RSS
 

Okęcie w ogniu.

19 wrz

Jednym z ważniejszych punktów na mapie planowanego Powstania były tereny Okęcia, a w zasadzie znajdujący się tam port lotniczy. Zadanie zdobycia lotniska poruczono żołnierzom służącym w pułku „Madagaskar”, przemianowanego potem na „Garłuch”.

Oddział „Madagaskar” powstał jeszcze w październiku 1939 roku. Założyli go żołnierze 7. pułku piechoty legionów, którzy nie poszli do niewoli, a po przedostaniu się do stolicy, zostali członkami organizacji Orzeł Biały. Oddział z początku był kuźnią kadr dla rozwijającej się grupy konspiracyjnej, a od 1940 roku stanowił samodzielną jednostkę, pod dowództwem kpt. Kazimierza Langa („Grzyb”). Działali na terenie Okęcia, za cel biorąc sobie obserwowanie rejonu tamtejszego lotniska.

Rok później „Madagaskar” został (podobnie jak organizacja, której podlegał) wcielony do Związku Walki Zbrojnej. Ówczesny dowódca ZWZ, gen. bryg. Stefan Rowecki („Grot”), zmienił nazwę na 7 pułk piechoty legionów „Madagaskar”. Żołnierze stali się odtąd obsadą VIII Samodzielnego Rejonu „Okęcie”. Ich zadaniem było zdobyć i utrzymać znajdujące się na terenie Rejonu lotnisko. Było to bardzo ważne, bo przez ten port lotniczy, w razie wybuchu walk, miało przyjść wsparcie z zachodu.

Żołnierze nie uniknęli jednak represji ze strony okupanta. W grudniu 1942 roku „wpadł” dowódca 2 kompanii II batalionu, ppor. Antoni Łapiński („Podkowa”) wraz z adiutantem. 1 lutego 1942 roku miała miejsce tragiczna odprawa, podczas której 5 oficerów II batalionu zginęło w walce z urządzoną obławą. W ręce Niemców wpadło ponadto siedmiu Akowców. Trzech z nich zostało zesłanych do obozów koncentracyjnych, jeden zdołał umknąć będąc jeszcze na Włochach. Pozostałych trzech rozstrzelano w Magdalence. Wśród nich był m.in. kpt. „Grzyb”. Jego następcą został mjr. Stanisław Babiarz („Wysocki”). Oddział został też głębiej zakonspirowany, otrzymując nową nazwę-„Garłuch”.

13 dni po lutowej wsypie ZWZ przeformowano w Armię Krajową. Do lipca 1944 roku 7. pułk piechoty legionów „Garłuch” liczył 3 bataliony, w skład których wchodziło 11 kompanii piechoty, bateria (kompania) artylerii, jednostki łączności i inne służby. W sumie było to ok. 3000 żołnierzy. W związku z planowanym atakiem na lotnisko na Okęciu, rozkazom „Wysockiego” podporządkowano taktycznie Bazę Lotniczą „Łużyce”. Był to specjalny oddział, który miał stanowić obsadę portu lotniczego. W jego skład wchodzili więc mechanicy i piloci.

Zadanie zdobycia lotniska było bardzo trudne. Przeprowadzony rekonesans wykazał, że na przełomie czerwca i lipca 1944 roku na terenie lotniska i w bezpośrednim jego otoczeniu stacjonowało ok. 2000 żołnierzy. Rekrutowali się oni głównie spośród oddziałów artylerii przeciwlotniczej, pilotów i techników obsługi naziemnej. Było też ok. 30 kobiet z Bund Deutscher Mädel (niem. Związek Niemieckich Dziewcząt, kobiecy odpowiednik Hitlerjugend). Oprócz tego, w bezpośredniej bliskości lotniska, od strony dzisiejszej Alei Krakowskiej wystawiono dość silny oddział Schutzpolizei (niem. Policja Ochronna).

Teren osiedla Okęcie patrolowali ponadto kolaboranci z Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej (ros. Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armija). Ich dokładna liczebność była nieznana. Przypuszczano, że była to co najmniej kompania. Na terenie fortu Okęcie był niemiecki skład amunicji. Nieodległy fort Zbarz również był obsadzony. Inni żołnierze, tym razem z 1. Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Göring”, znajdowali się w okolicach Piastowa. Był to zaprawiony w bojach oddział, który właśnie wrócił z frontu-miał za sobą m.in. walki we Włoszech, gdzie bronił Monte Cassino przed żołnierzami II Korpusu gen. dyw. Władysława Andersa. Rankiem 1 sierpnia spadochroniarzy wyładowano na lokalnych stacjach kolejowych, z zamiarem przerzucenia ich przez Warszawę na wschód. Ruszający do ataku Powstańcy mieli więc nielichy orzech do zgryzienia.

Wydano rozkaz mobilizacji, zakładając natarcie na Okęcie z kilku stron. III batalion dowodzony przez por. Mieczysława Czarneckiego („Biały”) miał zaatakować lotnisko z rejonu wsi Zbarż i Zagościniec (dziś części dzielnicy Włochy w rejonie stacji PKP Okęcie). Drugi batalion, pod komendą mjr Aleksandra Mazura („Zawisza”), miał swoje pozycje wyjściowe w rejonie Rakowca (część Ochoty). Pierwszy batalion pod mjr Sukiewiczem („Odyniec”) miał operować na terenie dzisiejszego Ursusa i osiedla Paluch. W bezpośrednim sąsiedztwie tej ostatniej jednostki mieli operować żołnierze Bazy Lotniczej „Łużyce”.

Wpadka 34 plutonu

Problem jednak w tym, że rozkaz o rozpoczęciu walki dotarł do żołnierzy pułku „Garłuch” dopiero 1 sierpnia, w godzinach południowych. Prowadzona w pośpiechu mobilizacja sprawiła, że nie udało się dotrzeć do części oddziałów, rozrzuconych po całym mieście. Nawet ci, do których udało się dotrzeć, musieli pokonać całe miasto by dotrzeć na miejsce koncentracji. W takich warunkach aż się prosiło, by doszło do wcześniejszej dekonspiracji.

Zaraz w pierwszych godzinach mobilizacji „wpadł” transport broni i amunicji. Parę godzin później, tuż przed godziną 1700, żołnierze 1. kompanii II batalionu wdali się w potyczkę z Niemcami na pl. Narutowicza. Dowodzący nimi sierż. Józef Czachowski („Szkorbut”) poległ. Inna drużyna z tej samej kompanii, pod dowództwem sierż. Edwarda Wojciechowskiego („Edek”), walczyła z niemieckim oddziałem na ul. Filtrowej. „Edek” poległ, a losów większości jego ludzi nie udało się ustalić.

Pecha mieli też żołnierze z 34 plutonu z 5 kompanii III batalionu. Dowodzący nimi ppor. Józef Wasilewski („Róg”) otrzymał odpowiednie rozkazy ok. godziny 1200. Miał więc ok. 5 godzin, by zebrać żołnierzy zbierających się w lokalach przy ul. Mostowej, Rybaki, Bugaj, Freta i przy pl. Trzech Krzyży w kościele Świętej Trójcy przy ul. Solec. Wydawałoby się, że było to dość dużo czasu. W praktyce jednak pierwsi Polacy zameldowali się na Solcu ok. godziny 1300. Uzbrojenie przedstawiało się tragicznie. Na stanie oddziału było jedynie kilka pistoletów, przyniesionych zapewne przez dowódcę i podoficerów. Reszta żołnierzy musiała zadowolić się granatami.

Mimo to ppor. „Róg” zdecydował się iść na miejsce koncentracji batalionu. Planował, że poprowadzi swój oddział ul. Czerniakowską na południe by (najpewniej poprzez ul. Chełmską) dojść do ul. Dolnej. Potem wystarczyło iść na zachód w kierunku ul. Racławickiej. Ta z kolei miała wprowadzić żołnierzy na Rakowiec. Stamtąd było już blisko na Okęcie. „Róg” swoich żołnierzy podzielił na dwie drużyny. Przodem puścił grupę pod dowództwem swojego zastępcy, sierż. Władysława Figury („Śmieszny”). Około 150 metrów dalej szedł sam „Róg” z resztą. Zapewne powodowani pospiechem, żołnierze zarzucili jedna z podstawowych zasad konspiracji-skrytość. Idące grupy nie przypominały grupek ludzi, a maszerujący oddział piechoty.

Nic więc dziwnego, że ok. godziny 1600, kiedy weszli na ul. Czerniakowską i dotarli w rejon Stacji Pomp Rzecznych Wodociągów Warszawskich pod numerem 124, wzbudzili zainteresowanie niemieckich posterunków. Na razie Niemcy nie atakowali. Wyczekiwali, zapewne spodziewając się innych oddziałów. Jeżeli tak było, to mieli rację. Kiedy „Śmieszny” dotarł cztery numery dalej, pod mury stacji pomp dotarła grupa ppor. „Roga”. Wtedy zaczęła się kanonada. Po ustaniu ognia, na jezdni leżało 17 ciał-wśród nich dowodzący plutonem ppor. Wasilewski. Sierżant Figura przejął dowodzenie i poprowadził żywych jeszcze ludzi jak najdalej od miejsca walki. Dołączyli do pułku „Waligóra” i walczyli m.in. o Wilanów. Na Okęcie nie dotarł żaden z żołnierzy 34 plutonu.

Stacja Pomp Rzecznych Wodociągów Warszawskich dziś.
(fot. Hiuppo)

Zdunin” utknął na Chmielnej

Podporucznik Zbigniew Brym („Zdunin”) otrzymał rozkaz mobilizacji podległego mu plutonu saperów 1 sierpnia ok. godziny 1300. Podlegli mu żołnierze zebrali się w dwóch miejscach. „Zdunin” przebywał na ul. Pańskiej 10. Wraz z nim zebrało się tam około dwudziestu ludzi-głównie żołnierze wojsk saperskich, mający za sobą walki Kampanii Wrześniowej. Druga część przebywała na Mokotowie, w domu przy ul. Idzikowskiego. Oprócz tego, na Pańskiej stawiło się dwóch żołnierzy, w tym m.in. ppor. Mieczysław Brym („Tolimierz”), brat dowódcy plutonu, który też był żołnierzem „Garłucha”. Wraz z bratem chciał iść na Okęcie, by tam przejść w dowodzenie swój pluton.

Około godziny 1515 na Pańskiej stawił się łącznik. Przyniósł sprecyzowane dyspozycje. „Zdunin” pognał na ul. Łucką. Tam miał oczekiwać jego zwierzchnik-dowódca pułkowej artylerii, por. Romuald Jakubowski („Kuba”). Kiedy jednak zziajany oficer wbiegł do wyznaczonego lokalu, jego dowódcy już tam nie było. Wyruszył na Okęcie. Zastani tam łącznicy przekazali „Zduninowi” karteczkę  z rozkazem, że jego pluton ma się zameldować o godzinie 1600 w Zbarzu. Kiedy spojrzał na zegarek, przeraził się. Była 1540. Przeanalizował możliwe trasy. Uznał, że najszybciej będzie dostać się do ul. Marszałkowskiej, by idąc wzdłuż niej, wyjść na ul. Puławską. Ta z kolei miała zaprowadzić Akowców na Służewiec. Stamtąd był już tylko rzut beretem na lotnisko.

Żołnierze szli w szyku ubezpieczonym. Poruszali się po dwóch stronach ulicy. Broń mieli ukrytą, ale w każdej chwili mogli odpowiedzieć ogniem, gdyby zostali zaatakowani. To była jednak ostateczność. Przodem Brym puścił szperaczy. Nie mieli broni. Ich zadaniem było zawiadomić o nadciągającym nieprzyjacielu.

Czujki dały znać o dużej liczbie niemieckich patroli, kiedy oddział doszedł ul. Pańską w rejon ul. Marszałkowskiej. Niemcy starli się z koncentrującymi się przy pl. Dąbrowskiego żołnierzami z komendy Obwodu I Śródmieście AK i obsadzili okolicę. Brym zmienił więc trasę. Cofnął się do ul. Twardej. Chciał nią dojść do ul. Żelaznej, a potem do Alej Jerozolimskich (niem. Reichsstrasse-ulica Rzeszy). Te zaś miały go poprowadzić do placu Zawiszy. Potem oddział miał wejść w ul. Raszyńską (niem. Sommerstrasse- ulica Letnia). Potem już tylko podróż Aleją Żwirki i Wigury (niem. Strasse der Flieger-ulica Lotników) i cel byłby osiągnięty.

Starcia w rejonie pl. Dąbrowskiego nie były jedynymi. Od około 1300 do dowództwa wojsk okupacyjnych spływały meldunki sytuacyjne o kolejnych starciach w różnych dzielnicach miasta. Niemcy połączyli fakty i wkrótce doszli do wniosku, że coś się szykuje. Około godziny 1630 dowodzący garnizonem Generallleutnant (pol. generał dywizji) Reiner Stahel ogłosił alarm garnizonu. Odtąd przedpowstaniowa koncentracja odbywała się w warunkach podwyższonego ryzyka dekonspiracji.

Kiedy rozkaz Stahela docierał do podległych mu kompanii i plutonów, ppor. Brym był już u zbiegu ul. Twardej, Złotej i Żelaznej. Żołnierze zauważyli samochód ciężarowy pędzący ul. Żelazną od strony Alej Jerozolimskich. Brym nakazał zachować spokój i nie atakować ciężarówki. Zapewne się zdziwił, kiedy z jadącej ciężarówki padły strzały. To siedzący na siedzący pace żołnierze otworzyli ogień. Brym wyciągnął spod płaszcza Stena. Puścił krótką serię do ciężarówki, która szybko zniknęła z oczu konspiratorom.

