozmawia w tylko imieniu SS, czy zawarte porozumienie będzie dotyczyć całości sił niemieckich walczących w Warszawie. To usłyszawszy, SS-Obergruppenführer odpowiedział, że jego bezpośrednim zwierzchnikiem był general (pol. generał) Smilo von Lütwitz, dowodzący 9. Armią. Z kolei  porozumienie miało dotyczyć całości sił walczących o Warszawę.

Pułkownik „Heller” uznał tę odpowiedź za satysfakcjonującą i wydał rozkaz odczytu drugiego pytania. Kapitan Korczyński podniósł kwestię uznania praw kombatanckich oraz stosowania wobec cywilów i żołnierzy postanowień zawartych w Konwencji Genewskiej z 27 sierpnia 1929 r. Tu jednak von dem Bach zaczął kluczyć. Przyznał stosowne prawa Powstańcom, nie zgadzając się na rozciągnięcie postanowień na żołnierzy polskich walczących w innych rejonach kraju. „Heller” jednak szedł dalej. Miał dokładne instrukcje od generała „Bora”. Zażądał od Niemca jednoznacznej deklaracji uznania praw wszystkich żołnierzy AK. Otrzymał ją z zastrzeżeniem, że w tekście umowy zostanie zawarty jedynie passus o Powstańcach.

To musiało zadowolić pułkownika. Polacy zażądali gwarancji dotyczących humanitarnego traktowania cywilów oraz żołnierzy. Żaden z przedstawicieli wojska i administracji podziemnej nie miał ponadto być represjonowany za działalność antyniemiecką rozpoczętą po 1 września 1939 roku. Cywile mieli i mieć zapewnioną opiekę organizacji humanitarnych i pozostać w mieście po opuszczeniu go przez żołnierzy. Także i tu SS-Obergruppenführer miał coś do dodania. Zgadzał się on wprawdzie na większość postulatów, mieniąc się przy tym głównym orędownikiem sprawy nadania Polakom praw kombatanckich. Nie wyraził jednak zgody na to, żeby cywile zostali w mieście. Ponownie zażądał też koncesji. Tym razem, ponaglany przez dowództwo 9. Armii, zrezygnował z rozbrojenia Powstańców. W zamian za to domagał się zgody na obsadzenie przez oddziały niemieckie ulicy Marszałkowskiej (niem. Marschalstrasse) oraz Alej Jerozolimskich i rozebrania umocnień. Liczył pewnie, że zmodyfikowane brzmienie koncesji będzie przez Polaków zaakceptowane. Mylił się jednak. Zgoda na to równałaby się podzieleniu pozycji powstańczych na cztery łatwe do okrążenia i zlikwidowania kotły. Nic więc dziwnego, że także i w tym wypadku Polacy odpowiedzieli „nie”.

Powstańcy jednak musieli jednak przyjąć do wiadomości, że von dem Bach także ma swoje instrukcje. Jego zwierzchnik, gen. von Lütwitz naciskał na koncesje. Ostatecznie stanęło na rozebraniu, do godziny 800 2 października, najbliższych liniom niemieckim barykad. Wydaniu mieli ponadto podlegać wszyscy jeńcy, jacy byli w niewoli polskiej. Miało to nastąpić do godziny 2400 2 października. „Heller” ostrzegł jednak von dem Bacha, że wielu więźniów zginęło w gruzach budynków, które waliły się pod niemieckimi bombami. Przykładowo, w kinie „Hollywood” przy ul. Hożej 29 (niem. Victoriastrasse-ul. Wiktorii) zginęła ich ponad setka. Von dem Bach jednak powiedział, że to był nieszczęśliwy zbieg okoliczności, a ich śmierci winni są Niemcy Wiedział o tym, że Powstańcy traktowali jeńców zgodnie z zasadami konwencji genewskiej.

Została też poruszona kwestia wymarszu sił powstańczych. Von dem Bach chciał, aby kapitulacja nastąpiła 3 października. Powstańcy nie mogli się na to zgodzić. Niecała doba nie wystarczyłaby na na dojazd delegacji do Warszawy oraz wystawienie odpowiednich rozkazów i przekazanie ich wszystkim żołnierzom na linii. Polacy odmówili, w zamian proponując wymarsz 4 października jednego pułku lub kombinowanego oddziału o podobnej sile, składającego się z 3 batalionów. Następnego dnia, tj. 5 października, Warszawę miało opuścić całe Powstańcze wojsko. Żołnierze mieli mieć wydaną broń z niewielką ilością amunicji (zapewne na wypadek incydentów), zaś reszta naboi miała być złożona w trzech magazynach i tam oczekiwać na przekazanie Niemcom. Niemiecki generał przystał na to.

O 1235 von dem Bach został poproszony do telefonu. Kiedy podniósł słuchawkę usłyszał głos gen. mjr Helmutha Staedtke. Szef sztabu 9. Armii nie ufał Powstańcom. Chciał jak najszybciej doprowadzić do rozładowania miasta. Uspokoił się jednak nieco, kiedy SS-Obergruppenführer streścił mu dotychczasowe ustalenia i poinformował iż, zastrzegł możliwość przerwania rozmów, gdyby doszło do złamania któregoś z powziętych dotąd postanowień. W dalszej części rozmowy stwierdził, że tym razem Powstańcy przysłali delegację zaopatrzoną w odpowiednie pełnomocnictwa i skłonną do podpisania kapitulacji. Staedtke uspokoił się.

Po zakończeniu tej rozmowy, negocjacje kapitulacyjne rozgorzały na nowo. W kwestii pierwszych trzech artykułów poszło gładko. Podobnie było w kwestii kolejnych sześciu. Uległość von dem Bacha skończyła się, kiedy negocjacje doszły do punktu 10. Nalegał on na bezwzględną ewakuację ludności z Warszawy. Spotkało się to z opozycją ze strony płk „Hellera”, który pamiętali o dyspozycjach Delegata Rządu, inż. „Sobola”. Nastąpiła wymiana argumentów między von dem Bachem, a płk Osmeckim. Po chwili do rozmowy włączyli się także ppłk Herman i por. Korczyński którzy przypomnieli o okrucieństwach, jakie obciążały sumienia żołnierzy z oddziałów narodowościowych.

Oficerowie próbowali także przekonać oponenta do polepszenia warunków w obozie w Pruszkowie. Niemcy mieli ponadto zaniechać dalszego niszczenia miasta. Tego ostatniego on dem bach nie mógł zagwarantować. Nie ukrywał, że Warszawa miała zostać zamieniona w twierdzę. W takim wypadku, doszłoby do zniszczeń. Ostatecznie udało się uzgodnić wersję pośrednią. Konwojowanie poddających się poruczono żołnierzom niemieckim, a nie formacjom narodowościowym. Niemcy mieli ewakuować z miasta ludność oraz eksponaty o wartości kulturalnej, artystycznej i historycznej.

Tym co zaskoczyło Polaków, był wniosek von dem Bacha, który postulował o zostawienie w mieście uzbrojonych oddziałów, które miały pełnić funkcje porządkowe. Oficerowie zgodzili się wystawić oddział o sile batalionu składającego się z trzech kompanii. Miał on pełnić funkcje policyjne i ochronne, gdyż w mieście było wciąż wielu ludzi, nierzadko rannych. Innym uzbrojonym oddziałem był trzydziestoosobowy pluton, który dozorował broń i amunicję złożoną magazynach amunicyjnych.

Uzgodniono ponadto, że żołnierze AK mieli być rozpoznawani po białoczerwonych opaskach (albo innych emblematach o tym kolorze) lub orzełka. Każdy z nich miał ponadto mieć legitymację, która pełniła rolę identyfikatora. Żołnierzami AK były także zmobilizowane kobiety, które (jeżeli wyraziły taką wolę) mogły nie iść do niewoli i wyjść z Warszawy jako osoby cywilne.  O losie jeńców władze niemieckie miały poinformować oddział YMCA (ang. Young Men’s Christian Association-Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej) w Żaganiu.

Za wykroczenia wobec umowy mieli być karani ich sprawcy. Zapis ten jednak nie obowiązywał w przypadku nie wywiązania się Powstańców z zapisu o rozbiórce umocnień. Brak rozpoczęcia prac rozbiórkowych w wyznaczonym czasie, czyli najpóźniej do 3 października o godzinie 700, równał się atakowi niemieckiemu na Śródmieście.

Narada w Komendzie Głównej

Były to w zasadzie ostatnie kwestie i około godziny 1200 negocjacje zostały uznane za zakończone. Von dem Bach wykonał telefon do położonego w okolicach Gierłoży Wilczego Szańca (niem. Wolfsschanze). Tamtejszy kompleks potężnych bunkrów zajmowała Kwatera Główna Wodza (niem. Führerhauptquartier). Telefonu nie odebrał jednak Adolf Hitler, lecz SS-Gruppenführer (pol. generał dywizji) Hermann Fegelein, oficer łącznikowy Waffen SS przy kwaterze führera (i, nawiasem mówiąc, niedoszły szwagier Hitlera). Ten…o mało co nie zerwał negocjacji. Jak tylko usłyszał o ustaleniach, wpadł w szał. Zaczął wrzeszczeć do słuchawki o zbytniej uległości w stosunku do Powstańców.

Herman Fegelein, tu jeszcze jako SS-Stardantenführer (pol. pułkownik).
(fot. Bundesarchiv, Bild 101III-Bueschel-056-13 / Büschel / CC-BY-SA)

 

Kiedy się nieco uspokoił, zapytał kto dowodzi AK. Von dem Bach w odpowiedzi podał imię i nazwisko gen. „Bora”. Zasugerował też, że obaj oficerowie powinni się znać. Fegelein chwilę pomyślał, po czym przypomniał sobie, że znał gen. Komorowskiego jeszcze sprzed wojny. Wszak obaj byli zapalonymi jeźdźcami i konkurowali ze sobą na niejednych zawodach. Uznał, że dowodzący AK jest godzien zaufania i na chwilę zawiesił połączenie. Po paru minutach znów się odezwał, przynosząc zgodę Hitlera na uzgodnione warunki.

Von dem Bach powrócił do stołu. Podsumował negocjacje, twierdząc że Polacy osiągnęli chyba wszystko, co chcieli. Pułkownik Osmecki zaproponował wysłanie ppłk Dobrowolskiego do Warszawy. Chciał, zanim dojdzie do podpisania umowy, uzyskać ostateczną zgodę gen. Komorowskiego na uzgodnione warunki. Niemiec zgodził się na to, polecając jednocześnie majorowi Fischerowi zająć się sprawą.

Poruszenie przez płk „Hellera” sprawy kontaktu z generałem „Borem” skłoniło von dem Bacha do większych przemyśleń. Wspomniał on, jakoby Dowódca AK cieszył się szacunkiem wśród niemieckiej generalicji. Wspomniał o pochlebnym komentarzy Fegeleina odnoście polskiego generała. Także dowodzący 19. Dywizją Pancerną gen. por. Hans Källner kojarzył go ponoć z okresu przedwojennych zawodów hipicznych (np. z igrzysk olimpijskich w Berlinie w 1936 roku). Mając wzgląd na te referencje oraz na to, że Powstańcy już od dłuższego czasu cierpieli na braki materiałowe, wyraził chęć podjęcia gen. Komorowskiego w Ożarowie jeszcze przed zawarciem kapitulacji. Nie jest wykluczone, że to był kolejny sprytny wybieg. Gdyby gen. „Bór” zgodził się na propozycję Armia Krajowa (i całe Wojsko Polskie zarazem) zostałoby pozbawione naczelnego dowództwa w jednej z najważniejszych chwil.

Podpułkownik Dobrowolski i major Fischer pojechali do Warszawy. Powstaniec bez przeszkód dotarł do polskich linii, a następnie udał się na ul. Piękną. W Małej Paście zdał oficerom ze sztabu relację z dotychczasowych rozmów. Przekazał ponadto propozycję von dem Bacha. Pod wieczór „Zyndram” wrócił do dworku Reicherów. Przywiózł zgodę dowództwa Powstania na uzgodnione warunki kapitulacji i zarazem odmowę generała „Bora” na przedstawioną propozycję. Pozostało więc tylko jedno-przetłumaczyć tekst. Tu prawy w swoje ręce wziął SS-Obersturmbahnführer Herbert Gőltz i tłumacz w stopniu porucznika. Powstańców reprezentowali ppłk „Bogusławski” i kpt. „Sas”.

Tymczasem dowodzący 9 Armią gen. von Lütwitz otrzymał meldunek o meldunek o tym, że stojące dotąd niewzruszenie wojska radzieckie dokonały wypadu w bezpośrednim rejonie Warszawy. Do akcji w prawdzie ruszyło 200 żołnierzy Armii Czerwonej, ale czy mógł on być pewny, że nie ruszy więcej? Obawiając się kolejnego ataku, tym razem większego, musiał wygasić pożar w Warszawie. Dlatego też o 1925 zadzwonił do von dem Bacha. Zażądał raportu odnośnie przebiegu negocjacji.

Dowódca sił tłumiących Powstanie poinformował, że na mocy wcześniejszych postanowień wciąż wychodzili cywile (ok. 15 tys.). Powstańcy zaakceptowali ponadto przedstawione warunki dotyczące ewakuacji cywilów, wydania jeńców, rozebrania barykad oraz poddania się żołnierzy. Kilka minut potem oddzwonił do sztabu 9 Armii. Poinformował gen. von Lütwitza, że tekst został uzgodniony i przetłumaczony. Niedługo potem zadzwonił ponownie, tym razem żeby poinformować o wyznaczeniu godziny rozpoczęcia ceremonii podpisania dokumentów.