Było tuż przed 1700. Brym musiał jak najszybciej doprowadzić podległych mu żołnierzy na Okęcie. Nakazał więc zbicie się w większą grupę i biec w stronę Alej. W okolicach budynku przy Żelaznej 27 żołnierze stanęli. Nie było odwrotu. Oddział został już raz zauważony i w każdej chwili należało spodziewać się ataku nieprzyjaciela. Można było iść tylko do przodu, nim przyjdzie wsparcie.

Niemcy byli bliżej, niż się spodziewał. Od strony Alej Jerozolimskich, poprzez wiadukt nad tunelem średnicowym, w Żelazną nadjechał zmotoryzowany patrol szybkiego reagowania, tzw. Überfallkommando. Była to kolejna ciężarówka pełna Niemców, tym razem mających także broń maszynową. Został on pewnie wysłany do walki z oddziałami ppor. Władysława Mizielskiego („Piotr”), który usadowił się w kamieniach przy ul. Chmielnej, aż po Miedzianą. Tymczasem Brym z żołnierzami był właśnie u zbiegu Żelaznej z Chmielną. Podszedł Niemcom pod lufy.

Powyższe zdjecie wykonano w drugiej połowie sierpnia, Kiedy ppor. Zbigniew Brym („Zdunin”, z lewej) dowodził już 3 kompanią I batalionu Zgrupowania „Chrobry II”. „Zduninowi” towarzyszy ppor. Władysłąw Mizielski („Piotr”), który dowodził 1. plutonem w kompanii Bryma. Po prawej stoi ks. Antoni Czajkowski („Badur”), kapelan Zgrupowania „Chrobry II”.
Zdjęcie pochodzi z numeru specjalnego tygodnika „Stolica” pt.” Powstanie Warszawskie w Ilustracji” (w zbiorach Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej).

Niemcy, widząc uzbrojonych Polaków, otworzyli ogień. Któryś z żołnierzy rzucił granat. Jego wybuch nie wyrządził jednak szkody oddziałowi na samochodzie. Przeciwnie, ogień się zintensyfikował, bo równocześnie strzelali Niemcy z załogi Kamienicy Pracowników PKP (tzw. Dom Kolejowy, róg Żelaznej i Chmielnej). Naprzeciwko, ziały ogniem okna i bunkier nieistniejącego dziś Centralnego Dworca Pocztowego (tzw. Dworzec Pocztowy, naprzeciwko Domu Kolejowego). Brym wycelował swojego Stena w otwór strzelniczy bunkra i nacisnął spust. Załoga została wyeliminowana z walki, ale to była tylko niewielka poprawa sytuacji. Trzeba było ratować oddział, nim zostanie on wybity. Brym nakazał odwrót.

Ostrzeliwani żołnierze zaczęli przebiegać do kamienicy przy ul. Chmielna 126, osłaniani przez podporuczników „Zdunina” i „Tolimierza”. Ten pierwszy chciał osłonić brata i zza węgła bramy kamienicy ostrzeliwał Niemców. Niestety, „Tolimierz” otrzymał postrzał prosto w głowę, kiedy od bezpiecznego podwórza kamienicy dzieliło go kilka metrów. Jeszcze rzęził, ale to już była agonia. Pod wieczór cywile znieśli martwe ciało. Gdzieś obok leżały zwłoki drugiego poległego-sap. „Rocha” (NN).

„Zdunin” też został ranny. Ostrzeliwał się z Niemcami, póki nie zabrakło nabojów w magazynku. Schował się za załomem muru by go zmienić i kiedy się wychylił, ciężarówka z Niemcami była bliżej. Kule zaczęły padać niebezpiecznie blisko niego, powodując odpadanie kawałków tynku. Zaraz potem otrzymał postrzały w ramię i głowę.

Walka wygasła po jakimś czasie. „Zdunin” z żołnierzami zaległ w kamienicach przy Chmielnej, a godzina „W” już dawano wybiła. Na lotnisko nie zdążyli. Dowodzony przez ppor. Bryma oddział stanie się w następnych dniach 3 kompanią I batalionu Zgrupowania „Chrobry II”. Oddział ten będzie obsadzał wysunięte najdalej na zachód placówki powstańcze.

Szturm na lotnisko

Nie dotarli też inni. Żołnierze pułku „Garłuch”, którzy nie dotarli na miejsce mobilizacji meldowali się na zbiórce staromiejskiego Zgrupowania „Róg”. Na Starówce walczyli też w batalionie „Gustaw” i w przybyłym z Woli Zgrupowaniu „Leśnik”. W Śródmieściu ludzie z 7 pułku piechoty walczyli w szeregach 3 batalionu pancernego „Golski” oraz w Zgrupowaniu „Ruczaj”. Inni dołączyli do Zgrupowania „Kryska” i bili się na Czerniakowie. Ponad 30 walczyło ramię w ramię z Powstańcami z Grupy Kampinos.

Kiedy około godziny 1600 dnia 1 sierpnia major „Wysocki” podliczył żołnierzy, okazało się, że stawiennictwo oscylowało w granicach 50%, a broń mieli tylko nieliczni. To wszystko sprawiło, że dowódca pułku „Garłuch” nakazał przejście do ponownej konspiracji. Wydany na podstawie trzeźwego osądu rozkaz został jednak wydany za późno. Ostatnia godzina przez rozpoczęciem Powstania miała posłużyć Powstańcom na ostatnie przygotowania do ataku, a nie na ponowne zakonspirowanie się. Łącznicy starali się dotrzeć do pododdziałów. Robili co mogli, ale nie udało się zawiadomić wszystkich żołnierzy.

O odwołaniu rozkazu nie dowiedział się zwierzchnik ppor. Bryma, por. „Kuba”. Dowodzona przez niego pułkowa bateria artylerii miała wyjść do ataku z terenu wsi Zbarz. Baterią ten oddział był jednak tylko z nazwy. Działa miano dopiero zdobyć na Okęciu, a około 180 ludzi uszeregowanych w trzy plutony dysponowało jedynie 6 pistoletami maszynowymi, 5 karabinami Mauser i 400 granatami.  Reszta broni nie dotarła na miejsce koncentracji.

Bateria była w walce od ok. godziny 1500, kiedy por. „Kuba” otrzymał informację o niemieckim żołnierzu czujce w jednym z okolicznych domów. Przez lornetkę obserwował on akurat miejsce koncentracji oddziału. „Kuba”, rozumiejąc, że jest to zagrożenie dla jego żołnierzy, nakazał pozbyć się obserwatora. Zająć się tym mieli kpr. pchor. Taduszowi Kozłowskiemu („Kozak”) i strz. Andrzejowi Pełce („Czyżyk”). Niemiec jednak uważnie obserwował przedpole i dostrzegł idących go zabić Powstańców. Wywiązała się strzelanina. Trwała ona jednak dość krótko. Któryś z Polaków okazał się lepszym strzelcem i zabił nieprzyjaciela. Strzały zaalarmowały inne oddziały w okolicy i pod willę zajechała ciężarówka. Żołnierze wzmocnili posterunek i ostrzelali Akowców, ale niecelnie. Dwójka Polaków wycofała się.

Niemcy zaczęli zapewne ścigać żołnierzy, ale nie zdołali ich dogonić. Sformowani w trzy kolumny żołnierze z baterii „Kuby” wyruszyli do ataku zgodnie z planem. Kiedy mieli już przeskakiwać przez jedną z ulic, nadjechał nią niemiecki samochód. Idąca na przedzie uzbrojona sekcja otworzyła ogień. Celne kule szybko dosięgły kierowcę. Auto wylądowało w rowie, a jadący nim Niemcy zostali wybici. Zyskano nową broń. Dołączyło też wsparcie w postaci kilku luźnych oddziałków, które nie zdołały przejść na miejsca koncentracji.

Wzmocniony oddział dotarł do wsi Zbarz, gdzie pozostawiono patrol sanitarny. Przed Powstańcami był teraz otwarty teren, częściowo porośnięty pszenicą. Im bliżej było lotniska, teren stawał się coraz bardziej otwarty, pozbawiony naturalnych osłon. Były to lekko opadające ku zabudowaniom lotniczym kartofliska i ugory. „Kuba” wydał ostatnie rozkazy przed atakiem.

Tuż po godzinie 1700 żołnierze rozwinęli się w trzyrzędową tyralierę. Niemcy, o dziwo, nie strzelali. Nie oznacza to wszakże, że nie wiedzieli o ruchach Polaków. Czujka, którą zlikwidowali pchor. „Kozak” i strz. „Czyżyk” nie była jedyną. Mając zawczasu przygotowane pola ostrzału, tylko czekali, aż Powstańcy wejdą im przed lufy. Faktycznie, kiedy Polacy doszli na ok. 250 metrów od lotniska, wyszli z łanów pszenicy. Wtedy runęła na nich ściana ołowiu. Strzelała załoga fortu Zbarz na południu, niemieckie ckm-y ustawione pośród zabudowań lotniska (jedno ze stanowisk było na wieży kontroli lotów) i okolicznych budynków mieszkalnych. Niemcy podciągnęli ponadto pododdziały z moździerzami.

„Kuba” wydał komendę ataku skokami. Żołnierze podnosili się, przebiegali parę metrów, po czym znów padali, by ostrzelać nieprzyjacielskie pozycje. Broni było jednak mało, na rzut granatem było zbyt daleko, a ogień nieprzyjaciela nie słabł. Od pierwsze kule raniły por. „Kubę”. Mimo to, pozostał wśród swoich ludzi i dalej dowodził. Kolejny postrzał okazał się śmiertelny. Zaraz potem zginął jego zastępca, ppor. Tadeusz Jędrzejak („Harley”). Coraz więcej bezwładnych ciał leżało na przedpolu lotniska.

W zaistniałej sytuacji dowodzenie przejął brat por. „Kuby” i zarazem dowódca jednego z plutonów, ppor. Zbigniew Jakubowski („Słon”). Niedługo potem na teren walki przedostał się zziajany ppor. „Adrian” (NN). Wśród świstających kul przekazał on rozkaz mjr „Wysockiego” nakazujący zaniechanie walki. „Słoń” nie czekał długo i nakazał wycofywanie się skokami. Na odwrót było już jednak za późno. W rejon walki nadjechały transportery opancerzone. Jeden z nich zbliżył się do oddziału, po czym zaczął ścigać cofających się pod ciągłym ogniem Powstańców. To zapewne od kul wystrzelonych przez siedzącego w nim kaemistę poległ ppor. „Słoń”. Ostrzał ustał po około godzinie, kiedy ostatni żywi Powstańcy wydostali się z kartofliska i skryli się w łanach pszenicy. Było ich jednak niewielu. Na polu bitwy na zawsze pozostało 125 żołnierzy spośród około 180, którzy wyruszyli do walki. Dołączyli do innych oddziałów, głównie w Lasach Sękocińskich i Chojnowskich oraz na Mokotowie.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy do szturmu ruszała bateria „Kuby”, lotnisko zostało zaatakowane od zachodu przez żołnierzy mjr Aleksandra Mazura („Zawisza”). Oficer ten dowodził II batalionem 7. pułku piechoty i kiedy dotarł na ul. Słowiczą i zorientował się, że większość podległych mu żołnierzy nie dotarła na wyznaczone miejsce zbiórki. Zameldowała się za to pewna ilość żołnierzy z III batalionu. Major „Zawisza” zorganizował z nich oddział i ok. godziny 1700 wyruszył do ataku. Także i w tym wypadku Powstańcy spotkali się z silną zaporą ogniową. Zaraz po tym, jak rozsypali się w tyralierę, zalegli przyduszeni do ziemi. Byli już pierwsi ranni i zabici, kiedy „Zawisza” zorientował się, że jego kombinowany oddział nie wykona zadania. Wycofał podległe mu zgrupowanie do okolicznych zabudowań.

Parę godzin później na Okęciu zameldowali się żołnierze pod komendą por. Tadeusza Gaworskiego („Lawa”). Żołnierze ci byli chyba najlepiej wyposażeni spośród całego pułku „Garłuch”. Dowodzeni przez tego cichociemnego Powstańcy dysponowali dziewięcioma pistoletami maszynowymi Sten, a ponadto na stanie oddziału było 5 karabinów, 46 pistoletów i 180 granatów. Rzecz jednak w tym, że „Lawa” dowiedział się o tym, że ma stawić się na Okęciu dopiero ok. 1645. Pognał swoich żołnierzy w kierunku ul. Filtrowej, by zapewne dojść do Raszyńskiej i nią do al. Żwirki i Wigury. Stamtąd już było niedaleko.

Pech jednak chciał, że już w pierwszych chwilach Powstania zatrzymały go walki w rejonie  al. Niepodległości (niem. Nordsüdallee, aleja północ-południe). Dopiero ok. 2200 por. „Lawa” i jego żołnierze mogli doszli w rejon walk. Wtedy już jednak było za późno.  Porucznik Gaworski dowiedział się, że szturm na lotnisko się nie udał i nic więcej nie zdziała. Kiedy zapadła noc, wycofał oddział do Lasów Sękocińskich. Po jakimś czasie przeszedł do Lasów Chojnowskich, a następnie (obchodząc Warszawę), do Kampinosu.