Ceremonia

Na miejsce uroczystości wybrano salę jadalną domu Reicherów. Zaczęła się ona ok. godziny 20 od komendy „baczność” oraz meldunku SS-Obersturmbahnführera Gőltza w którym wymienił osoby obecne na sali. Potem odbyła się właściwa część ceremonii. Podpisy pod tekstem układu o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie złożyli SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski, a ze strony polskiej płk Kazimierz Iranek-Osmecki („Heller”) oraz ppłk Zygmunt Dobrowolski („Zyndram”). W pomieszczeniu byli ponadto obecni pozostali członkowie polskiej delegacji, ppłk Franciszek Herman („Bogusławski”) oraz kpt. Alfred Korczyński („Sas”), i członkowie ze sztabu Korpsgruppe „von dem Bach”. Przebieg wydarzenia rejestrowali ponadto usiłujący się wszędzie wepchnąć dziennikarze i fotografowie z pracy lojalnej Niemcom.

Ta część trwała bardzo krótko, choć Polakom z pewnością się dłużyła. Następnie von dem Bach wstał, a wraz z nim reszta obecnych. SS-Obergruppenführer zaordynował minutę ciszy dla uczczenia żołnierzy obu stron poległych w starciu. Po chwili wyraził podziw dla waleczności Powstańców, deklarując także uznanie ich praw kombatanckich.

Było już ciemno, kiedy główni aktorzy uroczystości opuścili dom Reicherów. Sztab von dem Bacha został przed wejściem do budynku. On sam zaś, a wraz z nim członkowie polskiej delegacji, przeszli przed frontonem prezentujących broń żołnierzy. Towarzyszyli im dziennikarze i fotoreporterzy, którzy w blasku podstawionych specjalnie reflektorów chwytali ostatnie chwile. Czterech polskich oficerów wsiadło do podstawionych samochodów, których kierowcy skierowali się ku Warszawie. Powrót odbył się bez incydentów.

Minęła 2300, kiedy von dem Bach przystąpił do skreślenia meldunku sytuacyjnego. Wspomniał w nim o podpisaniu umowy  kapitulacyjnej i warunkach w niej zawartych. Meldował, że 2 października z Warszawy wyszło ok. 24 tys. cywilów. Zaznaczał, że w większości byli to mężczyźni zdolni do dalszej walki. Według niego, Powstańcy dotrzymywali obietnic-jeszcze 2 października rozebrano czołową barykadę  przy pl. Politechniki, a na niemiecką stronę przeszło 128 jeńców. Pozostałych 72 nie było w stanie przejść linii. Rany, jakie odnieśli podczas jednego z bombardowań uniemożliwiały to (zostali wydani następnego dnia).

 

Ceremonia podpisania układu o zaprzestaniu działań wojennych. Dokument podpisuje płk Kazimierz Iranek-Osmecki („Heller”). Obok niego siedzi SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski. Po prawej macza pióro w kałamarzu ppłk Zygmunt Dobrowolski („Zyndram”).
(fot. Wikimedia Commons)

 

Do von dem Bacha zadzwonił Hitler. Pogratulował mu załatwienia sprawy. W Ożarowie odebrano ponadto wiadomość, jaką wysłał generaloberst (pol. generał pułkownik-generał) Heinz Guderian. Szef sztabu Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (niem. Oberkommando des Heeres) wyraził swoje uznanie. Depeszę gratulacyjną przesłał też reichsführer SS (pol. marszałek) Heinrich Himmler, sprawujący podówczas stanowisko dowódcy SS i ministra spraw wewnętrznych. Pochwały przysłali też generałowie von Lütwitz i Staedtke.

Swoją depeszę przesłał też gen. płk. Heinz-Georg Reinhardt. Dowodzący Grupą Armii „Środek” (niem. Heeresgruppe „Mitte”),  a więc wszystkimi wojskami walczącymi m.in. na terenie Polski, przesłał swoje gratulacje z powodu odznaczenia von dem Bacha Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego. SS-Obergruppenführer dostał ten order za jego udział w dławieniu Powstania.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dwie rozmowy

25 lis

Negocjacje z generałem Rohrem nie doprowadziły do przerwania działań wojennych w Warszawie. Parę dni później doszło do kolejnych rozmów z niemieckimi parlamentariuszami.

W ostatnich dniach września Niemcy byli zajęci oczyszczaniem Puszczy Kampinoskiej z oddziałów powstańczych. Trwała rozpoczęta 26 września operacja „Sternschuppe” (niem. „Spadająca gwiazda”). Po trzech dniach zakończyła się, choć większość żołnierzy z Kampinosu zdołała się wycofać w bezpieczniejsze rejony kraju. W samym mieście siły przeciwnika nie wykazywały większych chęci zaczepnych. Po tym, jak 27 września Niemcy zdobyli Mokotów, następnego dnia przerzucali wojska na północ. Przygotowywali się do zaplanowanego na 29 września ataku na Żoliborz.

Tymczasem 28 września na forum Komendy Głównej Armii Krajowej i Delegatury Rządu na Kraj toczyły się ożywione dysputy na temat zakończenia Powstania. Dowództwo nie miało bowiem złudzeń. Zapasów starczyło na nie dłużej, niż trzy doby walki. Desperacko poszukując wsparcia. wysłano depeszę do dowodzącego 1. Frontem Białoruskim marsz. Konstantego Rokossowskiego. Opisywano w niej katastrofalną sytuację Powstania oraz błagano o rychłą pomoc lub chociaż zobowiązanie o jej udzieleniu w najbliższych dniach. Przy braku pomocy, dowództwo AK wieszczyło rychła kapitulację.

Biała flaga

Tego samego dnia, około południa w jednym z okien na drugim piętrze Domu Turystycznego przy zbiegu pl. Starynkiewicza z Alejami Jerozolimskimi (niem. Reichstrasse-ul. Rzeszy) Niemcy wywiesili biała flagę, a przez głośniki nawoływali do spotkania. Wezwanie to odebrali Powstańcy z plutonu obsadzającego Centralny Dworzec Pocztowy (nie istnieje, stał przy zbiegu ul. Żelaznej z Alejami Jerozolimskimi, tuż nad wykopem linii średnicowej). Dowodzący obroną tego budynku ppor. Wiesław Dmowski („Małynicz”) nie omieszkał powiadomić o tym fakcie swojego bezpośredniego zwierzchnika, por. Zbigniewa Bryma („Zdunin”), dowódcę 3 kompanii I batalionu Zgrupowania „Chrobry II”.

„Zdunin” pobiegł na Dworzec i na własne oczy zobaczył flagę. W głowach Powstańców narodził się pomysł, żeby dowiedzieć się, czego chcą nieprzyjacielscy żołnierze. Dowódca 3 kompanii nie mógł jednak samodzielnie wydać rozkazu. Decyzję o rozpoczęciu rozmów musieli podjąć wyżsi dowódcy. „Zdunin” polecił sierż. pchor. Albinowi Krajewskiemu („Starża”) przez tubę powiadomić nieprzyjaciół, że niedługo strona polska odpowie na niemieckie postulaty. O zaobserwowanym incydencie „Zdunin” poinformował swojego bezpośredniego zwierzchnika, dowódcę I batalionu Zgrupowania, kpt. Tadeusza Przystojeckiego („Lech Żelazny”).

Ten już jednak o wszystkim wiedział, gdyż poinformowali go żołnierze obsadzający Dom Kolejowy (naprzeciwko Dworca Pocztowego, po drugiej stronie ul. Żelaznej). Podobnie jak „Zdunin” kpt. Przystojecki także zawitał na Dworzec, żeby osobiście zapoznać się z sytuacją. Powstańcy nie kłamali. Niemcy faktycznie wywiesili flagę i wzywali parlamentariuszy. Wtedy jak najszybciej wrócił na swoje miejsce dowodzenia i porozumiał się z dowodzącym Zgrupowaniem „Chrobry II” mjr Andrzejem Kownackim („Jerzewski”) i najprawdopodobniej dowódcą Obwodu I Śródmieście Okręgu Warszawa AK, płk Franciszkiem Pfeifferem („Radwan”).

Otrzymał rozkaz wyznaczenia patrolu, który wyjdzie na spotkanie. Nie otrzymał jednak specjalnych pełnomocnictw. Miał się jedynie dowiedzieć, o co Niemcom chodzi i z kim chcą rozmawiać. Wtedy miały zapaść stosowne decyzje.

Rozmowa

Nastąpiła krótka wymiana zdań przez tuby. Obie strony ustaliły, że delegacje spotkają się na ziemi niczyjej, na jezdni Alej Jerozolimskich, dokładnie w połowie drogi pomiędzy Dworcem Pocztowym, a Domem Turystycznym.

Około godziny 1100 na miejsce spotkania dotarł niosący białą flagę sierż. pchor. Bogdan Łuczyński („Kmicic”). Towarzyszył mu kpt. „Lech Żelazny” oraz por. „Zdunin”. Pozostałą cześć delegacji stanowili ppor. „Małynicz” i sierż. pchor. „Starża” (tłumacz). Polacy nie ufali Niemcom, toteż wietrząc w podjętej przez nich inicjatywie podstęp, zabrali ze sobą broń. Oficerowie zabrali ze sobą pistolety („Zdunin” miał ponadto granat), a „Kmicic” miał pistolet maszynowy MP 40. Osłonę ogniową zapewnili Powstańcy z pistoletami maszynowymi, którzy zajęli stanowiska przy oknach Dworca Pocztowego. Było to iluzoryczne pojęcie bezpieczeństwa. Gdyby Niemcy zaczęli strzelać, delegaci nie zdążyliby uciec przed kulami przez tak szeroką ulicę, jak Aleje.

Powyższe zdjęcie wykonano w połowie sierpnia na terenie Dworca Pocztowego. Po lewej stoi por. Zbigniew Brym („Zdunin”), po prawej stoi kapelan Zgrupowania „Chrobry II” ks. Antoni Czajkowski („Badur”). Towarzyszy im ppor. Wiesław Dmowski („Małynicz”). Zdjęcie pochodzi z: „Powstanie Warszawskie w Ilustracji” (w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej).

Niemcy jednak nie prowadzili ognia, choć w oknach Domu Turystycznego także udało się zauważyć strzelców. Ich delegacja wyszła bez broni, w wyczyszczonych mundurach. Poprzedzał ją feldwebel (niem. sierżant) z białą flagą, a za nim szedł major, kapitan (niem. hauptmann) i tłumacz. Ten ostatni nie nosił dystynkcji na mundurze.

Obie strony dotarły na miejsce spotkania i oddały sobie honory. Nastało niezręczne milczenie, które przerwało pytanie kpt. „Lecha Żelaznego” o powód spotkania. Niemcy poinformowali, że przysłało ich dowództwo sił tłumiących Powstanie w celu nawiązania kontaktów ze stroną Polską i poprosili o okazanie upoważnienia do negocjacji wystawionych przez dowodzącego Armią Krajową gen. dyw. Tadeusza Komorowskiego („Bór”). Powstańcy ich nie mieli. Rozmowy zakończyły się więc jedynie zapewnieniem, że będą kontynuowane.

Spotkanie z majorem Fisherem.

Po powrocie kpt. „Lech Żelazny” złożył raport mjr. „Jerzewskiemu”. Ten zapewne podał informację dalej, bo około godziny 1300 przyszła wiadomość zwrotna. Wysłannik gen. „Bora” miał się stawić na pozycjach Zgrupowania i być członkiem kolejnej delegacji. Łącznik ten jednak nigdy na linie nie dotarł. Został ranny podczas drogi. Kapitan Przystojecki miał iść na spotkanie, znów bez pełnomocnictw. Miał wysondować Niemców.

Na umówione spotkanie kapitan „Lech Żelazny” wyruszył w towarzystwie Stanisława Michałowskiego („Karola”). Oficer ten nosił na co dzień dystynkcje kapitana, ale podczas przyszłej rozmowy miał on udawać wysłannika KG AK. Dlatego też, żeby wydać się dla Niemców bardziej wiarygodnym, dorobił on sobie pagony z dwoma belkami i gwiazdką. Tak oto stał się majorem. Sierżant podchorąży „Kmicic” znów miał nieść białą flagę.

Obie delegacje spotkały się w tym samym miejscu, co rano. Po oddaniu sobie honorów Powstańcy usłyszeli z ust hauptmanna, o tym że mieli się spotkać z szefem sztabu Kampfgruppe „Reinefarth” (niem. Grupa Bojowa „Reinefarth”), majorem Kurtem Fischerem. Niemiec poprowadził żołnierzy w głąb placu Starynkiewicza. Za bramą filtrów Lindleya  zobaczyli wiele motocykli i krzątających się żołnierzy. Kiedy weszli do jednego z budynków, ich oczom ukazali się ślęczący nad bieżącymi zadaniami oficerowie. „Kmicic” został w jednym ze wcześniejszych pomieszczeń. Pozostałą dwójkę zaprowadzono w głąb zabudowania.

Fischera nie było. W zamian za to, przyszedł inny oficer, też major, który zaproponował poczęstunek. Podczas rozmowy miał docenić opór Powstańców. Jednocześnie zasugerował, sądząc po ubiorze żołnierzy, że Powstańcy mają braki w uzbrojeniu i umundurowaniu. „Lech Grzybowski” miał odpowiedzieć, że Niemcy już nie raz przekonali się o sile Powstańców, którzy walczyli pomimo przeciwności.  Oficer niemiecki potraktował to jednak za żart. Fischer przybył ok. 1800 i atmosfera stała się dużo cięższa. Od chwili wejścia rzucał oskarżeniami, że żołnierze polscy, przedłużając walki nie zważają na losy cywili, o których dbają Niemcy. Te stwierdzenia rozsierdziły Powstańców.

Fischer zaproponował zawieszenie broni, które pozwoliłoby na opuszczenie terenu walk przez osoby postronne. Kapitan „Lech Grzybowski” odpowiedział, że ani on, ani towarzyszący mu „Kmicic” nie mają pełnomocnictw wystawionych przez dowództwo AK. Mieli tylko dowiedzieć się, jakie są postulaty niemieckie i przekazać to swoim zwierzchnikom. Tym razem Fischer wpadł w ściekłość. Waląc pięścią w stół zażądał, żeby Polacy udali się nim do Ożarowa, gdzie swoje miejsce postoju miał dowódca sił tłumiących Powstanie, SS-Obergruppenführer (pol. generał broni) Erich von dem Bach-Zelewski. Tam mieli omówić wszelkie sprawy.

Kapitan Przystojecki zaoponował. Wiedział, że powinni już wrócić. Kończył im się bowiem czas, a powrót parlamentariuszy po ustalonej godzinie może skutkować zerwaniem zawieszenia broni. Powstańcy mogli bowiem pomyśleć, że Niemcy porwali wysłanników.

Fischer zrozumiał, że nic nie wskóra. Zaproponował więc ponowne spotkanie. Tym razem jednak żądał, aby dowództwo Powstania przysłało parlamentariuszy posiadających odpowiednie plenipotencje. W towarzystwie Fischera mieli oni wyjechać do Ożarowa, aby ustalić kwestie ewakuacji cywilów.

Kiedy „Lech Grzybowski”, „Kmicic” i  „Karol” wyszli z budynku, było już ciemno. Wraz z towarzyszącym im majorem (tym samym, który zaprowadził ich do sztabu), doszli do ziemi niczyjej. Tam oficerowie oddali sobie honory, po czym Powstańcy poszli ku swoim. Mało by brakowało, a trójka oficerów zostałaby ostrzelana przez żołnierzy ppor. „Małynicza”. Szybko jednak rozpoznali kapitanów „Lecha grzybowskiego” i „Karola” oraz sierż. pchor. „Starżę”.

Późnym wieczorem kapitan Tadeusz Przystojecki („Lech Żelazny”) zameldował się w kwaterze dowodzącego siłami powstańczymi gen. bryg.  Antoniego Chruściela („Montera”). Zdał mu relację z opisywanych wydarzeń.

Następnie generał wziął udział w kolejnej naradzie, która rozpoczęła się o godzinie 1900 w piwnicach tzw. małej PASTY przy ul. Piusa XI 19 (dziś ul. Piękna). „Monter” przedstawił sytuację taktyczną, omawiając też kwestię aprowizacji oddziałów i morale. Podpułkownik Zygmunt Dobrowolski („Zyndram”) naświetlił dotychczasowy przebieg rozmów z nieprzyjacielem, zaś szef Oddziału III KG AK, płk. Janusz Bokszczanin („Sęk”), dokonał analizy sytuacji operacyjnej. Po tych wypowiedziach nastąpiła ożywiona dyskusja. Oprócz wyżej wymienionych zabierali w niej głosy zastępca dowódcy AK gen. bryg. Tadeusz Pełczyński („Grzegorz”) i p.o szefa sztabu AK gen. bryg. Leopold Okulicki („Kobra”). Swoją opinię wyraził też dowódca akowskiego wywiadu płk Kazimierz Iranek-Osmecki („Heller”) oraz płk Jan Rzepecki („Wolski”), zwierzchnik Biura Informacji i Propagandy KG AK. Był też szef cywilnej administracji, Delegat Rządu na Kraj i wicepremier zarazem, Jan Jankowski („Soból”). W imieniu cywilów, wzywał dowódców do zaprzestania walki. Około 2200 zapadła decyzja o powzięciu rozmów kapitulacyjnych.

Ciąg dalszy nastąpi…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przerwane negocjacje

25 paź

Często uważa się, że negocjacje kapitulacyjne prowadzono w pierwszych dniach października. W praktyce jednak, pomysły zakończenia walki pojawiały się już wcześniej.

17 sierpnia 1944 niemieckie dowództwo uznało, że oddziały zdołały zabezpieczyć arterię ciągnącą się ulicami Wolską (niem. Litzmanstadtstrasse-Łódzka), Chłodną (niem. Eisgrubenstrasse), Elektoralną, Senatorską (niem. Senatrorenstrasse), a następnie przez place Bankowy, Teatralny (niem. Theaterplatz) i Zamkowy (niem. Schlossplatz) w kierunku mostu Śląsko-Dąbrowskiego (niem. Stadtbrücke-most miejski). Następnego dnia Niemcy przerzucali wojska na kolejne pozycje wyjściowe, by 19 sierpnia ruszyć w ciasne uliczki Starówki. Tym samym przeszli czasowo do defensywy, w odróżnieniu od Powstańców, którzy 18 sierpnia zdobyli szereg pozycji w Śródmieściu i na Mokotowie.

Czas ten, dowodzący siłami tłumiącymi Powstanie, SS-Obergruppenführer (pol. generał broni) Erich von dem Bach-Zelewski, wykorzystał na pierwsze próby nawiązania kontaktu z dowództwem powstańczym. Liczył bowiem, że po upadku Woli i Ochoty i przeprowadzonych tam rzeziach, ustawione do ataku na kolejną dzielnicę oddziały będą doskonałym straszakiem.

 

Dowodzący akcją zwalczania Powstania SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski (fot. Bundesarchiv, Bild 183-S73507 / CC-BY-SA)

 

18 sierpnia między drzewami Ogrodu Saskiego pojawił się patrol poprzedzony przez żołnierza z białą flagą. W adresowanej do dowodzącego AK gen. dyw. Tadeusza Komorowskiego („Bór”) wiadomości von dem Bach wzywał do zaprzestania walki, którą określał mianem bezsensownej i samobójczej. Dowództwo AK nie ugięło się. Wiedziało jednak, co się stało na Woli i Ochocie po tym jak obie dzielnice zostały zajęte przez nieprzyjaciela. Spodziewając się, że zarówno cywile, jak i żołnierze, zostaną wymordowani, generał „Bór” nie podjął negocjacji.

Przepychanki w sztabach

2 września 1944 roku upadła obrona Starego Miasta. Powstańcy patrolowali wtedy ulice Żoliborza, Śródmieścia, Powiśla, Czerniakowa, Mokotowa. 6 września upadło Powiśle. Zostało to  przez Niemców uznane za spory sukces, choć nadal liczono się z tym, że wojska radzieckie i polskie były niebezpiecznie blisko Warszawy. Niemy założyli, że może dojść do próby połączenia sił powstańczych z wojskami nadciągającymi ze wschodu. Dowództwo Niemieckie było zdecydowane podjąć wszelkie możliwe kroki, żeby zakończyć walkę Warszawy.

Dlatego też, dotychczas nie atakowane Śródmieście stało się na kilka dni centrum ataku. Północną część atakowała Kampfgruppe „Reinefarh” (niem Grupa Bojowa „Reinefarth”) pod komendą SS-Gruppenführera (pol. generał dywizji) Heinza Reinefartha. Południową część dzielnicy atakowała dowodzona Kampfguppe „Rohr” (niem. Grupa Bojowa „Rohr”), którą dowodził generalmajor (pol. generał brygady) Günther Rohr. Chodziło im o to, żeby zamknąć Powstańców w kotle podobnym to tego, jakim stała się Starówka. Dzielnica miała być podzielona na pół wzdłuż linii Alej Jerozolimskich. Innymi, równie ważnymi celami, było zadaniem śmiertelnego ciosu w serce Powstania (do Śródmieścia ewakuowała się ze Starego Miasta Komenda Główna AK).

Walki nie przynosiły jednak spodziewanych efektów. Powstańcy twardo się trzymali. Dość powiedzieć, że 7 września Niemcy zdołali osiągnąć jedynie niewielkie nabytki w rejonie ul. Nowy Świat i w rejonie dzisiejszego Pl. Powstańców Warszawy. Nie udało się także przebić arterii jerozolimskiej. Powstańcy zdołali utrzymać barykadę w poprzek ulicy między domami pod numerami 17 i 22. Drugim punktem zapalnym był Mokotów, gdzie nocą z 6 na 7 września oddziały polskie przepuściły dość silny atak na tzw. Stauferkasserne (dziś gmach Sztabu Generalnego Wojska Polskiego przy ul. Rakowieckiej 4). Niemcy odparli go, ale raporty mówiły o zażartej walce. Żoliborz także trwał w obronie.

Zadanie, jakie stało przed von dem Bachem było więc bardzo trudne. Warszawa walczyła od ponad miesiąca i nie było widoków na to, żeby udało się w najbliższym czasie przełamać polską obronę. Podjął więc się drogi negocjacji. Jeszcze 2 września SS-Obergruppenführer rozmawiał z Adolfem Hitlerem. Führer zgodził się na negocjacje, ale propozycja miała być na warunkach niemieckich. To miał być dyktat. Esesman przyjął ten rozkaz, ale nie wykonał go.

Na początek wzywano cywilów do opuszczania miasta. To miało zmiękczyć Armię Krajową, pozbawiając ją rezerw. 7 września nastąpiła chwilowa przerwa w walce, w czasie której wyszło ze Śródmieścia kilka tysięcy ludzi (według szacunków niemieckich ok. 15-19 tys.). Tego samego dnia do dowództwa niemieckiego zgłosiła się delegacja Polskiego Czerwonego Krzyża. W jej skład wchodziła hr. Maria Tarnowska i Alfred Lewandowski. Tych dwoje działaczy humanitarnych chciało uzgodnić z generałem kolejną możliwość ewakuacji cywilów. Rozmowy przyniosły oczekiwany skutek. 8 września miedzy 1200, a 1400 zapanowała kolejna przerwa w walce i wyszło ok. 10 tys. ludzi.

Moment spotkania delegacji PCK z Niemcami. niedługo potem hr. Maria Tarnowska (druga z prawej) i Alfred Lewandowski (trzeci z prawej) zostali zawiezieni do Wilanowa, gdzie spotkali się z niemieckim przedstawicielem.
(fot. Powstanie Warszawskie w ilustracji – wydanie specjalne, w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej)

 

Pobyt obu działaczy PCK ułatwił von dem Bachowi sprawę. Zaplanował on wykorzystanie ich do przekazania kolejnej propozycji kapitulacyjnej. Rozmowa miała się odbyć po południu. Pozostało tylko wyznaczyć przedstawiciela. Dowódca sił tłumiących Powstanie miał ochotę na odegranie głównej roli w  rokowaniach. Jednakże miał on w tej kwestii stosunkowo niewiele do powiedzenia. Główne decyzje zapadały bowiem ponad jego głową. Podczas rozmowy szefów sztabów Grupy Armii „Środek” i 9. Armii, gen. mjr (pol. generał brygady) Otto Heidkämpera i gen. mjr Helmuta Staedtke, uzgodniono że przedstawienie stronie polskiej warunków kapitulacyjnych będzie musiał kontrasygnować dowodzący Grupą Armii „Środek” generaloberst (pol. generał) Hans-Georg Reinhardt. To oznaczało, że ciężar rozmów wzięli na siebie sztabowcy z Wehrmachtu, a nie SS. Do rozmów upoważniono gen. Günthera Rohra. Jeszcze tego samego dnia pojechał on do Wilanowa, żeby rozmawiać z hrabiną Tarnowską. Podczas spotkania, przekazał  notę, w której wzywał stronę polską do wysłania przedstawicieli na rozmowy kapitulacyjne.

Oficer ten wstrzelił się w moment, bo po stronie polskiej zaczęły kiełkować pomysły kapitulacji. 6 września 1944 r. Do rezydującego w Londynie premiera Stanisława Mikołajczyka wysłano dwie depesze podpisane przez generała Komorowskiego oraz przewodniczącego Krajowej Rady Ministrów (część rządu RP działająca na terenie okupowanych ziem Polskich), Jana Stanisława Jankowskiego („Soból”). Przedstawiały one w bardzo ciemnych barwach sytuację na froncie. Szwankowała aprowizacja, tym bardziej że przybywało pozbawionych dachu nad głową cywilów. Brakowało także wody i elektryczności. Co gorsza, brakowało także amunicji, a Powstańcy musieli sprostać dość silnemu atakowi na Śródmieście. „Bór” z „Sobolem” oceniali, że atakujący nieprzyjaciel dąży do podzielenia Śródmieścia na dwie części i zniszczenia obu punktów oporu jednego po drugim. Według tego scenariusza na pierwszy ogień miała iść północna część dzielnicy dowodzona przez ppłk Franciszka Pfeiffera („Radwan”), która mogła sprostać generalnemu szturmowi maksymalnie przez tydzień. Po upadku tej pozycji, koordynowana przez ppłk Jana Szczurka-Cergowskiego („Sławbor”) obrona południowego Śródmieścia trwałaby może kilka godzin, gdyż Niemcy mogliby rzucić prawie wszystkie możliwe siły.