Pacyfikacja

Być może też por. „Lawa” zdążył zauważyć, że zaalarmowani Niemcy podjęli wzmożone prace fortyfikacyjne, a na rogach ulic pojawiły się posterunki uzbrojone w ciężką broń maszynową. Po Okęciu rozbiegły się uzbrojone w lekką bron maszynową oddziały, wystawione głównie przez wojska lotnicze i kolaborantów. Ich taktyka przeciwdziałaniu podziemiu polegała na wyciąganiu z domów wszystkich, który wydali się podejrzani. Wielu z tych ludzi nie brało udziału w walkach, byli cywilami. Nie przeszkodziło to nieprzyjaciołom mordować bezbronnych ludzi. Nierzadko ginęli oni w swoich domach, choć zdarzały się też przypadki spędzania nieszczęśliwców na teren lotniska lub na znajdujący się nieopodal nasyp kolejowy, gdzie ich zabijano. Innych zesłano do obozów koncentracyjnych.

Niestety, represje nie ominęły także żołnierzy. Taki był chociażby los Powstańców z II batalionu: sanitariuszki Danuty Majewskiej („Kamila”) i plut. pchor. Romualda Spokojskiego („Froncewicz”). Oboje zostali rozstrzelani 2 sierpnia. Podporucznik ppor. Antoni Rościszewski („Grot”), zbrojmistrz i adiutant pułku został zesłany do obozu. Z kacetu już nie wyszedł –zginął 4 stycznia 1945 roku.

Inni żołnierze stawili opór. W strzelaninie poległ m.in. dowodzący II batalionem mjr „Zawisza”. Zginął też dowódca 2. kompanii II batalionu, ppor. Jan Ponewczyński („Jur”). Wraz z nimi życie oddali san. Anna Sawicka („Hanka”) oraz podoficer z pułkowej służby uzbrojenia st. sierż. Józef Ferenc („Badylarz”). Kule dosięgły też dowodzącego 3 kompanią III batalionu por. Szymona Bowbelskiego („Janicki”).

17 żołnierzy 7. pułku piechoty legionów „Garłuch” usiłowało wyjść poza Warszawę i, w efekcie, dołączyć do oddziałów w Puszczy Kampinoskiej. Niestety, kiedy znaleźli się na Ochocie, natknęli się pododdział z dywizji „Hermann Göring”. Dowodzący oddziałem oficer nakazał Powstańców rozstrzelać jeńców. Stało się to na nieodległym wykopie kolejowym, w okolicach bloku przy ul. Instalatorów 7b.

Spaleni żywcem

W tym samym czasie piętrowy dom przy Al. Krakowskiej 175 zajmowały przybyłe ok. godziny 1600 dwa plutony z kompanii por. „Janickiego” Jednym z nich dowodził kpr. pchor. Mieczysław Wesołowski („Kot”), a drugim kpr. pchor. Stanisław Wojchowski („Sęp”). Oprócz tych dwóch pododdziałów na terenie budynku przebywała drużyna gospodarcza pod plut. Eugeniuszem Olszewskim („Horpyna”) i dwie drużyny sanitariuszek po pięć kobiet każda. W sumie było to ponad  80 ludzi gotowych do natarcia od tej strony na lotnisko.

Tuz przed godziną 1700 do przygotowujących broń ludzi dotarł kpr. pchor. Henryk Sikorski („Maciek”), który przyniósł rozkaz majora „Wysockiego” o odwołaniu natarcia. Żołnierze mieli czekać na dalsze rozkazy wydane przez dowódcę kompanii. Wobec tego, podchorąży „Kot” nakazał wystawić posterunek przy drzwiach wejściowych i zabić deskami okna. Reszta Powstańców miała zająć pozycje na pierwszym piętrze. Obowiązywał zakaz palenia i wychodzenia z budynku. Wszyscy ludzie wchodzący mieli być zatrzymywani. Ponoć około godziny 1900 miał rozpocząć się odwrót pod osłoną innych żołnierzy z III batalionu pod dowództwem por. „Białego”. Strzelec Stanisław Mak („Just”), który wykonał mapę okalających lotnisko terenów, kreślił ewentualne trasy odskoku wraz z przeznaczonymi do zniszczenia wrogimi posterunkami.

Sytuacja jawiła się jednak w ponurych barwach. Nikt z III batalionu się nie zgłaszał, a zaalarmowani atakiem na lotnisko Niemcy patrolowali Al. Krakowską, dodatkowo, po zapadnięciu zmroku oświetlając teren flarami. Dopiero o północy przedarł się nieliczny oddział pod strz. Stanisławem Nowosielskim („Sokół”), ale i ci żołnierze nie przekazali rozkazu do wymarszu. Przynieśli za to kilka Stenów i karabinów. Dwa plutony dozbroiły się. Na stanie był rkm, kilka pistoletów maszynowych Sten i karabinów oraz kilkadziesiąt rewolwerów. Każdy żołnierz dostał ponadto dwa granaty i opatrunki osobiste. Jedzenia było pod dostatkiem-na parterze była restauracja.

Noc upłynęła Powstańcom spokojnie. Jednakże, tuż po nastaniu świtu 2 sierpnia pełniący wartę przy drzwiach st. strz. Tadeusz Komornicki („Załęski”) zameldował o zatrzymaniu się dziesięciu Niemców vis-a-vis wejścia na teren budynku. Jeden z lotników odłączył się od kolegów i podążył po wybrukowanej ścieżce ku drzwiom wejściowym. Podchorąży „Sęp” postawił swoich ludzi w stan alarmu. Nakazał strzelać, gdyby nieprzyjaciel chciał wejść do środka. Tymczasem lotnik ani myślał wejść na teren budynku. Przez jedną ze szpar między deskami zobaczył Powstańca ze Stenem. Szybko doszedł do słusznego wniosku, że gdzieś musieli być pozostali żołnierze. Czym prędzej więc zaczął biec ku kolegom. Zauważył to jeden ze stojących na piętrze obserwatorów i oddał strzał. Nie dość, że nie trafił, to jeszcze zaalarmował niemiecki posterunek.

Chwile potem na głowy Powstańców posypały się odłamki szkła i drzazgi. Niemiecki rkm strzelał z nieistniejącego dziś domu po drugiej stronie ulicy. Kaemista wziął sobie za cel okna budynku. Zaraz odezwał się drugi, ulokowany bardziej na północ, w pobliskich zakładach Boscha. Zaczęła też strzelać załoga fortu Zbarz przy dzisiejszej ul. Wirażowej. Z okolicznych budynków wybiegli uzbrojeni żołnierze Luftwaffe, którzy zajęli pozycje w pobliskich zabudowaniach. Zaczęło się regularne oblężenie.

Powstańcy podjęli próbę wyrwania się z okrążenia. Zadanie to otrzymała kilkuosobowa drużyna kpr. Zdzisława Cywińskiego („Iwan”). Niestety, żołnierze dostali się pod silny ogień nieprzyjaciela. Już na samym początku starcia poległ kpr. „Iwan”. Zginął też st. strz. Lucjan Jończyk („Lut”). Pozostali, w większości ranni, wrócili pod zbawczą osłonę ścian budynku. Ta droga była więc zamknięta.  Także od strony Alei Krakowskiej ostrzał stanowił zagrodę nie do przebycia.

Podchorąży „Kot” planował dalszą obronę, licząc na to, że oblężonym przyjdą na odsiecz inne oddziały powstańcze. Po niedługim czasie pozbył się jednak złudzeń. Niemcy podciągnęli w rejon walki dodatkowe oddziały spieszonych żołnierzy Luftwaffe oraz żandarmerię. W takiej sytuacji Powstańcy postanowili spróbować szczęścia raz jeszcze i grupami przebić się przez kordon.

Na pierwszy ogień miała iść grupa pchor. „Sępa” z zadaniem dotarcia do płotu graniczącego posesję. „Sęp” wyskoczył przez drzwi od strony Alei Krakowskiej, a zaraz po nim wybiegła reszta grupy uderzeniowej: kpr. pchor. Ryszard Wesołowski („Bąk”) i plut. Henryk Muras („Zuchwały”), a za nim starsi strzelcy: „Załęski”, Jerzy Wypiórkowski („Owens”), Marian Goliszewski („Orzeł”), Włodzimierz Pawłowski („Andrzej”), Władysław Lulka („Lubomirski” i Janusz Rak („Kula”). Żołnierze dopadli do ogrodzenia, a następnie okrążyli dom od strony północnowschodniej. Tam, opierając się o parkan i zabudowania gospodarcze, skutecznie powstrzymywali atak nieprzyjaciela, atakującego od strony podwórza.

Przyszła kolej na kolejną grupę. Niemcy ustawili jednak kolejne gniazdo karabinu maszynowego. Zostało ono przyduszone dwoma granatami, które rzucił strz. Henryk Rzewuski („Raf”). Żołnierz wykorzystał tę chwilę, żeby dołączyć do grupy „Sępa”. Udało mu się, czego nie można powiedzieć, o następnych. Kaemista znów zaczął bowiem strzelać i kiedy dwóch następnych Powstańców wyskoczyło przed budynek, zginęli. Znów jednak poleciał granat i ckm umilkł. Ten moment, wzorem swojego kolegi, wykorzystał strz. „Just” i jego brat Janusz (strz. „Kula”), a wraz z nimi Tadeusz Perchlak („Czarny I”) i Zygmunt Pruśniewski („Kmicic”). Pośród kul, które omiatały teren posesji zdołali się przedrzeć do grupy pchor. „Sępa”.

Podchorąży „Sęp”, widząc, że dalsze przebywanie w tym miejscu może skończyć się źle postanowił nie czekać i poprowadził żołnierzy do szturmu. Atak udał się i „Sęp” oderwał się od nieprzyjaciela. Wraz z ludźmi poszedł na zachód i dotarł do osiedla Opacz. Tam uzyskali kontakt z kilkunastoma żołnierzami pod porucznikiem Tadeuszem Tomaszewskim („Łoś”). Powstańcy ci, w znacznej mierze podoficerowie i podchorążowie z przeszkoleniem lotniczym, byli żołnierzami Bazy Lotniczej „Łużyce”. Porucznik „Łoś”, w porozumieniu z pchor. „Sępem”, zebrał wszystkich uzbrojonych ludzi i utworzył z nich oddział uderzeniowy. Pośpiesznym marszem wyruszył na odsiecz oblężonym w domu przy Alei Krakowskiej 175. Daleko jednak nie uszedł. Teren był zbyt silnie obsadzony przez nieprzyjaciela. Porucznik Tomaszewski wyprowadził ludzi z miasta.

Sytuacja jednak zmieniała się z każdą chwilą na korzyść Niemców. Na terenie posesji zaczęły rozrywać się pociski moździerzowe. Wrodzy żołnierze podciągnęli też działko szybkostrzelne. Mury budynku przestały więc stanowić jakąkolwiek osłonę dla Powstańców, bo pociski przebijały ściany. Niemcy podpalili dach budynku. Ognia nie udało się zatrzymać i wkrótce płomienie zaczęły zajmować kolejne elementy konstrukcji. Powstańcy, którzy liczyli na ratunek, biegali po budynku, desperacko poszukując wyjścia z ognistej pułapki.

Nielicznym się to udało, choć w większości padali pod celnym ogniem broni maszynowej. Ci, którzy umknęli śmierci przy wybieganiu z walącego się budynku także nie kończyli dobrze. Odnosili rany, które utrudniały, jak nie uniemożliwiały, ucieczkę. Taki był los sanitariuszki, Haliny Piłkównej („Mirka”). Mimo rany brzucha wydostała się z budynku wraz z koleżankami z oddziałowego sanitariatu i czterema innymi Powstańcami, ale Niemcy ją złapali i wrzucili w pożogę. Jej koleżankom także nie udało się umknąć śmierci. Funkcjonariusz Schutzpolizei dobił każdą z kobiet strzałem z pistoletu. Podobnie skończyła swój żywot czwórka Powstańców. Ich ciała zakopano na terenie fortu Okęcie.

Kiedy budynek się wypalił, Niemcy z największą ostrożnością weszli na teren ruin, gdzie natknęli się na ciała pozostałych Powstańców. Na parterze leżał posiekany kulami kpr. pchor. Mieczysław Wesołowski („Kot”). Zapewne wydawał ostatnie rozkazy przed wypadem. W innych częściach ruin leżeli ludzie z sekcji plut. „Horpyny”. Śmierć ponieśli ponadto ci żołnierze pchor. „Sępa”, którzy nie zdołali się wyrwać ze swoim dowódcą. W sumie doliczono się 72 ciał.

Wydawało by się, że poza nielicznymi, z pożaru nikt się nie uratował. Niemcy nie sprawdzili jednak piwnicy. Tam była grupka Powstańców, którzy jeszcze oddychali. Przeżyli pożar, choć byli poparzeni i podduszeni dymem. Zbawcze schronienie zapewniły im walące się części budynku, stając się swoistą izolacją od ognia. Byli to strzelcy: Jerzy Rakowski („Góral”), Andrzej Reczko („Jur”) oraz starsi strzelcy Jerzy Dymek („Junior”) i Ryszard Komisarczyk („Pedro”). Byli też kpr. Włodzimierz Pawłowski („Andrzej”), kpr. Zdzisław Dragon („Tygrys”) oraz czterech innych żołnierzy. Kiedy nastał świt 3 sierpnia, Powstańcy wyczołgali się z piwnicy. Przez dziurę w płocie opuścili teren posesji przy Alei Krakowskiej 175 i z trudem dotarli do okolicznych, gościnnych gospodarstw. Byli uratowani.