Rozważając koniec Powstania, obaj sygnatariusze depeszy proponowali trzy możliwe rozwiązania. Pierwszym było wypuszczenie z miasta cywili i walka do ostatniego naboju. Drugim była całkowita kapitulacja. Trzeci wariant zakładał poddawanie się kolejnych dzielnic-w zależności od kolejności niemieckich ataków.

Podobny wydźwięk miał wysłany także inny tekst, tym razem podpisany przez czterech przedstawicieli Krajowej Rady Ministrów oraz Rady Jedności Narodowej (konspiracyjne przedstawicielstwo stronnictw politycznych uznających zwierzchnictwo Rządu RP na Uchodźctwie). Alarmowano w nim, że w Warszawie nie ma żywności, wody i prądu, a ludność bardzo cierpi. Twierdzili, że warunki nie pozwalają na dłuższą walkę i jeżeli Powstańcy nie otrzymają wymiernej pomocy, skapitulują.

Ósmego września Rada Jedności Narodowej i Krajowa Rada Narodowa wezwały Komendę Główną do podjęcia rokowań. Generał Komorowski przyjął to do wiadomości i postanowił odpowiedzieć na propozycję, mimo sprzeciwu dowodzącego Okręgiem Warszawa AK płk Antoniego Chruściela („Montera”). Należało, według pułkownika, wysłać prośby o pomoc do Londynu i nadchodzącej 1 Armii WP. Kapitulacja mogła skończyć się masakrą bezbronnych żołnierzy.

Wymiana depesz

„Bór” podjął już jednak decyzję. 9 września przesłał do premiera Stanisława Mikołajczyka depeszę, w której błagał o pomoc, a parę godzin potem na liniach zameldowała się delegacja w składzie ppłk Franciszka Hermana („Bogusławski”) i por. Alfreda Korczyńskiego („Sas”).

Niemcy zawieźli ich na Ochotę. W zabudowaniach Domu Akademickiego przy pl. Narutowicza czekał na nich sam gen. Rohr. Obaj oficerowie przekazali mu pełnomocnictwo podpisane osobiście przez Komorowskiego. Podpułkownik „Bogusławski” i por. „Sas” mieli wysłuchać propozycji generała, a następnie omówić w nim kwestię ewakuacji cywilów w kierunku zachodnim. Podobnie miała wyglądać kwestia ewakuacji rannych wziętych do niewoli przez polskich żołnierzy. Podnieść także miano sprawę ewakuacji rannych Powstańców. Co do innych propozycji gen. Rohra ppłk „Bogusławski” i por. „Sas” nie mogli podjąć wiążących decyzji bez zgody dowództwa Powstania.

 

Dom Akademicki przy pl. Narutowicza. To tu gen. Rohr spotkła się z ppłk „Bogusławskim” i por. „Ściborem”. (fot. Piotr Panek)

 

Generał Günther Rohr też miał wytyczne, których musiał się trzymać. Dlatego też nie rozmawiał o ewakuacji cywilów i rannych z oblężonych dzielnic. Chciał ogólnej kapitulacji sił polskich. Zagwarantował jednocześnie, że poddająca się strona polska będzie traktowana zgodnie z zasadami zawartymi w konwencji genewskiej.

Aby „zmiękczyć” polskich dowódców i zmusić ich do zaakceptowania tej propozycji, von dem Bach nakazał położyć ogień artylerii na Śródmieście. Nic dziwnego. Palił mu się grunt pod nogami. Wojska polskie i radzieckie były coraz bliżej Warszawy. Bach liczył się z tym, że mogą one włączyć się do walki o Warszawę. 10 września jego przypuszczenia zaczynały się sprawdzać. Nadciągające ze wschodu wojska ruszyły do ataku. Pierwsi żołnierze wbiegali na ulice Pragi. Dlatego też Niemcom zależało na tym, ażeby jak najszybciej zakończyć rozmowy.

Sprawę z tego zdawali sobie także sztabowcy z KG AK, którzy zdecydowali się grać na zwłokę. W dniu rozpoczęcia walki o Pragę, przez barykadę przecinającą dzisiejszą ul. Nowowiejską (niem. Schuchstrasse-Szucha), przekazano kolejną wiadomość. W podpisanej przez gen. „Bora” depeszy pojawiły się żądania pisemnych gwarancji odnośnie traktowania żołnierzy Okręgu Warszawa AK jako kombatantów, bez względu na to, czy działalność antyniemiecką podjęli przed 1 sierpnia 1944 r czy po tej dacie.  Generał nalegał także na doprecyzowanie informacji odnośnie losów cywilów i stosunku władz niemieckich do polskiej administracji cywilnej, jaka ujawniła swoją działalność po wybuchu Powstania. Bez tego nie godził się na podjęcie jakichkolwiek pertraktacji.

Wiadomość generała Komorowskiego została przeanalizowana w sztabie 9. Armii pod dowództwem generała Nikolausa von Vormanna. Sprawą zainteresowali się nawet sztabowcy z Grupy Armii „Środek”. Niemcy musieli podejrzewać, że Polacy chcieli coś ugrać na czasie, bo kiedy ok. godziny 1000 Rohr odpowiedział na depeszę gen. „Bora”, potwierdził prawa kombatanckie dla żołnierzy AK (bez względu na ich wcześniejszą działalność konspiracyjną), a cywile oraz administracja mieli być wycofali poza strefę frontową. Z drugiej jednak strony, kategorycznie zażądał przekazania mu do godziny 1600 decyzji o poddaniu Warszawy.

To jedno z nielicznych zdjęć gen. dyw. Tadeusza Komorowskiego („Bora”:) z okresu Powstania. Fotografia została wykonana w październiku i dokumentuje moment, kiedy generał udawał się do niewoli po przerwaniu działań wojennych w Warszawie (o czym informuje podpis)
Z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego

„Bór” jednak ani myślał się poddawać. Z Londynu nadeszła odpowiedź na wiadomość z 9 września. Nad miasto miała nadlecieć współorganizowana z Kremlem wyprawa amerykańskich samolotów (tzw. operacja Frantic VII została przeprowadzona 18 września). Coraz bardziej było słychać ze wschodu huk dział. Na warszawskim niebie zaobserwowano także działalność radzieckich myśliwców. To wszystko napawało nadzieją na szybką pomoc.

Dlatego też „Bór” zdecydował się jeszcze bardziej rozciągnąć rokowania. Jeszcze 10 września o godzinie 1300 przekazał odpowiedź na wezwanie Rohra. Zmienił zdanie i sprzeciwił się ewakuacji cywilów, których domy jeszcze stały. Napisał też, że ma poważne podejrzenia, iż kapitulacja może zakończyć się rzezią Powstańców. Wziąwszy to pod uwagę, część oddziałów mogłaby odmówić wykonania rozkazu i walczyć do końca.  Rozwiązanie tej sytuacji gen. Komorowski widział w pisemnych gwarancjach, jakie sygnować musiał dowodzący Grupą Armii „Środek”, generał Hans-Georg Reinhardt. Dodatkowo, gwarancje te miały zostać ogłoszone światu na falach eteru. Bez tego, dowództwo AK nie było gotowe poddać miasta o godzinie 1600.

Oczywiście Polacy znów grali, byle tylko nie kapitulować o godzinie 1600. Generał Rohr odpowiedział dopiero po paru godzinach, gdyż zapewne musiał czekać na instrukcje ze sztabu Grupy Armii „Środek”. W datowanej na ok. 1845 odpowiedzi dał wyraz swojemu oburzeniu. Stwierdził, że słowa gen. „Bora” o braku zaufania nosiły znamiona obelżywości i powstrzyma się od ich dalszego komentowania. Jednocześnie zawiadomił, że negocjacje prowadził w imieniu gen. Reinhardta i zarazem potwierdził wszystkie wcześniejsze ustalenia.

Nowością był ostrzejszy ton wiadomości. Nieznoszącym sprzeciwu tonem gen. mjr. Rohr zażyczył sobie dostarczenia mu do godziny 100 dnia 11 września decyzji o kapitulacji miasta. Rozpoczęcie stosownych procedur przewidział pięć godzin potem. Odmowa miała skutkować zwielokrotnieniem ataku na oblężone dzielnice. Sój list przesłał też gen. Reinhardt. Powtórzył on żądania dowódcy Kampfgruppe „Rohr”, zaznaczając jednocześnie, że jest to ostateczne stanowisko strony niemieckiej.

Koniec rozmowy

Były to warunki wysoce nierealne. Możliwości komunikacyjne w oblężonej stolicy Polski uniemożliwiły dostarczenie tej wiadomości odpowiednio szybko. Dotarła ona bowiem ok. północy. 11 września około godziny 1330 „Bór” podpisał kolejną wiadomość, w której obwiniał Niemców o zerwanie pertraktacji. KG AK zrezygnowała tym samym z prowadzenia dalszych rokowań.

Zresztą Niemcy też nie liczyli już na powodzenie rozmów. Dodali dwa do dwóch i zorientowali się, ze im bliżej był front, tym postulaty powstańcze były bardziej złożone. Zorientowali się, że Powstańcy grają na czas, licząc na włączenie się do walk nadchodzących ze wschodu sił.

Już 10 września generalmajor Günther Rohr, a więc w momencie wymiany wiadomości, posłał piechotę na do próbnego natarcia na południowy Czerniaków. Zmasowany atak rozpoczął się 11 września, kiedy wojska radzieckie i polskie walczyły już na ulicach Pragi. Prawobrzeżna Warszawa została zdobyta 14 września. Następnego dnia 9 pułk piechoty 3 Dywizji Piechoty 1 Armii Wojska Polskiego rozpoczął operację desantową na lewy brzeg Wisły. Nie udało się, jak zaplanowali niemieccy sztabowcy, doprowadzić do kapitulacji Warszawy nim nadjedzie front.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Okęcie w ogniu.

19 wrz

Jednym z ważniejszych punktów na mapie planowanego Powstania były tereny Okęcia, a w zasadzie znajdujący się tam port lotniczy. Zadanie zdobycia lotniska poruczono żołnierzom służącym w pułku „Madagaskar”, przemianowanego potem na „Garłuch”.

Oddział „Madagaskar” powstał jeszcze w październiku 1939 roku. Założyli go żołnierze 7. pułku piechoty legionów, którzy nie poszli do niewoli, a po przedostaniu się do stolicy, zostali członkami organizacji Orzeł Biały. Oddział z początku był kuźnią kadr dla rozwijającej się grupy konspiracyjnej, a od 1940 roku stanowił samodzielną jednostkę, pod dowództwem kpt. Kazimierza Langa („Grzyb”). Działali na terenie Okęcia, za cel biorąc sobie obserwowanie rejonu tamtejszego lotniska.

Rok później „Madagaskar” został (podobnie jak organizacja, której podlegał) wcielony do Związku Walki Zbrojnej. Ówczesny dowódca ZWZ, gen. bryg. Stefan Rowecki („Grot”), zmienił nazwę na 7 pułk piechoty legionów „Madagaskar”. Żołnierze stali się odtąd obsadą VIII Samodzielnego Rejonu „Okęcie”. Ich zadaniem było zdobyć i utrzymać znajdujące się na terenie Rejonu lotnisko. Było to bardzo ważne, bo przez ten port lotniczy, w razie wybuchu walk, miało przyjść wsparcie z zachodu.

Żołnierze nie uniknęli jednak represji ze strony okupanta. W grudniu 1942 roku „wpadł” dowódca 2 kompanii II batalionu, ppor. Antoni Łapiński („Podkowa”) wraz z adiutantem. 1 lutego 1942 roku miała miejsce tragiczna odprawa, podczas której 5 oficerów II batalionu zginęło w walce z urządzoną obławą. W ręce Niemców wpadło ponadto siedmiu Akowców. Trzech z nich zostało zesłanych do obozów koncentracyjnych, jeden zdołał umknąć będąc jeszcze na Włochach. Pozostałych trzech rozstrzelano w Magdalence. Wśród nich był m.in. kpt. „Grzyb”. Jego następcą został mjr. Stanisław Babiarz („Wysocki”). Oddział został też głębiej zakonspirowany, otrzymując nową nazwę-„Garłuch”.

13 dni po lutowej wsypie ZWZ przeformowano w Armię Krajową. Do lipca 1944 roku 7. pułk piechoty legionów „Garłuch” liczył 3 bataliony, w skład których wchodziło 11 kompanii piechoty, bateria (kompania) artylerii, jednostki łączności i inne służby. W sumie było to ok. 3000 żołnierzy. W związku z planowanym atakiem na lotnisko na Okęciu, rozkazom „Wysockiego” podporządkowano taktycznie Bazę Lotniczą „Łużyce”. Był to specjalny oddział, który miał stanowić obsadę portu lotniczego. W jego skład wchodzili więc mechanicy i piloci.