Można powiedzieć, że dowodzone przez kpr. pchor. Mieczysława Wesołowskiego („Kot”) i kpr. pchor. Stanisława Wojchowskiego („Sęp”) plutony były ostatnimi zwartymi oddziałami na terenie działania 7 pułku piechoty legionów „Garłuch”. Być może na terenie silnie patrolowanej przez nieprzyjacielskie oddziały dzielnicy przebywała pewna ilość odseparowanych od siebie żołnierzy, którzy na własną rękę poszukiwali łączności z innymi Powstańcami. Część żołnierzy, jak np. dowodzący „Garłuchem” mjr Stanisław Babiarz („Wysocki”), opuściło zagrożony rejon, szukając ukrycia w innej okolicy. Jakby nie było, VIII Samodzielny Rejon Okręgu Warszawa AK przestał istnieć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oblężenie kwatery generała „Bora”

01 sie

Tuż przed Godziną „W” w rejonie ulicy Dzielnej zaczęła się strzelanina. Niemcy oblegli budynek zajmowany przez Komendę Główną Armii Krajowej i członków Delegatury Rządu na Kraj.

W przeddzień ewentualnych niemiecko-radzieckich walk o stolicę Polski, większość członków Komendy Głównej Armii Krajowej miało opuścić Warszawę i przenieść się w rejon Lasów Spalskich. To miało zapewnić odpowiednie warunki do koordynowania walki na reszcie terenów Polski. Na miejscu miał pozostać Dowódca AK, gen. dyw. Tadeusz Komorowski („Bór”) wraz z częścią sztabu. Ich zadaniem było ujawnić w odpowiednim momencie swoją obecność, aby zapewnić ciągłość władzy Rządu RP.

Pierwsze plany

Na potrzeby oficerów przygotowano dom przy ul. Pilickiej 36. Zainstalowano tam skrytki i podciągnięto kable telefoniczne. Ochronę miał zapewnić pułk „Baszta”, przerzucony zawczasu z Żoliborza. Zaletą tego wyboru było to, że w razie gdyby zrobiło się „zbyt gorąco” oficerowie z KG AK mogli przeniknąć do Lasów Chojnowskich i tam ujawnić się wobec wkraczających wojsk radzieckich.

Tymczasem w drugiej połowie lipca, wobec zmieniającej się sytuacji na froncie i powstania PKWN, zdecydowano się zmienić tryb działania KG AK. Odtąd odprawy ścisłego dowództwa AK miały odbywać się dwa razy dziennie-rankiem i po południu. Brali w nich udział dowodzący AK gen. „Bór” oraz Jan Stanisław Jankowski („Soból”, wicepremier i Delegat Rządu RP na Kraj). Oprócz nich w naradach tych głosy zabierali płk Antoni Chruściel („Monter, komendant Okręgu Warszawa AK), gen. bryg. Tadeusz Pełczyński („Grzegorz”, szef sztabu AK), płk Kazimierz Iranek-Osmecki („Heller”, dowódca zajmującego się wywiadem Oddziału II wywiadu KG AK) oraz płk Kazimierz pluta-Czachoski („Kuczaba”, szef Oddziału V łączność KG AK). Byli też płk Józef Szostak („Filip”, szef Oddziału III operacyjnego KG AK). Ostatnią osobą był gen. bryg. Leopold Okulicki („Kobra”), przewidziany na zastępcę gen. „Bora” na stanowisku dowódcy AK.

21 lipca 1944 oficerowie sztabu AK i funkcjonariusze Delegatury Rządu Na Kraj zdecydowali o wydaniu walki o Warszawę. Oznaczało to także zmianę dotychczasowego miejsca postoju. Wtedy dopiero zauważono, że Mokotów był lokalizacją, która mogła być łatwo odcięta od reszty miasta. Taki bieg zdarzeń znacząco utrudniłby, jeżeli nie uniemożliwił, dowodzenie planowanym Powstaniem oraz stwarzał bezpośrednie zagrożenie dla członków kierownictwa armii w Kraju i podziemnego rządu.

Dlatego też płk „Filip” otrzymał zadanie znalezienia nowej kwatery. Wędrując po Warszawie w poszukiwaniu nowego miejsca dla Komendy Głównej, zawędrował na ul. Dzielną. Pod numerem 72 znajdował się gmach fabryki „Wytwórnia mebli – Projekty wnętrz – L. Kamler” (nie istnieje). W odróżnieniu od kwatery przy ul. Pilickiej, zabudowania znajdowały się bliżej centrum. Co więcej, bez zbędnych problemów można było w niej zainstalować łączność-radiostację. Oficerowie mogli szybko i w miarę niepostrzeżenie dostać się do budynku.

Co więcej, dyrektor wytwórni mebli, Jerzy Kamler, był zaangażowany w konspirację. Jako ppor. „Stolarz” dowodził złożonym z pracowników fabryki plutonem 1112 z 4. szwadronu 1. Dywizjonu 7. Pułku Ułanów Lubelskich „Jeleń”. Było to bardzo ważne, bo żołnierze „Baszty” musieli pozostać na Mokotowie. Wycofanie ich stamtąd równało się wyzbyciu konspiracyjnych struktur na południu Warszawy, a Kamler z żołnierzami był na miejscu. Na Wolę, z zadaniem opanowania cmentarzy i osłony od tej strony KG AK, zostali przerzuceni żołnierze Kedywu KG AK, przeformowani uprzednio w Zgrupowanie „Radosław” pod komendą ppłk Jana Mazurkiewicza („Radosław”).

Z lewej stoi generał brygady Tadeusz Pełczyński („Grzegorz”), dawniej szef sztabu AK. Zdjęcie wykonano w 19 maja 1945 roku, podczas konferencji prasowej byłego Dowódcy AK, a wtedy już Naczelnego Wodza, gen. dyw. Tadeusza Komorowskiego (na zdjęciu po prawej).
Zdjęcie pochodzi z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Zakład Kamlera wybrano także ze względu na jej masywność. Mogła ona bowiem wytrzymać przez pewien czas w oblężeniu. Wokół były bowiem dość silne punkty obsadzone przez Niemców. Bezpośrednio na tyłach fabryki, przy ul. Pawiej znajdował się Monopol Tytoniowy obsadzony przez kilkudziesięciu Niemców. Silniejszy garnizon był jeszcze bardziej na północ, w więzieniu zwanym potocznie Gęsiówką. Nieco na zachód od tych dwóch kompleksów było więzienie Pawiak, również pełne uzbrojonych nieprzyjaciół. W jednym z zabudowań fabrycznych był magazyn mundurowy używany przez Straż kolejową (niem. Bahnschutz)

Co więcej, w fabryce Kamlera miał się dopełnić los Powstania. Sztabowcy byli bowiem realistami. Wiedzieli, że ewentualne spotkanie z Rosjanami zakończy się aresztowaniem dowództwa AK. NKWD miało wziąć Polaków siłą, na oczach całego świata. Przewidywano, że opór będzie trwał tyle czasu, ile obsługa radiostacji będzie potrzebowała na wysłanie do Londynu informacji o sytuacji w Warszawie.

Komenda Główna zaakceptowała pomysł płk Szostaka 25 lipca 1944. Pierwszego dnia sierpnia, ok. godziny 1500, na terenie fabryki pojawili się pierwsi członkowie tzw. I Rzutu Komendy Głównej. W mieszkaniu Kamlerów rozlokowali się Dowódca AK, płk „Grzegorz” oraz płk „Filip”. Bezpośrednio przy nich był inż. „Soból” wraz ze swoimi współpracownikami. W nieodległej hali produkcyjnej urządzono stanowiska dla kierowanego przez mjr Jadwigę Karasiówną („Bronka”)  sekretariatu Komendy Głównej (80 ludzi). Znalazło się też miejsce dla 16 pracowników Oddziałów KG AK odpowiedzialnych za wywiad, operacje i łączność. Zameldowało się także 5 funkcjonariuszy Biura Informacji i Propagandy i trzech radiotelegrafistów ze sprzętem. Ochronę zgromadzonych stanowiło 35 żołnierzy z plutonu por. „Stolarza”. Ich uzbrojenie było jednak tragiczne. Mieli tylko 15 karabinów i ok. 40 granatów.

 Oblężenie

Około godziny 1615 ze swojej kwatery przy ul. Okopowej 41 do fabryki Kamlera przyszedł ppłk „Radosław”. Zastał sytuację, która go zatrwożyła. Brama na posesję była otwarta na oścież, a w jej okolicach nie było nawet pojedynczego żołnierza, który mógłby stanowić pierwszy punkt alarmowy. Co gorsza, w  oknach też nie zauważył obserwatorów. Pierwszego wartownika „Radosław” zauważył zapewne tuż za drzwiami wejściowymi. W głównym korytarzu fabryki. Reszta, przebywała zapewne w głębszej części budynku.

Podpułkownik Mazurkiewicz w fabryce Kamlera rozmawiał z płk Pełczyńskim. Prawdopodobnie chodziło o doprecyzowanie ostatnich szczegółów przed wybuchem walk. Po 15 minutach panowie się pożegnali i „Radosław” opuścił zabudowania fabryczne. Idąc w kierunku ul. Okopowej zobaczył, jak przed bramę posesji podjeżdżał samochód. Wysiadło z niego sześciu funkcjonariuszy Straży kolejowej. Porucznik „Stolarz” planował wpuścić ich na teren fabryczny, licząc na to, że nie zauważą obecności polskiego dowództwa. Z początku wszystko szło dobrze. Żołnierze udali się do magazynu mundurowego. Po chwili sytuacja się zmieniła, gdyż jeden z Niemców zamknął zamek i udał się w stronę głównego budynku. Zapewne chciał się rozmówić z właścicielem firmy meblarskiej.

Kamler czym prędzej pobiegł na klatkę schodową, żeby jak najszybciej ostrzec żołnierzy na parterze. Pech jednak chciał, że Niemiec doszedł do drzwi pierwszy i pociągnął za klamkę. Po otwarciu drzwi zobaczył Polaka z bronią. Już miał chwycić za rewolwer, ale żołnierz z oddziału osłonowego był szybszy i zastrzelił przeciwnika.

Koledzy zabitego momentalnie wyjęli broń. Strzelając, cofali się ku bramie. Nim jednak tam dotarli, dwóch zginęło dwóch z nich. Pozostali załadowali się do auta, którego kierowca uruchomił silnik chcąc, jak najszybciej opuścić teren ostrzału. Zdenerwowanie dało jednak swój skutek i auto z całą siłą uderzyło w okoliczną latarnię. To dało chwilę „Stolarzowi” z podległymi sobie żołnierzami ostrzelał rozbite auto. Strzelanina ta zaalarmowała Niemców obsadzający okoliczny budynek naprzeciwko bramy (dziś stoją tam nowoczesne apartamentowce i jest skwerek). Wyjście na ul. Dzielną było pod ogniem.

Podobnie nie było możliwe opuszczenie budynku przez bramę od strony ul. Pawiej. Niemcy z załogi Monopolu Tytoniowego (ul. Pawia 57) byłi postawiona na nogi jak tylko usłyszała pierwsze strzały od strony ul. Dzielnej. Sformowali nawet oddział szturmowy, który miał podejść pod mury budynku, by się doń wedrzeć. Na razie powstrzymywali ich zajmujący płk „Kuczaba” i kpt. „Szymon” wraz z kilkoma żołnierzami, ale zaraz odezwał się nieprzyjacielski karabin maszynowy. Pułkownik „Grzegorz” zorientował się w sytuacji. Nakazał st. uł. Krzysztofowi Głuchowskiemu („Juraś”) udać się po granaty. Kiedy żołnierz je przyniósł, „Grzegorz” wraz z jednym z telegrafistów rzucili je w stronę karabinu. Po chwili zobaczył, jak Niemcy odciągali dwa ciała. Obok leżał złom, który jeszcze chwile wcześniej miotał kule.

Pierwsze starcia były zwycięskie, ale ogólna sytuacja była bardzo zła. Komenda Główna AK zamiast zająć się koordynacją działań sił zbrojnych w kraju, znalazła się bezpośrednio na linii frontu. Nie działała łączność. Nie udało się przed Powstaniem podciągnąć kabli telefonicznych, a zbrojona konstrukcja budynku i duża ilość metalowych maszyn stanowiły swego rodzaju ekranowanie. Czyniło to przyniesioną radiostację bezużyteczną. Co gorsza, „Radosław” nie mógł przyjść z odsieczą, gdyż podległe mu oddziały walczyły w rejonie ul. Okopowej, a jasnym też było, że usadowiony przy ul. Pawiej i Dzielnej nie będzie po wieczność blokował budynku fabryki Kamlera i z czasem przejdzie do szturmu. Dlatego też obrońcy poczynili przygotowania. Zamknięto przejścia piwniczne do sąsiednich budynków, a żołnierze z 1112 plutonu  mieli oko na dwie bramy. Wydano też broń (krótką i granaty) nieuzbrojonym dotąd funkcjonariuszom Delegatury Rządu na Kraj. Każdy z nich miał przeszkolenie wojskowe, choć niektóry z nich po raz ostatni trzymali broń podczas I wojny światowej, jak np. inż. „Soból”.

Tymczasem ok. godziny 1800, rozpoczął się ostrzał ze strony ruin getta, podczas którego został ranny wartownik zajmujący pozycje na dachu. Oznaczało to jedno-kolejny atak miał przyjść z tamtej strony. Obronę tamtej części budynku wzmocniło sześciu żołnierzy plutonu 1112. Faktycznie, zaraz potem wśród gruzów zaczęły pojawiać się sylwetki w mundurach SD (niem. Sicherheitdienst, służba bezpieczeństwa), które rozsypały się tyralierę. Przemykając wśród gruzów, Niemcy podeszli w bezpośrednie sąsiedztwo fabryki. Tam jednak powstrzymały ich rzadkie, ale celne strzały Powstańców. Nieprzyjaciel okopał się i stamtąd zaczął ostrzał, zabijając sześciu obrońców.