Zadanie zdobycia lotniska było bardzo trudne. Przeprowadzony rekonesans wykazał, że na przełomie czerwca i lipca 1944 roku na terenie lotniska i w bezpośrednim jego otoczeniu stacjonowało ok. 2000 żołnierzy. Rekrutowali się oni głównie spośród oddziałów artylerii przeciwlotniczej, pilotów i techników obsługi naziemnej. Było też ok. 30 kobiet z Bund Deutscher Mädel (niem. Związek Niemieckich Dziewcząt, kobiecy odpowiednik Hitlerjugend). Oprócz tego, w bezpośredniej bliskości lotniska, od strony dzisiejszej Alei Krakowskiej wystawiono dość silny oddział Schutzpolizei (niem. Policja Ochronna).

Teren osiedla Okęcie patrolowali ponadto kolaboranci z Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej (ros. Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armija). Ich dokładna liczebność była nieznana. Przypuszczano, że była to co najmniej kompania. Na terenie fortu Okęcie był niemiecki skład amunicji. Nieodległy fort Zbarz również był obsadzony. Inni żołnierze, tym razem z 1. Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Göring”, znajdowali się w okolicach Piastowa. Był to zaprawiony w bojach oddział, który właśnie wrócił z frontu-miał za sobą m.in. walki we Włoszech, gdzie bronił Monte Cassino przed żołnierzami II Korpusu gen. dyw. Władysława Andersa. Rankiem 1 sierpnia spadochroniarzy wyładowano na lokalnych stacjach kolejowych, z zamiarem przerzucenia ich przez Warszawę na wschód. Ruszający do ataku Powstańcy mieli więc nielichy orzech do zgryzienia.

Wydano rozkaz mobilizacji, zakładając natarcie na Okęcie z kilku stron. III batalion dowodzony przez por. Mieczysława Czarneckiego („Biały”) miał zaatakować lotnisko z rejonu wsi Zbarż i Zagościniec (dziś części dzielnicy Włochy w rejonie stacji PKP Okęcie). Drugi batalion, pod komendą mjr Aleksandra Mazura („Zawisza”), miał swoje pozycje wyjściowe w rejonie Rakowca (część Ochoty). Pierwszy batalion pod mjr Sukiewiczem („Odyniec”) miał operować na terenie dzisiejszego Ursusa i osiedla Paluch. W bezpośrednim sąsiedztwie tej ostatniej jednostki mieli operować żołnierze Bazy Lotniczej „Łużyce”.

Wpadka 34 plutonu

Problem jednak w tym, że rozkaz o rozpoczęciu walki dotarł do żołnierzy pułku „Garłuch” dopiero 1 sierpnia, w godzinach południowych. Prowadzona w pośpiechu mobilizacja sprawiła, że nie udało się dotrzeć do części oddziałów, rozrzuconych po całym mieście. Nawet ci, do których udało się dotrzeć, musieli pokonać całe miasto by dotrzeć na miejsce koncentracji. W takich warunkach aż się prosiło, by doszło do wcześniejszej dekonspiracji.

Zaraz w pierwszych godzinach mobilizacji „wpadł” transport broni i amunicji. Parę godzin później, tuż przed godziną 1700, żołnierze 1. kompanii II batalionu wdali się w potyczkę z Niemcami na pl. Narutowicza. Dowodzący nimi sierż. Józef Czachowski („Szkorbut”) poległ. Inna drużyna z tej samej kompanii, pod dowództwem sierż. Edwarda Wojciechowskiego („Edek”), walczyła z niemieckim oddziałem na ul. Filtrowej. „Edek” poległ, a losów większości jego ludzi nie udało się ustalić.

Pecha mieli też żołnierze z 34 plutonu z 5 kompanii III batalionu. Dowodzący nimi ppor. Józef Wasilewski („Róg”) otrzymał odpowiednie rozkazy ok. godziny 1200. Miał więc ok. 5 godzin, by zebrać żołnierzy zbierających się w lokalach przy ul. Mostowej, Rybaki, Bugaj, Freta i przy pl. Trzech Krzyży w kościele Świętej Trójcy przy ul. Solec. Wydawałoby się, że było to dość dużo czasu. W praktyce jednak pierwsi Polacy zameldowali się na Solcu ok. godziny 1300. Uzbrojenie przedstawiało się tragicznie. Na stanie oddziału było jedynie kilka pistoletów, przyniesionych zapewne przez dowódcę i podoficerów. Reszta żołnierzy musiała zadowolić się granatami.

Mimo to ppor. „Róg” zdecydował się iść na miejsce koncentracji batalionu. Planował, że poprowadzi swój oddział ul. Czerniakowską na południe by (najpewniej poprzez ul. Chełmską) dojść do ul. Dolnej. Potem wystarczyło iść na zachód w kierunku ul. Racławickiej. Ta z kolei miała wprowadzić żołnierzy na Rakowiec. Stamtąd było już blisko na Okęcie. „Róg” swoich żołnierzy podzielił na dwie drużyny. Przodem puścił grupę pod dowództwem swojego zastępcy, sierż. Władysława Figury („Śmieszny”). Około 150 metrów dalej szedł sam „Róg” z resztą. Zapewne powodowani pospiechem, żołnierze zarzucili jedna z podstawowych zasad konspiracji-skrytość. Idące grupy nie przypominały grupek ludzi, a maszerujący oddział piechoty.

Nic więc dziwnego, że ok. godziny 1600, kiedy weszli na ul. Czerniakowską i dotarli w rejon Stacji Pomp Rzecznych Wodociągów Warszawskich pod numerem 124, wzbudzili zainteresowanie niemieckich posterunków. Na razie Niemcy nie atakowali. Wyczekiwali, zapewne spodziewając się innych oddziałów. Jeżeli tak było, to mieli rację. Kiedy „Śmieszny” dotarł cztery numery dalej, pod mury stacji pomp dotarła grupa ppor. „Roga”. Wtedy zaczęła się kanonada. Po ustaniu ognia, na jezdni leżało 17 ciał-wśród nich dowodzący plutonem ppor. Wasilewski. Sierżant Figura przejął dowodzenie i poprowadził żywych jeszcze ludzi jak najdalej od miejsca walki. Dołączyli do pułku „Waligóra” i walczyli m.in. o Wilanów. Na Okęcie nie dotarł żaden z żołnierzy 34 plutonu.

Stacja Pomp Rzecznych Wodociągów Warszawskich dziś.
(fot. Hiuppo)

Zdunin” utknął na Chmielnej

Podporucznik Zbigniew Brym („Zdunin”) otrzymał rozkaz mobilizacji podległego mu plutonu saperów 1 sierpnia ok. godziny 1300. Podlegli mu żołnierze zebrali się w dwóch miejscach. „Zdunin” przebywał na ul. Pańskiej 10. Wraz z nim zebrało się tam około dwudziestu ludzi-głównie żołnierze wojsk saperskich, mający za sobą walki Kampanii Wrześniowej. Druga część przebywała na Mokotowie, w domu przy ul. Idzikowskiego. Oprócz tego, na Pańskiej stawiło się dwóch żołnierzy, w tym m.in. ppor. Mieczysław Brym („Tolimierz”), brat dowódcy plutonu, który też był żołnierzem „Garłucha”. Wraz z bratem chciał iść na Okęcie, by tam przejść w dowodzenie swój pluton.

Około godziny 1515 na Pańskiej stawił się łącznik. Przyniósł sprecyzowane dyspozycje. „Zdunin” pognał na ul. Łucką. Tam miał oczekiwać jego zwierzchnik-dowódca pułkowej artylerii, por. Romuald Jakubowski („Kuba”). Kiedy jednak zziajany oficer wbiegł do wyznaczonego lokalu, jego dowódcy już tam nie było. Wyruszył na Okęcie. Zastani tam łącznicy przekazali „Zduninowi” karteczkę  z rozkazem, że jego pluton ma się zameldować o godzinie 1600 w Zbarzu. Kiedy spojrzał na zegarek, przeraził się. Była 1540. Przeanalizował możliwe trasy. Uznał, że najszybciej będzie dostać się do ul. Marszałkowskiej, by idąc wzdłuż niej, wyjść na ul. Puławską. Ta z kolei miała zaprowadzić Akowców na Służewiec. Stamtąd był już tylko rzut beretem na lotnisko.

Żołnierze szli w szyku ubezpieczonym. Poruszali się po dwóch stronach ulicy. Broń mieli ukrytą, ale w każdej chwili mogli odpowiedzieć ogniem, gdyby zostali zaatakowani. To była jednak ostateczność. Przodem Brym puścił szperaczy. Nie mieli broni. Ich zadaniem było zawiadomić o nadciągającym nieprzyjacielu.

Czujki dały znać o dużej liczbie niemieckich patroli, kiedy oddział doszedł ul. Pańską w rejon ul. Marszałkowskiej. Niemcy starli się z koncentrującymi się przy pl. Dąbrowskiego żołnierzami z komendy Obwodu I Śródmieście AK i obsadzili okolicę. Brym zmienił więc trasę. Cofnął się do ul. Twardej. Chciał nią dojść do ul. Żelaznej, a potem do Alej Jerozolimskich (niem. Reichsstrasse-ulica Rzeszy). Te zaś miały go poprowadzić do placu Zawiszy. Potem oddział miał wejść w ul. Raszyńską (niem. Sommerstrasse- ulica Letnia). Potem już tylko podróż Aleją Żwirki i Wigury (niem. Strasse der Flieger-ulica Lotników) i cel byłby osiągnięty.

Starcia w rejonie pl. Dąbrowskiego nie były jedynymi. Od około 1300 do dowództwa wojsk okupacyjnych spływały meldunki sytuacyjne o kolejnych starciach w różnych dzielnicach miasta. Niemcy połączyli fakty i wkrótce doszli do wniosku, że coś się szykuje. Około godziny 1630 dowodzący garnizonem Generallleutnant (pol. generał dywizji) Reiner Stahel ogłosił alarm garnizonu. Odtąd przedpowstaniowa koncentracja odbywała się w warunkach podwyższonego ryzyka dekonspiracji.

Kiedy rozkaz Stahela docierał do podległych mu kompanii i plutonów, ppor. Brym był już u zbiegu ul. Twardej, Złotej i Żelaznej. Żołnierze zauważyli samochód ciężarowy pędzący ul. Żelazną od strony Alej Jerozolimskich. Brym nakazał zachować spokój i nie atakować ciężarówki. Zapewne się zdziwił, kiedy z jadącej ciężarówki padły strzały. To siedzący na siedzący pace żołnierze otworzyli ogień. Brym wyciągnął spod płaszcza Stena. Puścił krótką serię do ciężarówki, która szybko zniknęła z oczu konspiratorom.

Było tuż przed 1700. Brym musiał jak najszybciej doprowadzić podległych mu żołnierzy na Okęcie. Nakazał więc zbicie się w większą grupę i biec w stronę Alej. W okolicach budynku przy Żelaznej 27 żołnierze stanęli. Nie było odwrotu. Oddział został już raz zauważony i w każdej chwili należało spodziewać się ataku nieprzyjaciela. Można było iść tylko do przodu, nim przyjdzie wsparcie.

Niemcy byli bliżej, niż się spodziewał. Od strony Alej Jerozolimskich, poprzez wiadukt nad tunelem średnicowym, w Żelazną nadjechał zmotoryzowany patrol szybkiego reagowania, tzw. Überfallkommando. Była to kolejna ciężarówka pełna Niemców, tym razem mających także broń maszynową. Został on pewnie wysłany do walki z oddziałami ppor. Władysława Mizielskiego („Piotr”), który usadowił się w kamieniach przy ul. Chmielnej, aż po Miedzianą. Tymczasem Brym z żołnierzami był właśnie u zbiegu Żelaznej z Chmielną. Podszedł Niemcom pod lufy.

Powyższe zdjecie wykonano w drugiej połowie sierpnia, Kiedy ppor. Zbigniew Brym („Zdunin”, z lewej) dowodził już 3 kompanią I batalionu Zgrupowania „Chrobry II”. „Zduninowi” towarzyszy ppor. Władysław Mizielski („Piotr”), który dowodził 1. plutonem w kompanii Bryma. Po prawej stoi ks. Antoni Czajkowski („Badur”), kapelan Zgrupowania „Chrobry II”.
Zdjęcie pochodzi z „Powstanie Warszawskie w Ilustracji” (w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej).

Niemcy, widząc uzbrojonych Polaków, otworzyli ogień. Któryś z żołnierzy rzucił granat. Jego wybuch nie wyrządził jednak szkody oddziałowi na samochodzie. Przeciwnie, ogień się zintensyfikował, bo równocześnie strzelali Niemcy z załogi Kamienicy Pracowników PKP (tzw. Dom Kolejowy, róg Żelaznej i Chmielnej). Naprzeciwko, ziały ogniem okna i bunkier nieistniejącego dziś Centralnego Dworca Pocztowego (tzw. Dworzec Pocztowy, naprzeciwko Domu Kolejowego). Brym wycelował swojego Stena w otwór strzelniczy bunkra i nacisnął spust. Załoga została wyeliminowana z walki, ale to była tylko niewielka poprawa sytuacji. Trzeba było ratować oddział, nim zostanie on wybity. Brym nakazał odwrót.

Ostrzeliwani żołnierze zaczęli przebiegać do kamienicy przy ul. Chmielna 126, osłaniani przez podporuczników „Zdunina” i „Tolimierza”. Ten pierwszy chciał osłonić brata i zza węgła bramy kamienicy ostrzeliwał Niemców. Niestety, „Tolimierz” otrzymał postrzał prosto w głowę, kiedy od bezpiecznego podwórza kamienicy dzieliło go kilka metrów. Jeszcze rzęził, ale to już była agonia. Pod wieczór cywile znieśli martwe ciało. Gdzieś obok leżały zwłoki drugiego poległego-sap. „Rocha” (NN).

„Zdunin” też został ranny. Ostrzeliwał się z Niemcami, póki nie zabrakło nabojów w magazynku. Schował się za załomem muru by go zmienić i kiedy się wychylił, ciężarówka z Niemcami była bliżej. Kule zaczęły padać niebezpiecznie blisko niego, powodując odpadanie kawałków tynku. Zaraz potem otrzymał postrzały w ramię i głowę.

Walka wygasła po jakimś czasie. „Zdunin” z żołnierzami zaległ w kamienicach przy Chmielnej, a godzina „W” już dawano wybiła. Na lotnisko nie zdążyli. Dowodzony przez ppor. Bryma oddział stanie się w następnych dniach 3 kompanią I batalionu Zgrupowania „Chrobry II”. Oddział ten będzie obsadzał wysunięte najdalej na zachód placówki powstańcze.

Szturm na lotnisko

Nie dotarli też inni. Żołnierze pułku „Garłuch”, którzy nie dotarli na miejsce mobilizacji meldowali się na zbiórce staromiejskiego Zgrupowania „Róg”. Na Starówce walczyli też w batalionie „Gustaw” i w przybyłym z Woli Zgrupowaniu „Leśnik”. W Śródmieściu ludzie z 7 pułku piechoty walczyli w szeregach 3 batalionu pancernego „Golski” oraz w Zgrupowaniu „Ruczaj”. Inni dołączyli do Zgrupowania „Kryska” i bili się na Czerniakowie. Ponad 30 walczyło ramię w ramię z Powstańcami z Grupy Kampinos.

Kiedy około godziny 1600 dnia 1 sierpnia major „Wysocki” podliczył żołnierzy, okazało się, że stawiennictwo oscylowało w granicach 50%, a broń mieli tylko nieliczni. To wszystko sprawiło, że dowódca pułku „Garłuch” nakazał przejście do ponownej konspiracji. Wydany na podstawie trzeźwego osądu rozkaz został jednak wydany za późno. Ostatnia godzina przez rozpoczęciem Powstania miała posłużyć Powstańcom na ostatnie przygotowania do ataku, a nie na ponowne zakonspirowanie się. Łącznicy starali się dotrzeć do pododdziałów. Robili co mogli, ale nie udało się zawiadomić wszystkich żołnierzy.

O odwołaniu rozkazu nie dowiedział się zwierzchnik ppor. Bryma, por. „Kuba”. Dowodzona przez niego pułkowa bateria artylerii miała wyjść do ataku z terenu wsi Zbarz. Baterią ten oddział był jednak tylko z nazwy. Działa miano dopiero zdobyć na Okęciu, a około 180 ludzi uszeregowanych w trzy plutony dysponowało jedynie 6 pistoletami maszynowymi, 5 karabinami Mauser i 400 granatami.  Reszta broni nie dotarła na miejsce koncentracji.

Bateria była w walce od ok. godziny 1500, kiedy por. „Kuba” otrzymał informację o niemieckim żołnierzu czujce w jednym z okolicznych domów. Przez lornetkę obserwował on akurat miejsce koncentracji oddziału. „Kuba”, rozumiejąc, że jest to zagrożenie dla jego żołnierzy, nakazał pozbyć się obserwatora. Zająć się tym mieli kpr. pchor. Taduszowi Kozłowskiemu („Kozak”) i strz. Andrzejowi Pełce („Czyżyk”). Niemiec jednak uważnie obserwował przedpole i dostrzegł idących go zabić Powstańców. Wywiązała się strzelanina. Trwała ona jednak dość krótko. Któryś z Polaków okazał się lepszym strzelcem i zabił nieprzyjaciela. Strzały zaalarmowały inne oddziały w okolicy i pod willę zajechała ciężarówka. Żołnierze wzmocnili posterunek i ostrzelali Akowców, ale niecelnie. Dwójka Polaków wycofała się.

Niemcy zaczęli zapewne ścigać żołnierzy, ale nie zdołali ich dogonić. Sformowani w trzy kolumny żołnierze z baterii „Kuby” wyruszyli do ataku zgodnie z planem. Kiedy mieli już przeskakiwać przez jedną z ulic, nadjechał nią niemiecki samochód. Idąca na przedzie uzbrojona sekcja otworzyła ogień. Celne kule szybko dosięgły kierowcę. Auto wylądowało w rowie, a jadący nim Niemcy zostali wybici. Zyskano nową broń. Dołączyło też wsparcie w postaci kilku luźnych oddziałków, które nie zdołały przejść na miejsca koncentracji.

Wzmocniony oddział dotarł do wsi Zbarz, gdzie pozostawiono patrol sanitarny. Przed Powstańcami był teraz otwarty teren, częściowo porośnięty pszenicą. Im bliżej było lotniska, teren stawał się coraz bardziej otwarty, pozbawiony naturalnych osłon. Były to lekko opadające ku zabudowaniom lotniczym kartofliska i ugory. „Kuba” wydał ostatnie rozkazy przed atakiem.

Tuż po godzinie 1700 żołnierze rozwinęli się w trzyrzędową tyralierę. Niemcy, o dziwo, nie strzelali. Nie oznacza to wszakże, że nie wiedzieli o ruchach Polaków. Czujka, którą zlikwidowali pchor. „Kozak” i strz. „Czyżyk” nie była jedyną. Mając zawczasu przygotowane pola ostrzału, tylko czekali, aż Powstańcy wejdą im przed lufy. Faktycznie, kiedy Polacy doszli na ok. 250 metrów od lotniska, wyszli z łanów pszenicy. Wtedy runęła na nich ściana ołowiu. Strzelała załoga fortu Zbarz na południu, niemieckie ckm-y ustawione pośród zabudowań lotniska (jedno ze stanowisk było na wieży kontroli lotów) i okolicznych budynków mieszkalnych. Niemcy podciągnęli ponadto pododdziały z moździerzami.

„Kuba” wydał komendę ataku skokami. Żołnierze podnosili się, przebiegali parę metrów, po czym znów padali, by ostrzelać nieprzyjacielskie pozycje. Broni było jednak mało, na rzut granatem było zbyt daleko, a ogień nieprzyjaciela nie słabł. Od pierwsze kule raniły por. „Kubę”. Mimo to, pozostał wśród swoich ludzi i dalej dowodził. Kolejny postrzał okazał się śmiertelny. Zaraz potem zginął jego zastępca, ppor. Tadeusz Jędrzejak („Harley”). Coraz więcej bezwładnych ciał leżało na przedpolu lotniska.

W zaistniałej sytuacji dowodzenie przejął brat por. „Kuby” i zarazem dowódca jednego z plutonów, ppor. Zbigniew Jakubowski („Słon”). Niedługo potem na teren walki przedostał się zziajany ppor. „Adrian” (NN). Wśród świstających kul przekazał on rozkaz mjr „Wysockiego” nakazujący zaniechanie walki. „Słoń” nie czekał długo i nakazał wycofywanie się skokami. Na odwrót było już jednak za późno. W rejon walki nadjechały transportery opancerzone. Jeden z nich zbliżył się do oddziału, po czym zaczął ścigać cofających się pod ciągłym ogniem Powstańców. To zapewne od kul wystrzelonych przez siedzącego w nim kaemistę poległ ppor. „Słoń”. Ostrzał ustał po około godzinie, kiedy ostatni żywi Powstańcy wydostali się z kartofliska i skryli się w łanach pszenicy. Było ich jednak niewielu. Na polu bitwy na zawsze pozostało 125 żołnierzy spośród około 180, którzy wyruszyli do walki. Dołączyli do innych oddziałów, głównie w Lasach Sękocińskich i Chojnowskich oraz na Mokotowie.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy do szturmu ruszała bateria „Kuby”, lotnisko zostało zaatakowane od zachodu przez żołnierzy mjr Aleksandra Mazura („Zawisza”). Oficer ten dowodził II batalionem 7. pułku piechoty i kiedy dotarł na ul. Słowiczą i zorientował się, że większość podległych mu żołnierzy nie dotarła na wyznaczone miejsce zbiórki. Zameldowała się za to pewna ilość żołnierzy z III batalionu. Major „Zawisza” zorganizował z nich oddział i ok. godziny 1700 wyruszył do ataku. Także i w tym wypadku Powstańcy spotkali się z silną zaporą ogniową. Zaraz po tym, jak rozsypali się w tyralierę, zalegli przyduszeni do ziemi. Byli już pierwsi ranni i zabici, kiedy „Zawisza” zorientował się, że jego kombinowany oddział nie wykona zadania. Wycofał podległe mu zgrupowanie do okolicznych zabudowań.

Parę godzin później na Okęciu zameldowali się żołnierze pod komendą por. Tadeusza Gaworskiego („Lawa”). Żołnierze ci byli chyba najlepiej wyposażeni spośród całego pułku „Garłuch”. Dowodzeni przez tego cichociemnego Powstańcy dysponowali dziewięcioma pistoletami maszynowymi Sten, a ponadto na stanie oddziału było 5 karabinów, 46 pistoletów i 180 granatów. Rzecz jednak w tym, że „Lawa” dowiedział się o tym, że ma stawić się na Okęciu dopiero ok. 1645. Pognał swoich żołnierzy w kierunku ul. Filtrowej, by zapewne dojść do Raszyńskiej i nią do al. Żwirki i Wigury. Stamtąd już było niedaleko.

Dworzec lotniczy i wieża kontroli lotów-jeden z celów oddziałów szturmujących lotnisko na Okęciu.
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Pech jednak chciał, że już w pierwszych chwilach Powstania zatrzymały go walki w rejonie  al. Niepodległości (niem. Nordsüdallee, aleja północ-południe). Dopiero ok. 2200 por. „Lawa” i jego żołnierze mogli doszli w rejon walk. Wtedy już jednak było za późno.  Porucznik Gaworski dowiedział się, że szturm na lotnisko się nie udał i nic więcej nie zdziała. Kiedy zapadła noc, wycofał oddział do Lasów Sękocińskich. Po jakimś czasie przeszedł do Lasów Chojnowskich, a następnie (obchodząc Warszawę), do Kampinosu.

Pacyfikacja

Być może też por. „Lawa” zdążył zauważyć, że zaalarmowani Niemcy podjęli wzmożone prace fortyfikacyjne, a na rogach ulic pojawiły się posterunki uzbrojone w ciężką broń maszynową. Po Okęciu rozbiegły się uzbrojone w lekką bron maszynową oddziały, wystawione głównie przez wojska lotnicze i kolaborantów. Ich taktyka przeciwdziałaniu podziemiu polegała na wyciąganiu z domów wszystkich, który wydali się podejrzani. Wielu z tych ludzi nie brało udziału w walkach, byli cywilami. Nie przeszkodziło to nieprzyjaciołom mordować bezbronnych ludzi. Nierzadko ginęli oni w swoich domach, choć zdarzały się też przypadki spędzania nieszczęśliwców na teren lotniska lub na znajdujący się nieopodal nasyp kolejowy, gdzie ich zabijano. Innych zesłano do obozów koncentracyjnych.

Niestety, represje nie ominęły także żołnierzy. Taki był chociażby los Powstańców z II batalionu: sanitariuszki Danuty Majewskiej („Kamila”) i plut. pchor. Romualda Spokojskiego („Froncewicz”). Oboje zostali rozstrzelani 2 sierpnia. Podporucznik ppor. Antoni Rościszewski („Grot”), zbrojmistrz i adiutant pułku został zesłany do obozu. Z kacetu już nie wyszedł –zginął 4 stycznia 1945 roku.

Inni żołnierze stawili opór. W strzelaninie poległ m.in. dowodzący II batalionem mjr „Zawisza”. Zginął też dowódca 2. kompanii II batalionu, ppor. Jan Ponewczyński („Jur”). Wraz z nimi życie oddali san. Anna Sawicka („Hanka”) oraz podoficer z pułkowej służby uzbrojenia st. sierż. Józef Ferenc („Badylarz”). Kule dosięgły też dowodzącego 3 kompanią III batalionu por. Szymona Bowbelskiego („Janicki”).

17 żołnierzy 7. pułku piechoty legionów „Garłuch” usiłowało wyjść poza Warszawę i, w efekcie, dołączyć do oddziałów w Puszczy Kampinoskiej. Niestety, kiedy znaleźli się na Ochocie, natknęli się pododdział z dywizji „Hermann Göring”. Dowodzący oddziałem oficer nakazał Powstańców rozstrzelać jeńców. Stało się to na nieodległym wykopie kolejowym, w okolicach bloku przy ul. Instalatorów 7b.

Spaleni żywcem

W tym samym czasie piętrowy dom przy Al. Krakowskiej 175 zajmowały przybyłe ok. godziny 1600 dwa plutony z kompanii por. „Janickiego” Jednym z nich dowodził kpr. pchor. Mieczysław Wesołowski („Kot”), a drugim kpr. pchor. Stanisław Wojchowski („Sęp”). Oprócz tych dwóch pododdziałów na terenie budynku przebywała drużyna gospodarcza pod plut. Eugeniuszem Olszewskim („Horpyna”) i dwie drużyny sanitariuszek po pięć kobiet każda. W sumie było to ponad  80 ludzi gotowych do natarcia od tej strony na lotnisko.