Koniec walk

Polacy byli więc ostrzeliwani z trzech stron. Kule latały ze strony ul. Pawiej, Dzielnej i ruin getta. Wkrótce jednak sytuacja zaczęła się jawić w cieplejszych barwach. Do nocy z 1 na drugiego sierpnia żołnierze Zgrupowania „Radosław” uporali się z większością niemieckich posterunków i płk „Radosław” mógł wysłać oddziały do innych zadań. Oddział  pod dowództwem ppor. Władysława Cieplaka („Giewont”) z batalionu „Zośka” wdarł się do Monopolu Tytoniowego. Odepchnięto też inne placówki nieprzyjaciela. Późną nocą pierwsi żołnierze z „Zośki” weszli na teren fabryki Kamlera.

Wraz z nastaniem świtu radiotelegrafiści udali się w rejon baraków przy ul. Mireckiego (dziś są tam bloki mieszkalne). Tym razem nadajnik działał i nawiązali łączność z rządem w Londynie. Niedługo później ich śladem podążyli płk „Kuczaba” i kpt. „Szymon” z zadaniem odnalezienia ppłk „Radosława” i zorientowania się w dyslokacji sił powstańczych. Zadania udało się wykonać i, po jakimś czasie, obaj oficerowie zameldowali gen. „Borowi” o wynikach ich rekonesansu.

Około godziny 700 przed obliczem gen. „Bora” stawiła się ppor. Zofia Gorazdowska („Marcela”), przysłana przez dowodzącego Obszarem Warszawskim AK gen. bryg. Albina Skroczyńskiego („Łaszcz”). Przyniosła pierwszy w Powstaniu meldunek sytuacyjny. Inna łączniczka, wraz z oficerem Oddziału III operacyjnego KG AK, ppłk Felicjanem Majorkiewiczem („Iron”) udała się na ul. Jasną 26, gdzie w nieistniejącym obecnie hotelu Victoria znajdował się płk Antoni Chruściel („Monter”), dowodzący Okręgiem Warszawa AK.  Komenda Główna Armii Krajowej rozpoczęła więc normalną, jak na warunki powstańcze, działalność. Na Woli pozostała do 6 sierpnia, kiedy (w obliczu niemieckich natarć na tę dzielnicę) została podjęta decyzja o jej ewakuacji na Stare Miasto.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Powstanie Warszawskie. Fakty mniej znane

22 lip

Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku!

Niedługo nastanie  1 sierpnia. Jak zwykle udam się na Powązki i oddam hołd tym którzy padli w walce. Wspomnę tych, którzy odeszli na wieczną wartę już po Powstaniu. Z zaciekawieniem będę wsłuchiwał się w opowieści żyjących jeszcze kombatantów.

Jednakże tegoroczna rocznica jest dla mnie ważna także z innego powodu. Otóż, po dwóch latach pisania bloga i niemalże rocznym procesie wydawniczym, na półki księgarń trafiła moja książka. Znajdziecie w niej dotychczasowe  wpisy z bloga Powstanie ’44. Książka ukazała się ona nakładem wydawnictwa Vesper. Można ją kupić w sklepie internetowym.

Powstanie Warszawskie okładka

Ze swojej strony powiem, że nie przestanę pisać bloga. Sprawia mi to wiele frajdy. Niedługo ukaże się nowy artykuł związany z 1 sierpnia 1944 r. Życzę Wam, drodzy Czytelnicy, przyjemnej lektury-tak książki jak i bloga.

Odmeldowuję się,

Rafał Brodacki.

Książka w Empiku

Książka już na półkach księgarń!
(fot. Rafał Brodacki)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Polak Węgier…

22 cze

Jest takie polskie przysłowie: Polak, Węgier – dwa bratanki i do szabli i do szklanki. Powstanie Warszawskie pokazało, że jest to najszczersza prawda.

Kiedy w 1939 roku III Rzesza szykowała atak na Polskę, premier Węgier, Pál Teleki, odmówił wysłania wojsk węgierskich do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu. Argumentował, że Węgrom nie pozwala na to honor. Co więcej, zagroził, że jeżeli III Rzesza będzie chciała siłą wymusić możliwość tranzytu przez Węgry, spotka się ze zbrojną odpowiedzią. Niemcy nie przeszli, podobnie jak transporty wojskowe. Nawet po zakończeniu Wojny Obronnej polscy żołnierze przechodzili przez terytorium Węgier na zachód, do odtwarzającego się Wojska Polskiego.

Jednakże, era Pála Telekiego szybko minęła. Admirał Miklós Horthy uchwalił wejście Węgier do wojny po stronie Niemiec, a Teleki popełnił samobójstwo. Wojsko węgierskie walczyło na froncie wschodnim. Od 1943 roku Budapeszt prowadził podwójną grę. Z jednej strony mienił się stronnikiem Niemiec, a z drugiej kontaktował się z aliantami i ustalał warunki przejścia na ich stronę. Na razie jednak żołnierze pozostawali na wschodzie.

Sytuacja była już jednak zła. Armia Czerwona miała ewidentną przewagę. W połowie lipca 1944 roku oddziały węgierskiego II Korpusu Rezerwowego po długiej drodze znad Bugu, zostały rozlokowane w rejonie Warszawy. 1 Dywizja Huzarów została rozlokowana na północny zachód od Siedlec. Żołnierze 23. Dywizji Rezerwowej otrzymali do dozorowania brzeg Bugu od Wyszkowa do Barcic. Dalszą część rzeki, aż do jej ujścia do Narwi, obsadzały oddziały 12. Dywizji Rezerwowej. Dalszy odcinek Narwi i rejon dzisiejszego Zalewu Zegrzyńskiego miała bronić  5. Dywizja Rezerwowa.

Mocno przetrzebione oddziały nie mogły jednak przeciwstawić się radzieckiemu naporowi. Już 30 lipca 1944 roku pododdziały II Korpusu Rezerwowego pod dowództwem gen. dyw. Antal Vattay’a doszły do skraju Pragi. Przemaszerowały następnie przez most Śląsko-Dąbrowski (wtedy stał w tym miejscu most Kierbedzia) na lewy brzeg. Potem opuściły Warszawę, kierując się na Babice. 9 sierpnia 23. Dywizję podporządkowano dowódcy 532. Obszaru Tyłowego, gen. Friedrichowi Bernhardtowi. Miała ona pilnować zachodnich skrajów stolicy.

Węgrzy w powstańczej Warszawie

Tymczasem dowództwo 9. Armii niemieckiej bacznie obserwowało ruchy Polaków ulokowanych na przedpolach stolicy, a zwłaszcza w Lasach Chojnowskich i Puszczy Kampinoskiej. Liczebność tych oddziałów szacowano początkowo na kilkaset, a potem już nawet na kilka tysięcy żołnierzy (w raporcie z 18 sierpnia podawano 5-6 tys. w Kampinosie i 2 tys. w Lasach Chojnowskich).  Szacunki te  były nieco na wyrost, ale słusznie zakładano że partyzanci mieli wsparcie cywilów z okolicznych wsi. Dlatego też w rejon ten skierowano nowe siły. Były to oddziały węgierskie. Na północ od Warszawy, w Kampinosie, swoje pozycje miała 12. Dywizja Rezerwowa. Na południu, w Lasach Chojnowskich i na Kabatach ulokowano 5 Dywizję Rezerwową. 1 Dywizja Huzarów pozostawała w odwodzie.

Żołnierze armii węgierskiej dyskutują nad mapą. Trzeci od prawej nosi mundur generała.
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Węgrom przyszło się spotkać z Polakami praktycznie od początku ich bytności pod Warszawą. W dozorowanych przez nich Lasach Chojnowskich i Lesie Kabackim przebywała część pułku „Baszta” (batalion „Karpaty” i kompania z batalionu „Bałtyk”). Żołnierze ci musieli opuścić swoich kolegów z pułku, po tym jak ich oddziały poniosły znaczne straty po ataku na wyznaczone im cele, takie jak np. tor wyścigów na Służewcu. Nie oznaczało to jednak, że zaprzestali walki. Powstańcy dokonywali ataków na mniejsze oddziałki niemieckie.

Stosunek żołnierzy II Korpusu Rezerwowego do Powstańców pokazuje meldunek dowódcy 9 Armii niemieckiej, gen. Nikolausa von Vormanna z 19 sierpnia, a więc tuż po dyslokacji Węgrów. Meldował on dowództwu Grupy Armii „Środek”, nie ma co liczyć na lojalność Madziarów. Żołnierze gen. Vattay’a fraternizowali się z Polakami.

Meldunek opisywał sytuację prawdziwą. Jeden z poruczników węgierskich przekazał na Mokotów list w którym zawarł informację, że dowodzeni przez niego żołnierze nie chcą walczyć przeciwko Powstańcom. Proponował wzajemne zawieszenie broni i przymykanie oczu na ruchy Powstańców w terenie. To tylko jeden z przykładów. W praktyce, Węgrzy dawali dużo więcej. Dostarczali oni potrzebującym Polakom amunicję i broń. Kopali okopy i ustawiali gniazda karabinów maszynowych, ale zaraz obok pojawiały się informacje o tym, że jest to strefa neutralna. Polacy mogli przechodzić przez nie bez większych przeszkód. Tak było chociażby podczas nocą z 18 na 19 sierpnia, kiedy por. Stanisław Jankowski („Agaton”) wraz z trzema innymi Powstańcami przeprowadził na Żoliborz kolumnę żołnierzy z Kampinosu. Węgrzy z 12 Dywizji nie tylko ich nie ostrzelali, ale jeszcze wydzielili przewodników, który zadbali o bezpieczeństwo konwojowanych.

Oczywiście, zdarzały się sytuacje, kiedy dochodziło do wzajemnej wymiany ognia. Należy to jednak złożyć na karb pomyłki lub nacisków niemieckich. Z zasady Węgrzy starali się unikać walk z Armią Krajową. Wszelkie starcia szybko wyciszano. Innym razem, podczas jednego z nabożeństw na Ursynowie orkiestra 5 Dywizji zagrała polski hymn.

Negocjacje

Kontakty polsko-węgierskie nie ograniczały się jednak tylko do zawieszenia broni. Dużo ciekawsze były wydarzenia nocą z 15 na 16 sierpnia. Plutonowy Piotr Długosz („Duński”) z 2. kompanii VI batalionu Wojskowej Służby Ochrony Powstania zobaczył na terenie Królikarni dwóch żołnierzy węgierskich. Po zatrzymaniu zażądali przeprowadzenia do sztabu. „Duński” zapewne wiedział o przychylnym stosunku napotkanych do Powstańców. Na wszelki wypadek odebrał broń „jeńcom” i zawiązał im oczy. Klucząc między budynkami dla zmylenia orientacji, podoficer zaprowadził sojuszników do ppłk Stanisława Kamińskiego („Daniel”), dowódcy pułku „Baszta”.

Przed obliczem dowódcy „Baszty”, Węgrzy wyjawili swój cel. Zaproponowali oni oficerowi współpracę. Nie była to jednak oferta zawieszenia broni, bo te trwało odkąd tylko zaczęły się wzajemne kontakty. Mienili się wysłannikami dowództwa korpusu przysłanymi w celu uzgodnienia kwestii przejścia 25 tys. żołnierzy węgierskich na stronę powstańczą.

„Daniel” nie mógł prowadzić tych pertraktacji samodzielnie. Podjęcie tak ważnej decyzji wymagało akceptacji dowodzącego Powstaniem płk Antoniego Chruściela („Monter”). Madziarzy to zrozumieli i przekazali adresy kontaktowe w Zalesiu. Na tym zakończyła się pierwsza część rozmów, po której zaczęło się świętowanie przyjaźni polsko-węgierskiej. Żołnierze AK byli tak gościnni, że Honwedzi nie byli w stanie wrócić samodzielnie do jednostki. Zostali zaprowadzeni pod swoje linie przez patrol plut. „Duńskiego”. Przedtem zwrócono im broń, którą Powstańcy chętnie by zatrzymali. Cóż jednak robić, kiedy Polak i Węgier to dwa bratanki, a bratu broni się nie zabiera?

 „Daniel” był zajęty organizowaniem przebicia się oddziałów z Lasów Chojnowskich i Kabat do miasta, co miało miejsce 19 sierpnia. Sprawą zajmował się ks. ppłk Jan Stępień („Szymon”), który został komendantem mokotowskiego oddziału Biura Informacji i Propagandy w zastępstwie ppor. Aleksandra Płaczkowskiego („Tyszkowski”), który nie dotarł na miejsce przed godziną „W” (stawił się dopiero 27 sierpnia).

Podpułkownik „Daniel” usiłował nawiązać kontakt z płk „Monterem” i Komendą Główną AK. Mógł połączyć się telefonicznie dzięki kablom przeciągniętym przez telefonistów w kanałach, ale po rozważaniach podrzucił tę możliwość. Obawiał się bowiem, że Niemcy mogą podsłuchać rozmowę, znając przychylne stosunki polsko-węgierskie. Podejrzenia te były słuszne. Powstańcy wprawdzie o tym nie wiedzieli, ale 22 sierpnia kontrwywiad 9 Armii zameldował, że Węgrzy zaoferowali Powstańcom swoją pomoc. Chcąc temu zapobiec kontaktom węgiersko-polskim, w rejony patrolowane przez Węgrów wysłano dodatkowy tysiącosobowy niemiecki odział.