Tuz przed godziną 1700 do przygotowujących broń ludzi dotarł kpr. pchor. Henryk Sikorski („Maciek”), który przyniósł rozkaz majora „Wysockiego” o odwołaniu natarcia. Żołnierze mieli czekać na dalsze rozkazy wydane przez dowódcę kompanii. Wobec tego, podchorąży „Kot” nakazał wystawić posterunek przy drzwiach wejściowych i zabić deskami okna. Reszta Powstańców miała zająć pozycje na pierwszym piętrze. Obowiązywał zakaz palenia i wychodzenia z budynku. Wszyscy ludzie wchodzący mieli być zatrzymywani. Ponoć około godziny 1900 miał rozpocząć się odwrót pod osłoną innych żołnierzy z III batalionu pod dowództwem por. „Białego”. Strzelec Stanisław Mak („Just”), który wykonał mapę okalających lotnisko terenów, kreślił ewentualne trasy odskoku wraz z przeznaczonymi do zniszczenia wrogimi posterunkami.

Sytuacja jawiła się jednak w ponurych barwach. Nikt z III batalionu się nie zgłaszał, a zaalarmowani atakiem na lotnisko Niemcy patrolowali Al. Krakowską, dodatkowo, po zapadnięciu zmroku oświetlając teren flarami. Dopiero o północy przedarł się nieliczny oddział pod strz. Stanisławem Nowosielskim („Sokół”), ale i ci żołnierze nie przekazali rozkazu do wymarszu. Przynieśli za to kilka Stenów i karabinów. Dwa plutony dozbroiły się. Na stanie był rkm, kilka pistoletów maszynowych Sten i karabinów oraz kilkadziesiąt rewolwerów. Każdy żołnierz dostał ponadto dwa granaty i opatrunki osobiste. Jedzenia było pod dostatkiem-na parterze była restauracja.

Noc upłynęła Powstańcom spokojnie. Jednakże, tuż po nastaniu świtu 2 sierpnia pełniący wartę przy drzwiach st. strz. Tadeusz Komornicki („Załęski”) zameldował o zatrzymaniu się dziesięciu Niemców vis-a-vis wejścia na teren budynku. Jeden z lotników odłączył się od kolegów i podążył po wybrukowanej ścieżce ku drzwiom wejściowym. Podchorąży „Sęp” postawił swoich ludzi w stan alarmu. Nakazał strzelać, gdyby nieprzyjaciel chciał wejść do środka. Tymczasem lotnik ani myślał wejść na teren budynku. Przez jedną ze szpar między deskami zobaczył Powstańca ze Stenem. Szybko doszedł do słusznego wniosku, że gdzieś musieli być pozostali żołnierze. Czym prędzej więc zaczął biec ku kolegom. Zauważył to jeden ze stojących na piętrze obserwatorów i oddał strzał. Nie dość, że nie trafił, to jeszcze zaalarmował niemiecki posterunek.

Chwile potem na głowy Powstańców posypały się odłamki szkła i drzazgi. Niemiecki rkm strzelał z nieistniejącego dziś domu po drugiej stronie ulicy. Kaemista wziął sobie za cel okna budynku. Zaraz odezwał się drugi, ulokowany bardziej na północ, w pobliskich zakładach Boscha. Zaczęła też strzelać załoga fortu Zbarz przy dzisiejszej ul. Wirażowej. Z okolicznych budynków wybiegli uzbrojeni żołnierze Luftwaffe, którzy zajęli pozycje w pobliskich zabudowaniach. Zaczęło się regularne oblężenie.

Powstańcy podjęli próbę wyrwania się z okrążenia. Zadanie to otrzymała kilkuosobowa drużyna kpr. Zdzisława Cywińskiego („Iwan”). Niestety, żołnierze dostali się pod silny ogień nieprzyjaciela. Już na samym początku starcia poległ kpr. „Iwan”. Zginął też st. strz. Lucjan Jończyk („Lut”). Pozostali, w większości ranni, wrócili pod zbawczą osłonę ścian budynku. Ta droga była więc zamknięta.  Także od strony Alei Krakowskiej ostrzał stanowił zagrodę nie do przebycia.

Podchorąży „Kot” planował dalszą obronę, licząc na to, że oblężonym przyjdą na odsiecz inne oddziały powstańcze. Po niedługim czasie pozbył się jednak złudzeń. Niemcy podciągnęli w rejon walki dodatkowe oddziały spieszonych żołnierzy Luftwaffe oraz żandarmerię. W takiej sytuacji Powstańcy postanowili spróbować szczęścia raz jeszcze i grupami przebić się przez kordon.

Na pierwszy ogień miała iść grupa pchor. „Sępa” z zadaniem dotarcia do płotu graniczącego posesję. „Sęp” wyskoczył przez drzwi od strony Alei Krakowskiej, a zaraz po nim wybiegła reszta grupy uderzeniowej: kpr. pchor. Ryszard Wesołowski („Bąk”) i plut. Henryk Muras („Zuchwały”), a za nim starsi strzelcy: „Załęski”, Jerzy Wypiórkowski („Owens”), Marian Goliszewski („Orzeł”), Włodzimierz Pawłowski („Andrzej”), Władysław Lulka („Lubomirski” i Janusz Rak („Kula”). Żołnierze dopadli do ogrodzenia, a następnie okrążyli dom od strony północnowschodniej. Tam, opierając się o parkan i zabudowania gospodarcze, skutecznie powstrzymywali atak nieprzyjaciela, atakującego od strony podwórza.

Przyszła kolej na kolejną grupę. Niemcy ustawili jednak kolejne gniazdo karabinu maszynowego. Zostało ono przyduszone dwoma granatami, które rzucił strz. Henryk Rzewuski („Raf”). Żołnierz wykorzystał tę chwilę, żeby dołączyć do grupy „Sępa”. Udało mu się, czego nie można powiedzieć, o następnych. Kaemista znów zaczął bowiem strzelać i kiedy dwóch następnych Powstańców wyskoczyło przed budynek, zginęli. Znów jednak poleciał granat i ckm umilkł. Ten moment, wzorem swojego kolegi, wykorzystał strz. „Just” i jego brat Janusz (strz. „Kula”), a wraz z nimi Tadeusz Perchlak („Czarny I”) i Zygmunt Pruśniewski („Kmicic”). Pośród kul, które omiatały teren posesji zdołali się przedrzeć do grupy pchor. „Sępa”.

Podchorąży „Sęp”, widząc, że dalsze przebywanie w tym miejscu może skończyć się źle postanowił nie czekać i poprowadził żołnierzy do szturmu. Atak udał się i „Sęp” oderwał się od nieprzyjaciela. Wraz z ludźmi poszedł na zachód i dotarł do osiedla Opacz. Tam uzyskali kontakt z kilkunastoma żołnierzami pod porucznikiem Tadeuszem Tomaszewskim („Łoś”). Powstańcy ci, w znacznej mierze podoficerowie i podchorążowie z przeszkoleniem lotniczym, byli żołnierzami Bazy Lotniczej „Łużyce”. Porucznik „Łoś”, w porozumieniu z pchor. „Sępem”, zebrał wszystkich uzbrojonych ludzi i utworzył z nich oddział uderzeniowy. Pośpiesznym marszem wyruszył na odsiecz oblężonym w domu przy Alei Krakowskiej 175. Daleko jednak nie uszedł. Teren był zbyt silnie obsadzony przez nieprzyjaciela. Porucznik Tomaszewski wyprowadził ludzi z miasta.

Sytuacja jednak zmieniała się z każdą chwilą na korzyść Niemców. Na terenie posesji zaczęły rozrywać się pociski moździerzowe. Wrodzy żołnierze podciągnęli też działko szybkostrzelne. Mury budynku przestały więc stanowić jakąkolwiek osłonę dla Powstańców, bo pociski przebijały ściany. Niemcy podpalili dach budynku. Ognia nie udało się zatrzymać i wkrótce płomienie zaczęły zajmować kolejne elementy konstrukcji. Powstańcy, którzy liczyli na ratunek, biegali po budynku, desperacko poszukując wyjścia z ognistej pułapki.

Nielicznym się to udało, choć w większości padali pod celnym ogniem broni maszynowej. Ci, którzy umknęli śmierci przy wybieganiu z walącego się budynku także nie kończyli dobrze. Odnosili rany, które utrudniały, jak nie uniemożliwiały, ucieczkę. Taki był los sanitariuszki, Haliny Piłkównej („Mirka”). Mimo rany brzucha wydostała się z budynku wraz z koleżankami z oddziałowego sanitariatu i czterema innymi Powstańcami, ale Niemcy ją złapali i wrzucili w pożogę. Jej koleżankom także nie udało się umknąć śmierci. Funkcjonariusz Schutzpolizei dobił każdą z kobiet strzałem z pistoletu. Podobnie skończyła swój żywot czwórka Powstańców. Ich ciała zakopano na terenie fortu Okęcie.

Kiedy budynek się wypalił, Niemcy z największą ostrożnością weszli na teren ruin, gdzie natknęli się na ciała pozostałych Powstańców. Na parterze leżał posiekany kulami kpr. pchor. Mieczysław Wesołowski („Kot”). Zapewne wydawał ostatnie rozkazy przed wypadem. W innych częściach ruin leżeli ludzie z sekcji plut. „Horpyny”. Śmierć ponieśli ponadto ci żołnierze pchor. „Sępa”, którzy nie zdołali się wyrwać ze swoim dowódcą. W sumie doliczono się 72 ciał.

Wydawało by się, że poza nielicznymi, z pożaru nikt się nie uratował. Niemcy nie sprawdzili jednak piwnicy. Tam była grupka Powstańców, którzy jeszcze oddychali. Przeżyli pożar, choć byli poparzeni i podduszeni dymem. Zbawcze schronienie zapewniły im walące się części budynku, stając się swoistą izolacją od ognia. Byli to strzelcy: Jerzy Rakowski („Góral”), Andrzej Reczko („Jur”) oraz starsi strzelcy Jerzy Dymek („Junior”) i Ryszard Komisarczyk („Pedro”). Byli też kpr. Włodzimierz Pawłowski („Andrzej”), kpr. Zdzisław Dragon („Tygrys”) oraz czterech innych żołnierzy. Kiedy nastał świt 3 sierpnia, Powstańcy wyczołgali się z piwnicy. Przez dziurę w płocie opuścili teren posesji przy Alei Krakowskiej 175 i z trudem dotarli do okolicznych, gościnnych gospodarstw. Byli uratowani.

Można powiedzieć, że dowodzone przez kpr. pchor. Mieczysława Wesołowskiego („Kot”) i kpr. pchor. Stanisława Wojchowskiego („Sęp”) plutony były ostatnimi zwartymi oddziałami na terenie działania 7 pułku piechoty legionów „Garłuch”. Być może na terenie silnie patrolowanej przez nieprzyjacielskie oddziały dzielnicy przebywała pewna ilość odseparowanych od siebie żołnierzy, którzy na własną rękę poszukiwali łączności z innymi Powstańcami. Część żołnierzy, jak np. dowodzący „Garłuchem” mjr Stanisław Babiarz („Wysocki”), opuściło zagrożony rejon, szukając ukrycia w innej okolicy. Jakby nie było, VIII Samodzielny Rejon Okręgu Warszawa AK przestał istnieć.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oblężenie kwatery generała „Bora”

01 sie

Tuż przed Godziną „W” w rejonie ulicy Dzielnej zaczęła się strzelanina. Niemcy oblegli budynek zajmowany przez Komendę Główną Armii Krajowej i członków Delegatury Rządu na Kraj.

W przeddzień ewentualnych niemiecko-radzieckich walk o stolicę Polski, większość członków Komendy Głównej Armii Krajowej miało opuścić Warszawę i przenieść się w rejon Lasów Spalskich. To miało zapewnić odpowiednie warunki do koordynowania walki na reszcie terenów Polski. Na miejscu miał pozostać Dowódca AK, gen. dyw. Tadeusz Komorowski („Bór”) wraz z częścią sztabu. Ich zadaniem było ujawnić w odpowiednim momencie swoją obecność, aby zapewnić ciągłość władzy Rządu RP.

Pierwsze plany

Na potrzeby oficerów przygotowano dom przy ul. Pilickiej 36. Zainstalowano tam skrytki i podciągnięto kable telefoniczne. Ochronę miał zapewnić pułk „Baszta”, przerzucony zawczasu z Żoliborza. Zaletą tego wyboru było to, że w razie gdyby zrobiło się „zbyt gorąco” oficerowie z KG AK mogli przeniknąć do Lasów Chojnowskich i tam ujawnić się wobec wkraczających wojsk radzieckich.

Tymczasem w drugiej połowie lipca, wobec zmieniającej się sytuacji na froncie i powstania PKWN, zdecydowano się zmienić tryb działania KG AK. Odtąd odprawy ścisłego dowództwa AK miały odbywać się dwa razy dziennie-rankiem i po południu. Brali w nich udział dowodzący AK gen. „Bór” oraz Jan Stanisław Jankowski („Soból”, wicepremier i Delegat Rządu RP na Kraj). Oprócz nich w naradach tych głosy zabierali płk Antoni Chruściel („Monter, komendant Okręgu Warszawa AK), gen. bryg. Tadeusz Pełczyński („Grzegorz”, szef sztabu AK), płk Kazimierz Iranek-Osmecki („Heller”, dowódca zajmującego się wywiadem Oddziału II wywiadu KG AK) oraz płk Kazimierz pluta-Czachoski („Kuczaba”, szef Oddziału V łączność KG AK). Byli też płk Józef Szostak („Filip”, szef Oddziału III operacyjnego KG AK). Ostatnią osobą był gen. bryg. Leopold Okulicki („Kobra”), przewidziany na zastępcę gen. „Bora” na stanowisku dowódcy AK.