Rozważywszy wszystkie za i przeciw, ppłk „Daniel” wysłał łącznika do Śródmieścia. Jego zadaniem było dotarcie do Komendy Głównej AK. Zajmowała ona budynek przy ul Jasnej róg Świętokrzyskiej (dziś jest tam Urząd Pocztowy nr 1). Równocześnie odprawił plut. Tadeusza Dierżykaja-Rogalskiego („Mściwój”) do Zalesia. Podoficer ten miał nawiązać kontakt z Honwedami i opracować trasę dla łączników. Wykorzystując znajomość terenu (przed Powstaniem mieszkał w okolicy), w cywilnym ubraniu przekradł się przez linię niemieckich patroli i dotarł do Węgrów. Ci zapewnili go, że  sprawę kontaktów z Polakami traktują poważnie i odprawili łącznika w drogę powrotną.

Zbiegło się to z przyjściem wysłannika ze Śródmieścia. Przyniósł on listy uwierzytelniające wystawione przez oficerów z KG AK. „Mściwój”, który właśnie wrócił z Zalesia, znów miał tam się udać. Tym razem jednak prowadził ze sobą ppłk „Szymona” i mjr art. Jana Szopińskiego („Szopa”).  Ten ostatni był członkiem sztabu Obwodu V (Mokotów) Okręgu Warszawa AK i miał, przy odrobinie szczęścia, kupić od Węgrów kilka dział piechoty.

Powstańcy bez przeszkód przeszli do Zalesia, gdzie w jednym z mieszkań (właścicielem był najpewniej inżynier o nazwisku Chrzan) doszło do spotkania. Węgrów reprezentowali szef sztabu II Korpusu Rezerwowego, gen. Bela Lengyel, oraz kpt. Richter. Strony szybko osiągnęły porozumienie co do zacieśnienia współpracy. W prowadzonej najprawdopodobniej po polsku rozmowie (gen. Lengyel był przed wojną attaché w Warszawie), delegacje osiągnęły wstępne porozumienie w kwestii przejścia żołnierzy węgierskich na stronę powstańczą jako Królewski Ochotniczy Legion Węgierski. Drugim punktem ugody  było to, że zostanie on rzucony do walki z Niemcami i będzie podporządkowany bezpośrednio KG AK.

Dobrze zapowiadające się pertraktacje nagle utknęły. Prawdopodobną przyczyną była kwestia gwarancji ze strony AK uznania praw kombatanckich żołnierzy węgierskich. „Szymon”, szef powstańczej delegacji, odmówił akceptacji tego dezyderatu. Nie chciał brać na siebie takiej odpowiedzialności. Zakończył więc rozmowę z Madziarami i, po powrocie na Mokotów, porozumiał się z „Monterem”. Dowódca sił powstańczych odpowiedział ppłk „Szymonowi”, że ma carte blanche w kwestii rokowań.

Węgrom bardzo zależało na tym, żeby dogadać się z Polakami. Podczas kolejnego spotkania generał Lengyel i jego zastępca, gen. Szabo, zaproponowali przerzucenie ppłk Stępnia do Budapesztu. Miał tam polecieć specjalnie przydzielonym samolotem w przebraniu węgierskiego oficera. Podczas audiencji u adm. Horthy’ego miał omówić kwestię przejścia wojsk węgierskich na stronę polską. „Szymon” odparł, że nie może podjąć takiej decyzji samodzielnie.

Generałowie Lengyel i Szabo to zrozumieli. Wszak „Szymon” mógł rozmawiać tylko i wyłącznie w imieniu KG AK. Z kolei rozmowy z regentem zaliczały się do tego typu jako negocjacji dyplomatycznych, które musiały być autoryzowane przez Rząd RP na Uchodźctwie. Na to także Lengyel i Szabo znaleźli remedium. Zaoferowali podróż do Londynu, gdzie „Szymon” pomógłby omówić kwestię przejścia żołnierzy II Korpusu na drugą stronę. Także i z tych planów nic nie wyszło, a Budapeszt zażądał powrotu wszystkich dywizji nad Dunaj. Pierwsza miała odejść 12 dywizja, z tym że bez sprzętu. Ten miał zostać przejęty przez mjr. „Szopa”. Do tego jednak nie doszło w skutek działalności kontrwywiadu 9 Armii. Być może więc podobnie zagrano, kiedy generałowie  Lengyel i Szabo sugerował ppłk Stępniowi kontakt z Londynem?

Na pomoc Polakom

27 sierpnia gen. von Vormann zażądał od gen. Vattay’a  nawiązania kontaktu z AK i przekazania wiadomości odnośnie kapitulacji całości sił powstańczych. Dziwnym trafem Vattay został w tym samym momencie wezwany do Budapesztu, a gen. Bela Lengyel został dowódcą II Korpusu Rezerwowego. Z pertraktacji nic nie wyszło.

Podobnie spalił na panewce plan użycia wojsk węgierskich bezpośrednio w walce. Von Vormann domagał się rzucenia żołnierzy II Korpusu na ulice Mokotowa i wydzielenia oddziałów artylerii do ostrzału pozycji Powstańców. Lengyel odmówił. Stwierdził, że Węgry nie są w stanie wojny z Polską. Obawiał się ponadto, że w przypadku wydania rozkazu ataku na pozycje powstańcze może dojść do buntu.

Lengyel nie rzucał słów na wiatr. Żołnierze 12 Dywizji patrzyli na płonącą Warszawę i widzieli tragedię mieszkańców. Sami też nie byli w najlepszej sytuacji. Niemcy ograniczyli przesyłanie środków zaopatrywania, licząc zapewne, że głodni Węgrzy zaczną rabować polskie siedliska w Kampinosie, tym samym zyskując sobie wrogość autochtonów. Nic to nie dało. Plądrowały za to przerzucone z Warszawy kolaboranckie oddziały RONA.

Żołnierze II Korpusu starali się chronić mieszkańców Kampinosu przed nieprzyjaciółmi. Podczas jednej z takich akcji zatrzymali cały oddział rabusiów, którzy wieźli nie tylko zagrabione dobra. Mieli też wóz wypełniony obciętymi częściami ciała, na których była biżuteria. Węgrzy zaatakowali patrol, biorąc żołnierzy RONA w niewolę, zapewne z zamiarem ich ukarania.

Niemcy szybko dowiedzieli się o całej akcji i zapewne szykowali się do pacyfikacji terenu. Na razie jednak wysłano oficera z białą flagą, który miał wezwać Madziarów do poddania się. Ci nie chcieli odpuścić i odmówili. To ściągnęło na zabudowania niemiecki ostrzał. 15 węgierskich żołnierzy poległo w obronie wsi.

Zdarzało się też, że Węgrzy przechodzili na stronę Polską. Grób sierżanta Jőzefa Vonyika wraz z 6 kolegami znajduje się na cmentarzu w Raszynie. 5 września zginęli za sprawę polską Antal Toth i Jőzef Véner. Zostali pochowani w Podkowie Leśnej. W Konstancinie znajduje się grób nieznanego żołnierza II Korpusu. W Puszczy Kampinoskiej można znaleźć groby Pála Kovácsa, Istvána Darvasa i Miklósa Jakaba i Istvána Garami’ego. Po wojnie, na wniosek dowodzącego Grupą „Kampinos”, mjr Józefa Krzyczkowskiego („Szymon”), zostali odznaczeni Krzyżami Partyzanckimi za swoje przychylne podejście do Powstańców.

Jeden z Huzarów, István Elek, wraz z oddziałem wjechał na Żoliborz. Ewakuował stamtąd rannych. Potem udał się wzdłuż Wisły na południe. Przejechał wraz ze swoim oddziałem całe miasto. Efektem tej „wycieczki” było uratowanie wielu ludzi, którzy zostali potem rozlokowani w podwarszawskich miejscowościach: Milanówku, Grodzisku, Błoniu i Podkowie Leśnej. Przez dwa tygodnie Węgrzy wywozili rannych Powstańców i cywilów z oblężonych dzielnic. Niemcy nie reagowali. Dali się oszukać. Węgrzy przebrali bowiem 500 uchodźców w swoje mundury. Akcja ratunkowa miała nawet objąć atakowany od 24 września Mokotów.

Ostatni Węgrzy opuścili rejon Warszawy tuż po Powstaniu, wracając do kraju. 15 października 1944 roku wojska radzieckie przekroczyły granicę ich ojczyzny.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bitwa o PASTę

19 maj

Walki o PASTę były jednymi z najbardziej zaciętych strać Powstania Warszawskiego. Prowadzone ze zmiennym szczęściem boje trwały dwadzieścia dni.

Budynek przy ul. Zielnej został wybudowany w 1908 roku. Początkowo ulokowano tam firmę telekomunikacyjną „Cedergren”, ale od 1922 roku mieściła się tam centrala Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej, zajmująca się obsługą zagranicznej i krajowej sieci telefonów. To właśnie stąd wzięła się znana Warszawiakom nazwa gmachu-PASTa. Równocześnie stosowano też drugą nazwę -  „Cedergren”.

Kiedy Niemcy zaczęli okupować Warszawę, uczynili z budynku PASTy jeden z najważniejszych punktów na okupowanych przez nich terenach. To właśnie przez tę centralę Berlin koordynował łączność na terenach okupowanej Polski i przesyłał rozkazy jednostkom walczącym na froncie wschodnim. Miał on więc dla nich ogromne znaczenie. Jego strata oznaczałaby bowiem znaczące utrudnienie, jeżeli nie przerwanie, połączenia z jednostkami na wschodzie.

Polacy wiedzieli o ważności tego budynku dla Niemców. Zdawali sobie też sprawę, że drugi pod względem wysokości budynek w Warszawie (najwyższym był gmach towarzystwa ubezpieczeniowego Prudential przy dzisiejszym placu Powstańców Warszawy) jest wręcz idealnym punktem dla obserwatorów i snajperów. Ich przewidywania miały się wkrótce sprawdzić. Trzeba było być nie lada śmiałkiem, by przeskoczyć ulicę pod ostrzałem z PASTy. Wielu ludziom się to nie udało…

Cywile na ul. Zielnej chronią się przed ostrzałem z PASTy.
(fot. Biuletyn Informacyjny : dodatek ilustrowany nr. 1 w zbiorach Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy)

 

Usunięcie tego ciernia w środku powstańczych pozycji byłoby więc znaczącym sukcesem. Jednakże, nie było to łatwe. Ośmiopiętrowy gmach był masywnej, żelbetonowej konstrukcji. Co więcej, przy wejściu stał betonowy bunkier. Większość okien ufortyfikowano, czyniąc stanowiska strzeleckie. Obok była też niższa kamienica, również dobrze umocniona. Oprócz pistoletów maszynowych i karabinów, załoga miała w dyspozycji ciężką broń maszynową. W każdej chwili za pomocą telefonów, Niemcy mogli wezwać wsparcie.

Skuteczna obrona

Tuż po rozpoczęciu Powstania, z Ogrodu Saskiego wyjechały samochody na niemieckich rejestracjach. Wiozły one wsparcie dla załogi budynku-był to pluton Schutzpolizei (niem. policja ochronna). Niemiecka załoga PASTy wzrosła do 143 żołnierzy. Byli to głównie esesmani. Żołnierzy Wehrmachtu było jedynie 16.

Polacy z batalionu „Kiliński” pod dowództwem rtm. Henryka Roycewicza („Leliwa”), którym polecono zdobycie gmachu, nie mogli temu przeciwdziałać. Główne walki toczyły się bowiem nieco dalej, w rejonie pl. Powstańców Warszawy. Były to starcia dość wymagające, ale (jak się później okazało) zakończone w znamienitej części sukcesem.

Załoga PASTy była jednak bardzo niebezpieczna. Chcąc ubezpieczyć się przed atakiem ze strony budynku, rtm. „Leliwa” wysłał ten rejon 2. kompanię pod dowództwem ppor. Franciszka Szafranka („Frasz”). Meldował on, że nawiązał kontakt z odciętą od swoich grupą kpr. pchor. Wacława Sawickiego („Jacek”) z 41. kompanii Wojskowej Służby Ochrony Powstania (od 3 sierpnia 9. kompania batalionu „Kiliński”). Byli też ochotnicy pod komendą pchor. „Filipa”. Obaj podchorążowie podporządkowali swoje oddziały dowództwu batalionu „Kiliński” i pozostali w rejonie ul. Marszałkowskiej. Po wzmocnieniu drużyną kpr. pchor. Tadeusza Czerwińskiego („Piętka”) z kompani ppor.  „Frasza”, zaatakowali budynki przy ul. Marszałkowskiej, biorąc do niewoli 9 Niemców (w tym porucznika Luftwaffe).

Sytuacja 3 sierpnia była dla żołnierzy batalionu Kiliński dość dobra. Podzielony na dwa Zgrupowania (o numerach IX i X) batalion zdołał znieść większość placówek niemieckich w przeznaczonym mu rejonie natarcia. Żołnierze IX Zgrupowania pod osobistym dowództwem rtm. „Leliwy” wyszli na ul. Marszałkowską, dokonując wypadów na ulicę Zielną. Z kolei X zgrupowanie „Ostoja” pod komendą por. Leona Gajdowskiego („Ostoja”), wyszło na ul. Twardą, stykając się z kolegami z IX Zgrupowania w rejonie ul. Bagno (wtedy ulica ta biegła od Świętokrzyskiej do pl. Grzybowskiego). Zdobyto też kilka budynków, bezpośrednio sąsiadujących z obleganym gmachem.