21 lipca 1944 oficerowie sztabu AK i funkcjonariusze Delegatury Rządu Na Kraj zdecydowali o wydaniu walki o Warszawę. Oznaczało to także zmianę dotychczasowego miejsca postoju. Wtedy dopiero zauważono, że Mokotów był lokalizacją, która mogła być łatwo odcięta od reszty miasta. Taki bieg zdarzeń znacząco utrudniłby, jeżeli nie uniemożliwił, dowodzenie planowanym Powstaniem oraz stwarzał bezpośrednie zagrożenie dla członków kierownictwa armii w Kraju i podziemnego rządu.

Dlatego też płk „Filip” otrzymał zadanie znalezienia nowej kwatery. Wędrując po Warszawie w poszukiwaniu nowego miejsca dla Komendy Głównej, zawędrował na ul. Dzielną. Pod numerem 72 znajdował się gmach fabryki „Wytwórnia mebli – Projekty wnętrz – L. Kamler” (nie istnieje). W odróżnieniu od kwatery przy ul. Pilickiej, zabudowania znajdowały się bliżej centrum. Co więcej, bez zbędnych problemów można było w niej zainstalować łączność-radiostację. Oficerowie mogli szybko i w miarę niepostrzeżenie dostać się do budynku.

Co więcej, dyrektor wytwórni mebli, Jerzy Kamler, był zaangażowany w konspirację. Jako ppor. „Stolarz” dowodził złożonym z pracowników fabryki plutonem 1112 z 4. szwadronu 1. Dywizjonu 7. Pułku Ułanów Lubelskich „Jeleń”. Było to bardzo ważne, bo żołnierze „Baszty” musieli pozostać na Mokotowie. Wycofanie ich stamtąd równało się wyzbyciu konspiracyjnych struktur na południu Warszawy, a Kamler z żołnierzami był na miejscu. Na Wolę, z zadaniem opanowania cmentarzy i osłony od tej strony KG AK, zostali przerzuceni żołnierze Kedywu KG AK, przeformowani uprzednio w Zgrupowanie „Radosław” pod komendą ppłk Jana Mazurkiewicza („Radosław”).

Z lewej stoi generał brygady Tadeusz Pełczyński („Grzegorz”), dawniej szef sztabu AK. Zdjęcie wykonano w 19 maja 1945 roku, podczas konferencji prasowej byłego Dowódcy AK, a wtedy już Naczelnego Wodza, gen. dyw. Tadeusza Komorowskiego (na zdjęciu po prawej).
Zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Zakład Kamlera wybrano także ze względu na jej masywność. Mogła ona bowiem wytrzymać przez pewien czas w oblężeniu. Wokół były bowiem dość silne punkty obsadzone przez Niemców. Bezpośrednio na tyłach fabryki, przy ul. Pawiej znajdował się Monopol Tytoniowy obsadzony przez kilkudziesięciu Niemców. Silniejszy garnizon był jeszcze bardziej na północ, w więzieniu zwanym potocznie Gęsiówką. Nieco na zachód od tych dwóch kompleksów było więzienie Pawiak, również pełne uzbrojonych nieprzyjaciół. W jednym z zabudowań fabrycznych był magazyn mundurowy używany przez Straż kolejową (niem. Bahnschutz)

Co więcej, w fabryce Kamlera miał się dopełnić los Powstania. Sztabowcy byli bowiem realistami. Wiedzieli, że ewentualne spotkanie z Rosjanami zakończy się aresztowaniem dowództwa AK. NKWD miało wziąć Polaków siłą, na oczach całego świata. Przewidywano, że opór będzie trwał tyle czasu, ile obsługa radiostacji będzie potrzebowała na wysłanie do Londynu informacji o sytuacji w Warszawie.

Komenda Główna zaakceptowała pomysł płk Szostaka 25 lipca 1944. Pierwszego dnia sierpnia, ok. godziny 1500, na terenie fabryki pojawili się pierwsi członkowie tzw. I Rzutu Komendy Głównej. W mieszkaniu Kamlerów rozlokowali się Dowódca AK, płk „Grzegorz” oraz płk „Filip”. Bezpośrednio przy nich był inż. „Soból” wraz ze swoimi współpracownikami. W nieodległej hali produkcyjnej urządzono stanowiska dla kierowanego przez mjr Jadwigę Karasiówną („Bronka”)  sekretariatu Komendy Głównej (80 ludzi). Znalazło się też miejsce dla 16 pracowników Oddziałów KG AK odpowiedzialnych za wywiad, operacje i łączność. Zameldowało się także 5 funkcjonariuszy Biura Informacji i Propagandy i trzech radiotelegrafistów ze sprzętem. Ochronę zgromadzonych stanowiło 35 żołnierzy z plutonu por. „Stolarza”. Ich uzbrojenie było jednak tragiczne. Mieli tylko 15 karabinów i ok. 40 granatów.

 Oblężenie

Około godziny 1615 ze swojej kwatery przy ul. Okopowej 41 do fabryki Kamlera przyszedł ppłk „Radosław”. Zastał sytuację, która go zatrwożyła. Brama na posesję była otwarta na oścież, a w jej okolicach nie było nawet pojedynczego żołnierza, który mógłby stanowić pierwszy punkt alarmowy. Co gorsza, w  oknach też nie zauważył obserwatorów. Pierwszego wartownika „Radosław” zauważył zapewne tuż za drzwiami wejściowymi. W głównym korytarzu fabryki. Reszta, przebywała zapewne w głębszej części budynku.

Podpułkownik Mazurkiewicz w fabryce Kamlera rozmawiał z płk Pełczyńskim. Prawdopodobnie chodziło o doprecyzowanie ostatnich szczegółów przed wybuchem walk. Po 15 minutach panowie się pożegnali i „Radosław” opuścił zabudowania fabryczne. Idąc w kierunku ul. Okopowej zobaczył, jak przed bramę posesji podjeżdżał samochód. Wysiadło z niego sześciu funkcjonariuszy Straży kolejowej. Porucznik „Stolarz” planował wpuścić ich na teren fabryczny, licząc na to, że nie zauważą obecności polskiego dowództwa. Z początku wszystko szło dobrze. Żołnierze udali się do magazynu mundurowego. Po chwili sytuacja się zmieniła, gdyż jeden z Niemców zamknął zamek i udał się w stronę głównego budynku. Zapewne chciał się rozmówić z właścicielem firmy meblarskiej.

Kamler czym prędzej pobiegł na klatkę schodową, żeby jak najszybciej ostrzec żołnierzy na parterze. Pech jednak chciał, że Niemiec doszedł do drzwi pierwszy i pociągnął za klamkę. Po otwarciu drzwi zobaczył Polaka z bronią. Już miał chwycić za rewolwer, ale żołnierz z oddziału osłonowego był szybszy i zastrzelił przeciwnika.

Koledzy zabitego momentalnie wyjęli broń. Strzelając, cofali się ku bramie. Nim jednak tam dotarli, dwóch zginęło dwóch z nich. Pozostali załadowali się do auta, którego kierowca uruchomił silnik chcąc, jak najszybciej opuścić teren ostrzału. Zdenerwowanie dało jednak swój skutek i auto z całą siłą uderzyło w okoliczną latarnię. To dało chwilę „Stolarzowi” z podległymi sobie żołnierzami ostrzelał rozbite auto. Strzelanina ta zaalarmowała Niemców obsadzający okoliczny budynek naprzeciwko bramy (dziś stoją tam nowoczesne apartamentowce i jest skwerek). Wyjście na ul. Dzielną było pod ogniem.

Podobnie nie było możliwe opuszczenie budynku przez bramę od strony ul. Pawiej. Niemcy z załogi Monopolu Tytoniowego (ul. Pawia 57) byłi postawiona na nogi jak tylko usłyszała pierwsze strzały od strony ul. Dzielnej. Sformowali nawet oddział szturmowy, który miał podejść pod mury budynku, by się doń wedrzeć. Na razie powstrzymywali ich zajmujący płk „Kuczaba” i kpt. „Szymon” wraz z kilkoma żołnierzami, ale zaraz odezwał się nieprzyjacielski karabin maszynowy. Pułkownik „Grzegorz” zorientował się w sytuacji. Nakazał st. uł. Krzysztofowi Głuchowskiemu („Juraś”) udać się po granaty. Kiedy żołnierz je przyniósł, „Grzegorz” wraz z jednym z telegrafistów rzucili je w stronę karabinu. Po chwili zobaczył, jak Niemcy odciągali dwa ciała. Obok leżał złom, który jeszcze chwile wcześniej miotał kule.

Pierwsze starcia były zwycięskie, ale ogólna sytuacja była bardzo zła. Komenda Główna AK zamiast zająć się koordynacją działań sił zbrojnych w kraju, znalazła się bezpośrednio na linii frontu. Nie działała łączność. Nie udało się przed Powstaniem podciągnąć kabli telefonicznych, a zbrojona konstrukcja budynku i duża ilość metalowych maszyn stanowiły swego rodzaju ekranowanie. Czyniło to przyniesioną radiostację bezużyteczną. Co gorsza, „Radosław” nie mógł przyjść z odsieczą, gdyż podległe mu oddziały walczyły w rejonie ul. Okopowej, a jasnym też było, że usadowiony przy ul. Pawiej i Dzielnej nie będzie po wieczność blokował budynku fabryki Kamlera i z czasem przejdzie do szturmu. Dlatego też obrońcy poczynili przygotowania. Zamknięto przejścia piwniczne do sąsiednich budynków, a żołnierze z 1112 plutonu  mieli oko na dwie bramy. Wydano też broń (krótką i granaty) nieuzbrojonym dotąd funkcjonariuszom Delegatury Rządu na Kraj. Każdy z nich miał przeszkolenie wojskowe, choć niektóry z nich po raz ostatni trzymali broń podczas I wojny światowej, jak np. inż. „Soból”.

Tymczasem ok. godziny 1800, rozpoczął się ostrzał ze strony ruin getta, podczas którego został ranny wartownik zajmujący pozycje na dachu. Oznaczało to jedno-kolejny atak miał przyjść z tamtej strony. Obronę tamtej części budynku wzmocniło sześciu żołnierzy plutonu 1112. Faktycznie, zaraz potem wśród gruzów zaczęły pojawiać się sylwetki w mundurach SD (niem. Sicherheitdienst, służba bezpieczeństwa), które rozsypały się tyralierę. Przemykając wśród gruzów, Niemcy podeszli w bezpośrednie sąsiedztwo fabryki. Tam jednak powstrzymały ich rzadkie, ale celne strzały Powstańców. Nieprzyjaciel okopał się i stamtąd zaczął ostrzał, zabijając sześciu obrońców.

Koniec walk

Polacy byli więc ostrzeliwani z trzech stron. Kule latały ze strony ul. Pawiej, Dzielnej i ruin getta. Wkrótce jednak sytuacja zaczęła się jawić w cieplejszych barwach. Do nocy z 1 na drugiego sierpnia żołnierze Zgrupowania „Radosław” uporali się z większością niemieckich posterunków i płk „Radosław” mógł wysłać oddziały do innych zadań. Oddział  pod dowództwem ppor. Władysława Cieplaka („Giewont”) z batalionu „Zośka” wdarł się do Monopolu Tytoniowego. Odepchnięto też inne placówki nieprzyjaciela. Późną nocą pierwsi żołnierze z „Zośki” weszli na teren fabryki Kamlera.

Wraz z nastaniem świtu radiotelegrafiści udali się w rejon baraków przy ul. Mireckiego (dziś są tam bloki mieszkalne). Tym razem nadajnik działał i nawiązali łączność z rządem w Londynie. Niedługo później ich śladem podążyli płk „Kuczaba” i kpt. „Szymon” z zadaniem odnalezienia ppłk „Radosława” i zorientowania się w dyslokacji sił powstańczych. Zadania udało się wykonać i, po jakimś czasie, obaj oficerowie zameldowali gen. „Borowi” o wynikach ich rekonesansu.

Około godziny 700 przed obliczem gen. „Bora” stawiła się ppor. Zofia Gorazdowska („Marcela”), przysłana przez dowodzącego Obszarem Warszawskim AK gen. bryg. Albina Skroczyńskiego („Łaszcz”). Przyniosła pierwszy w Powstaniu meldunek sytuacyjny. Inna łączniczka, wraz z oficerem Oddziału III operacyjnego KG AK, ppłk Felicjanem Majorkiewiczem („Iron”) udała się na ul. Jasną 26, gdzie w nieistniejącym obecnie hotelu Victoria znajdował się płk Antoni Chruściel („Monter”), dowodzący Okręgiem Warszawa AK.  Komenda Główna Armii Krajowej rozpoczęła więc normalną, jak na warunki powstańcze, działalność. Na Woli pozostała do 6 sierpnia, kiedy (w obliczu niemieckich natarć na tę dzielnicę) została podjęta decyzja o jej ewakuacji na Stare Miasto.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • Twitter
  • Twitter
  • Facebook
  • Facebook