Pośrodku tego wytworzonego przez Powstańców trójkąta byli Niemcy. Gdyby nie załoga Dworca Głównego (w miejscu dzisiejszego Dworca Śródmieście) oraz placówki niemieckie w rejonie skrzyżowania Alej Jerozolimskich z Nowym Światem, oddziały znajdujące się w rejonie budynku PASTy byłyby otoczone. Rozumiał to dowodzący niemieckim garnizonem Warszawy gen. Reiner Stahel. Nakazał on dowódcy obrony dzielnicy policyjnej (rejon ograniczony Alejami Ujazdowskimi oraz ulicami: Nowomiejską, Klonową i Flory), SS-Standartenführerowi (pol. pułkownik) Paulowi Otto Geiblowi, przebić się w kierunku oblężonej załogi centrali telefonicznej.

 

PASTa dziś
(fot. Marcin Białek)

Kilkudziesięciu policjantów wsiadło na ciężarówki podstawione pod gmach komendy Gestapo przy al. Szucha (dziś mieści się tam Ministerstwo Edukacji). Mając osłonę dwóch czołgów Panzerkampfwagen IV kolumna pojechała Alejami Ujazdowskimi, a następnie przejechała przez plac Trzech Krzyży, by Nowym Światem dojechać Do Alej Jerozolimskich. Dowodzący kolumną nakazał następnie skręcić w lewo, w Aleje Jerozolimskie. Najprawdopodobniej już wtedy dały o sobie ulokowane po północnej stronie Alej placówki IX Zgrupowania.

Prawdziwe piekło zaczęło się jednak kiedy Niemcy skręcili w ul. Marszałkowską i dojechali do krzyżowania z ul. Widok. Kolumna z żołnierzami dostała się pod gęsty ostrzał. Powstańcy używali też butelek z benzyną. Kiedy kolumna dobrnęła do skrzyżowania z ul. Sienkiewicza, policjanci zeskoczyli z ciężarówek. Oddział poniósł znaczne straty, a rozproszone niedobitki schroniły się w okolicznych zabudowaniach. Oba czołgi płonęły. Ich załogi odniosły rany od poparzeń i ostatkiem sił zdołały wycofać maszyny.

Po odparciu ataku, do rtm. „Leliwy” zgłosił się przysłany przez dowodzącego Obwodem I Śródmieście Okręgu Warszawa AK, ppłk Franciszka Pfeiffera („Radwan”), kpt. Bolesław Kontrym („Żmudzin”). Ten oficer Zgrupowania „Bartkiewicz” miał poprowadzić pierwszy szturm na gmach. „Żmudzin” otrzymał do tego zadania pododdziały ze Zgrupowania „Bartkiewicz”, plutonu 1147. (pluton osobistej ochrony ppłk „Radwana”) oraz sekcje z batalionu „Kiliński” i kompanii „Koszta” (nazwa jest skrótem od Kompania Ochrony Sztabu Obszaru Warszawskiego Armii Krajowej). Natarcie miało się rozpocząć od ostrzału od strony ul. Bagno. Następnie miał wyruszyć atak od frontu, z zadaniem zniszczenia bunkra i sforsowania bramy.

Tuż przed północą żołnierze skrycie zajęli stanowiska. Potem zaczęła się regularna strzelanina, w sam środek której wyruszyła grupa szturmująca pod dowództwem por. Stanisława Silkiewicza („Szary”). Żołnierze zdołali zniszczyć granatami bunkier. Z kolei kobiety minerki zaminowały i wysadziły bramę. Powstańcy wdarli się do środka. Spanikowani Niemcy uciekli na wyższe piętra. Szybko jednak odzyskali rezon i zaczęli granatami obrzucać wbiegających na klatkę schodową Polaków. Ta zapora okazała się nie do przejścia. Załoga budynku położyła tez ogień na przedpole bramy. Atakujący byli odcięci. Pod ogniem wybiegli z pułapki i wycofali się do osłaniających ich kolegów.

Zaczęło już świtać, kiedy szturm się zakończył. Kompania „Koszta” i pluton 1147 straciły 3 poległych (w tym 2 oficerów) i 7 rannych (2 oficerów i 5 żołnierzy innych stopni). W batalionie „Kiliński” doliczono się 5 zabitych i 11 rannych (w tym 1 oficera). Porucznik „Szary” nakazał obstawić budynki PASTy placówkami, które składały się z żołnierzy uzbrojonych w karabiny i pistolety maszynowe. Mieli oni udaremnić wszelką próbę przyjścia z odsieczą oblężonym Niemcom lub uniemożliwić akcję przebicia do Ogrodu Saskiego.

Budynek był otoczony, ale nie zdobyty. Jego załoga wciąż stanowiła zagrożenie. Dlatego też dowódca IV Rejonu Obwodu I Śródmieście Okręgu Warszawa AK, mjr Stanisław Steczkowski („Zagończyk”), wydał rozkaz kolejnego szturmu. Tym razem jednak dowodzone przez ppor. Władysława Damrosza („Kutno”) zgrupowanie uderzeniowe złożone z żołnierzy ze Zgrupowania „Bartkiewicz” i batalionu „Kiliński” nawet nie przedarło się przez ostrzał. Akcja zakończyła się fiaskiem.

Te niepowodzenia sprawiły, że zmieniono taktykę. Zdecydowano się podpalić budynek. Wcześniej wstrzymywano się z tym, ponieważ Powstańcy chcieli uniknąć zniszczenia aparatury. Planowali ją użyć do nawiązania łączności z oddziałami w innych rejonach miasta. Likwidacja dającej się we znaki załogi okazała się jednak ważniejsza od telefonów.

Atak rozpoczął się nocą z piątego na 6 sierpnia. Motopompa, która miała być wykorzystana do oblania budynku ropą, okazała się zawodna. Strumień cieczy palnej ledwo omiótł parter. Co więcej, wysłane w tamten rejon sekcje bojowe ppor. „Szarego” oraz ze Zgrupowania „Bartkiewicz” nie zdołały podpalić nawet tego. Ze stratą 1 poległego i 9 rannych żołnierze wycofali się na pozycje wyjściowe. Po stronie obleganych był jeden zabity.

Oblężenie

Powstańcy zacieśniali teren wokół budynku siecią placówek. 10 sierpnia żołnierze dobrali się do studzienki kanalizacyjnej na rogu ulic Marszałkowskiej i Królewskiej. Mimo ostrzału Niemców zajmujących pozycje w Ogrodzie Saskim, udało się przerwać znajdujące się w niej kable. Znacznie wzmocniło to kordon oblężenia, bo dzięki temu w gmachu nie było prądu, a przez to jej załoga nie mogła używać telefonów, żeby wezwać wsparcie. Pogorszyło to już i tak złą sytuację. Kończyły się zapasy. Posiłek wydawano raz dziennie-była to menażka słabej jakościowo zupy. Resztę przydziałów (w tym papierosy i marmoladę) zabierali funkcjonariusze Schutzpolizei. Upadło też morale-zdarzały się wypadki samobójstw.

13 sierpnia od strony Ogrodu Saskiego do budynku przedarł się czołg, którzy przywiózł zaopatrzenie na pięć dni. Powstańcy rozumieli, że kordon nie był dostatecznie szczelny. Oczy żołnierzy kierowały się ku budynkowi przy ul. Królewskiej 16 (obecnie stoją tam biurowce). Te graniczące tuż z Ogrodem Saskim zabudowanie zaatakował patrol złożony z 1 oficera, 10 podchorążych i takiej samej liczby żołnierzy innych stopni z 1. kompanii batalionu wraz z 4 sanitariuszkami. Niemcy, jedzący aktualnie obiad, zostali szybko rozbici. Po stronie polskiej był jeden poległy-korespondent powstańczej prasy.

Obsadzająca budynek sekcja była dobrze uzbrojona. Na stanie był karabin maszynowy i karabiny powtarzalne oraz pochodzące z zrzutów granatnik PIAT oraz pistolety maszynowe Sten. Broń ta przydała się już kilka godzin po zajęciu budynku, kiedy Powstańcy zobaczyli, że między drzewami Ogrodu Saskiego koncentruje się wroga piechota, mająca wsparcie czołgów. Oznaczało to jedno-zaraz będzie atak.

Nie mylili się. Najpierw wyjechał czołg, a za nim wybiegła kolumna około 200 żołnierzy. Całość zamykała kolejna maszyna. Ludzie ci mieli przedrzeć się do oblężonego budynku i wymienić jego załogę. Kiedy jednak dotarli na odległość kilkudziesięciu metrów od polskich pozycji, odezwał się granatnik przeciwpancerny, który wyłączył z walki pierwszy czołg.

Równocześnie zaczęli strzelać żołnierze uzbrojeni w broń ręczną. Ogień Polaków wzrastał z każdą chwilą, ponieważ broniących się wsparli inni żołnierze przybyli z ul. Granicznej. Od jednego z pierwszych strzałów poległ dowodzący Niemcami oficer. Pozbawiona dowództwa kolumna była łatwym celem, zwłaszcza że nieprzyjaciel miał problemy ze zlokalizowaniem polskich placówek. Z dużymi stratami, atakujący wycofali się na pozycje wyjściowe.

Te stracie z odsieczą pokazało się być przełomowym momentem w bitwie o PASTę. Nieprzyjacielska załoga nie mogła już liczyć na wsparcie przybyłe od strony Alej Jerozolimskich, gdyż ta droga była zablokowana od 3 sierpnia. W wyniku zajęcia pozycji przy ul. Królewskiej, obsadzający Ogród Saski Niemcy nie mogli przyjść oblężonym z pomocą. Nie oznacza to jednak, że zrezygnowano z próby wybicia korytarza. Począwszy od 14 sierpnia przez cztery dni wrodzy żołnierze ponawiali ataki, mające na celu zdobycie linii ul. Królewskiej. Zdołali nawet na pewien czas wedrzeć się na teren posesji pod numerem 16, ale zostali stamtąd wyrzuceni.

Tymczasem 17 sierpnia ppłk „Radwan” wydał rozkaz ponownego ataku na budynek. Po raz kolejny postanowiono wykorzystać pompę strażacką do oblania PASTy ropą. Następnie, specjalnie wydzieleni żołnierze mieli ją podpalić granatami i butelkami z benzyną. Do ataku przeznaczono 1000 litrów ropy, którą przyniesiono z budynku Poczty Głównej (obecnie w budynku tym przy pl. Powstańców Warszawy mieści się jeden z oddziałów Narodowego Banku Polskiego). Niestety, zbyt duże ciśnienie sprawiło, że obsługujący pompę Powstaniec nie mógł utrzymać w rękach dyszy. Stracono ok. 1000 litrów mieszanki zapalającej, a budynek został oblany w nikłym stopniu.

Ostateczny szturm

19 sierpnia ppłk. „Radwan” zwołał kolejną naradę. Biorący z niej udział rtm. „Leliwa” otrzymał bezwzględny rozkaz zdobycia budynku za pomocą wszelkich możliwych środków. Inne oddziały ze Śródmieścia Północ miały udzielić szturmującym gmach żołnierzom batalionu „Kiliński” wszelkiej możliwej pomocy. To miał być ostatni atak. Porażka nie wchodziła w grę.

Parę godzin później, ok. godziny 1600, rotmistrz „Leliwa” zebrał dowódców mających wziąć udział w ataku. Na Poczcie Głównej stawili się dowodzący kompanią „Koszta” kpt.  Stefan Mich („Kmita”), szef saperów Okręgu Warszawa AK, kpt. Jerzy Skupieński („Jotes”), szef saperów m.st Warszawy, kpt. Józef Paroński („Chevrolet”) oraz jeden z pracowników PAST (najprawdopodobniej był to inż. Z. Sosnowski). W odprawie wziął też udział dowódca plutonu szturmowego z „Koszty” por. Roman Rozmiłowski („Zawada”) oraz dowódcy 1., 2. 3., 6., 8., i 9. kompanii batalionu „Kiliński”. Każda kompania miała wystawić oddziały szturmowe złożone z ochotników. Byli też dowodzący miotaczami ognia kpt. „Janusz” (NN) i por. „Orlicz” oraz żołnierze z Kobiecych Patroli Minerskich.

Plan zakładał atak z dwóch stron. Atakujący mieli mieć do dyspozycji pistolety maszynowe, granaty i butelki zapalające-wszystko co potrzebne do walki na najbliższym dystansie. Od strony ul. Bagno miały zaatakować oddział pod dowództwem kpt. „Jotesa” oraz por. „Zawady”. Żołnierze mieli wysadzić ścianę jednego z przyległych budynków i wedrzeć się przez wyłom do niższej kamienicy. Od strony ul. Próżnej miały zaatakować główny budynek oddziały szturmowe z „Koszty” pod dowództwem kpt. „Kmity” wraz z saperami kpt. „Chevroleta”.

Powstańcy wiedzieli jednak, że te dwa oddziały były niewystarczające do zniszczenia nieprzyjacielskiej załogi. Dlatego też szturmujących miał wspomóc ogień. Żołnierze kpt. „Janusza” mieli wlać benzynę do wytworzonych wyłomów, a następnie spowodować jej zapłon. Przy podpalaniu współdziałać mieli Powstańcy pod dowództwem por. Władysława Janellego („Jarząbek”), obsługujący inny zaimprowizowany miotacz. Wystrzelone przezeń paliwo miało oblać pierwsze piętro, a następnie być zapalone przez butelki z benzyną i pociski z granatnika PIAT. Była też trzecia pompa, ale ta miała ugasić płonący budynek po zakończeniu szturmu. Jej wąż ciągnął się aż na pl. Powstańców Warszawy, gdzie znajdował się basen przeciwpożarowy.

Stanowiska, które zostały opuszczone przez żołnierzy idących do szturmu na PASTę, przejęli pozostali żołnierze batalionu „Kiliński”. Byli oni jednak słabo uzbrojeni, gdyż większość wyposażenia wydano sekcjom szturmującym. Major „Zagończyk” przysłał niewielki oddział, który miał wspomóc dozorujących polskie linie.

Rotmistrz Roycewicz, jako koordynator całości akcji, wraz ze swoim pocztem zajął niewielkie mieszkanie w bramie budynku przy ul. Zielnej 34 (dziś jest tam parking przy stacji metra). Dowódcą natarcia „Leliwa” wyznaczył por. „Szarego”. Ten rezydował kilka domów dalej, bliżej Ogrodu Saskiego. Szturm miał się zacząć o 230 w nocy.

Tuż przed północą żołnierze ruszyli na stanowiska. Do kawiarni „Momus”, w bezpośredniej bliskości atakowanej pozycji, zniesiono w dwudziestolitrowych baniakach i kanistrach ok. 5000 litrów substancji zapalającej (mieszanka ropy i benzyny). Przygotowano też nowe motopompy. Zadbano też o łączność. Janina Łotocka-Gajdowska („Czarna Janka”) urządziła centralkę telefoniczną, która miała posłużyć dowódcy batalionu „Kiliński” przy koordynowaniu ataku. Kable przeciągnięto także w budynkach w bezpośredniej bliskości PASTy. Zapewniono też łączność z mjr „Zagończykiem”.

Objuczeni potrzebnymi rzeczami żołnierze kpt. „Jonesa” zajęli stanowiska w kamienicy przy ul. Bagno. Mieszkanie na 3 piętrze zajmowała starsza pani. Świadoma, że nieodległe walki zdemolują jej mieszkanie udostępniła je atakującym. Przybyły też przedstawicielki Kobiecych Patroli Minerskich, które zaczęły przyczepiać do ściany ładunki wybuchowe. Była to 14 kilogramowa mina przygotowana osobiście przez „Jotesa”. Inni ludzie znieśli przygotowaną zawczasu prowizoryczną rampę zbitą z desek. Kapitanowie „Kmita” i „Chevrolet” podobne przygotowania poczynili w jednym z mieszkań na 2 piętrze w kamienicy przy ul. Próżnej. Tu miała wybuchnąć 20 kg bomba skonstruowana przez „Chevroleta”.

Tuż po zakończeniu robót  rotmistrz „Leliwa” dokonał przeglądu stanowisk, po czym wrócił na swoje miejsce dowodzenia. Cywile zostali sprowadzeni do piwnic. Ich śladami podążyli żołnierze sekcji szturmowych. Na górze pozostali jedynie ci, którzy mieli odpalić ładunki.

O godzinie 230 kpt. „Jotes” podpalił lont, po czym zbiegł na niższe kondygnacje. Kamienicą przy ul. Bagno targnął wybuch. Po chwili nastąpiła kolejna eksplozja. To Powstańcy na ul. Próżnej odpalili swoje ładunki. Żołnierze „Kmity” i „Chevroleta” wybiegli na spotkanie walce. Problem jednak w tym, że wysadzili nie tę ścianę. Kiedy wbiegli do pomieszczenia zobaczyli zamknięte drzwi. Zamki nie puściły mimo ich przestrzelenia. Nie pomogły też granaty. Kiedy wreszcie Powstańcy przedarli się na jeden z dziedzińców w bezpośredniej bliskości PASTy, znaleźli się pod ostrzałem z innych stanowisk niemieckich. Padli pierwsi ranni, grupa wycofała się.

Tymczasem żołnierze z grupy kpt. Skupieńskiego i por. Rozmiłowskiego przetarli oczy zalepione wszędobylskim pyłem i zobaczyli, że ładunki były zbyt silne. Cała klatka na trzecim piętrze była zawalona i ogarnięta ogniem. Pomiędzy Powstańcami, a Niemcami ziała ogromna dziura. Ktoś przyniósł drabinę. Biegnący po jej szczeblach żołnierze Polski Podziemnej wdarli się do budynku. Czekała ich walka w pomieszczeniach, a z okolicznych korytarzy wyłaniało się coraz więcej Niemców. Co gorsza, nieprzyjaciel obłożył ogniem wyrwę w murze-biegnący po niej Powstaniec, ranny, spadł. W budynku było około 20 żołnierzy z batalionu „Kiliński”, kompanii „Koszta” i  minerek.

Równocześnie z wybuchami, ruszyły szturm na główną bramę budynku. Atak został odparty. Zaczęły tez działać pompy wystrzeliwujące mieszankę zapalającą. Podpalił ją pocisk z PIATa. Zajęły się niższe piętra i kilka samochodów przed budynkiem. Niemcy, wcześniej już zapoznani z tym sposobem walki, opanowali płomienie. Wraz z nieprzyjacielskim ostrzałem, ogień odciął dławiącym się od dymu Powstańcom drogę odwrotu. „Jotes” podjął szybką decyzję. Walcząc o każdy pokój i korytarz, przebili się do klatki schodowej, którą zbiegli w dół. Wśród zwalisk drutów, kabli i potrzaskanych mebli, najprawdopodobniej pamiątek po ataku Powstańców do budynku nocą z 3 na 4 sierpnia, dobiegli do zachodniej ściany budynku.

Tam kpt. Skupieński nakazał swoim ludziom cofnąć się do klaki schodowej, po czym podpalił trzycentymetrowy lont i pobiegł tam gdzie reszta oddziału. Nie zdążył. Podmuch wybuchu przewrócił go, a odłamki zraniły go w ramię. Nie było jednak czasu na opatrunek. Im dłuższy był pobyt w tym budynku, tym śmierć była coraz bliżej. Powstańcy zebrali się przy wyłomie. Byli na pierwszym piętrze. Bezpośrednio pod nimi była pryzma gruzu, stojąca na otwartym dziedzińcu. Jeden po drugim Polacy skakali wypychani przez kpt. „Jotesa”, który skoczył jako ostatni. Łutem szczęścia żaden z wycofujących się nie połamał się, ani nie poległ podczas odwrotu od ścigającego ostrzału nieprzyjaciela.

Było około godziny 700, kiedy kapitan „Kmita” i „Jotes” zameldowali się u rtm. „Leliwy”. Dowódca batalionu „Kiliński” dowiedział się o tym, że Niemcy odparli pierwszą falę szturmu. Powstańcy domagali się ponadto użycia większej ilości mieszanki zapalającej. „Leliwa” nakazał por. „Jarząbkowi” palić pomieszczenie po pomieszczeniu i kondygnację po kondygnacji.

Wysłał też ppor. Bronisława Lubicza-Nycza („Leszek”) ze swojego pocztu, aby sprawdził działanie nowego ataku ogniowego. Powstaniec dotarł, mimo ostrzału, aż do bramy niższego budynku PAST. Kiedy wychylił się zza węgła zobaczył palące się auta. Po powrocie, o dziwo niedraśnięty, zameldował rtm. „Leliwie”, że palenie przynosi doskonałe efekty. Wtedy rotmistrz wysłał oficera w żeby znalazł wszelkie możliwe przejścia, mogące umożliwić Niemcom ucieczkę. Wraz z łącznikiem Mieczysławem Kuczakiem („Guliwer”), „Leszek” dobiegł w rejon ul. Bagno. Zobaczył tam ostrzeliwujących się z Niemcami Powstańców. Klucząc wśród podwórzy, sprawdzał każdą możliwą szczelinę. Wtedy szczęście „Leszka” opuściło. Jeden ze strzelców z obleganej pozycji trafił go w nogę. Rana okazała się bardzo poważna i Powstańcy zanieśli rannego kolegę do szpitala przy ul. Mariańskiej 1, przy skrzyżowaniu z ul. Pańską. Około godz. 715 łącznik dostarczył rtm. „Leliwie” kartkę z meldunkiem ppor. „Leszka”- PASTa była otoczona, Niemcy nie mieli jak uciec.

Była to wymarzona sytuacja dla Polaków. Dowódca batalionu „Kiliński” nakazał porucznikowi „Jarząbkowi”, aby skierował swoje motopompy ku niższemu budynkowi PAST. Paliwo obalało pierwsze piętro, a po ataku miotaczy ognia i butelkarzy zajęło się żywym ogniem. Równocześnie, w kierunku wyższego budynku wybiegli kolejni żołnierze. Niemcy nie strzelali, poprzestając jedynie na rzucaniu granatów zaczepnych. Polacy dobiegli do bramy i sforsowali ją. Za nią stała barykada z worków z piaskiem. Kiedy Powstańcy odrzucili większość z nich, ujrzeli dziedziniec. Dostępu do niego bronili jednak Niemcy, ulokowani w oknach oficyny. Ostrzałem „zamknęli” bramę. Polacy cofnęli się pod mur podpalonej niższej części PASTy.

W tym samym czasie, nad ich głowami leciały kolejne litry mieszanki zapalającej. Sięgnęła ona pierwszego piętra. Po jej podpaleniu, niższa kamienica zaczęła płonąć jak pochodnia. Żołnierze ponowili próbę ataku na bramę wyższego budynku, ale tym razem do niej nie dobiegli. Znów zostali obrzuceni granatami. Dowodzący szturmem plutonowy został ranny. Komendę przejął kapral, który wycofał mogących chodzić kolegów za linię ul. Zielnej.

Objęty ogniem mniejszy budynek wchodzący w skład kompleksu PASTy był dla Niemców stracony. Do por. „Jarząbka” dotarł łącznik, który przekazał rozkaz rtm. „Leliwy”. Pompy skierowano na drugie i trzecie piętro. Ogień musiał się dać Niemcom we znaki, gdyż zaraz na dachu pojawił się żołnierz z pomarańczową flagą na długim maszcie. Oznaczało to jedno-oblężeni wzywali każdy oddział na pomoc. Polacy ostrzelali nieprzyjaciela. Nim jednak padł, nad głowami oblegających pojawił się samolot. Żołnierze zajęli pozycje wyczekujące, obawiając się bombardowania. Pilot jednak poobserwował pole bitwy i odleciał na Okęcie.

Wtedy naszedł rozkaz ponowienia ataku. Porucznik „Jarząbek” rozkazywał oblewać kolejne piętra, a zaczajony w jednej z kamienic przy ul. Próżnej żołnierz z miotaczem ognia podpalał wystrzeliwaną mieszankę ropy i benzyny. Zauważono też, że jednego okna na wysokim parterze nie ufortyfikowano. Ten błąd Niemców wykorzystał por. „Szary”, który posłał w stronę otwartego okna saperów. Ci prędko przystawili drabinę i zaczęli po niej wdzierać się na wysoki parter. Równocześnie od strony ul. Próżnej dokonano kolejnego wyłomu, tym razem poprawnego. Także i tą drogą Powstańcy zaczęli wbiegać do budynku.

Żołnierze byli w holu. Walcząc wśród żelaznych gratów i potrzaskanych mebli wdzierali się do każdego z pomieszczeń po kolei. Kiedy przedarli się do klatki schodowej, wbiegli na pierwsze piętro. Potem po kolei sprawdzali kolejne piętra. Wszędzie znajdowano porzucony sprzęt, ale Niemców nie było. Trzech nieprzyjaciół, chcąc wykorzystać zadymienie, usiłowało uciec przez dziedziniec. Zostali jednak zauważeni. Na wezwanie do rzucenia broni, dwóch z nich zrobiło to, a trzeci zaczął się ostrzeliwać. Powstańcy otworzyli ogień. Wszyscy trzej nieprzyjaciele zostali wyprowadzeni z gmachu i oddani żandarmerii.

Po tym zdarzeniu żołnierze pobiegli na górę. Na siódmej kondygnacji spotkali resztę kolegów. Razem z nimi wbiegli na ósme, ostatnie piętro gmachu, a następnie wyważyli wejście na dach. Zobaczyli tam trzech Niemców, z których jeden kręcił korbką „głuchego” telefonu. Byli cali w bandażach wykonanych ze szmat. Nie chcieli już dłużej walczyć i poddali się bez oporu. Kiedy Powstańcy zdarli flagi (hitlerowską i pomarańczową), z Ogrodu Saskiego ostrzelano dach budynku. Z jeńcami czym prędzej zbiegli na dół.

W tej samej chwili, z bramy PASTy wybiegł niemiecki oficer. Chciał dotrzeć do ul. Marszałkowskiej, a następnie do swoich w Ogrodzie Saskim. Nie wiedział jednak, że na rogu ul. Marszałkowskiej były polskie ubezpieczenia. Polacy zastrzelili uciekiniera. Kolejny nieprzyjaciel również próbował uciec w stronę Ogrodu Saskiego. Polacy zastrzelili go w rejonie skrzyżowania ul. Zielnej i Próżnej. Ośmiu Niemców wybiegło z PASTy i przebiegło przez ul. Próżną. Chcieli zapewne przemknąć podwórzami, ale wszyscy zginęli zastrzeleni Powstańców, którzy zaczaili się na pierwszym piętrze budynku przy ul. Zielnej, między Próżną, a Królewską.

 

Z góry na dół

Gmach był zdobyty, ale po podliczeniu jeńców i ciał zabitych Powstańcy doszli do wniosku, że coś jest nie tak. Dziwnym im się wydało, że kilkunastu ludzi zdołało bronić dwa duże budynki przez dwadzieścia dni. Pozostali więc musieli się gdzieś ukryć. „Leliwa” zwrócił uwagę na piwnicę. Przesłuchiwany jeniec zeznał, że jego koledzy zjechali pod ziemię ogniotrwałą studzienką z kablami.

„Leliwa” wydał kolejny rozkaz. Podporucznik Edward Garło („Kulesza”) miał zebrać oddział ochotników do walki w piwnicach. Oficer długo szukać nie musiał. Ci, którzy jeszcze niedawno walczyli na wyższych kondygnacjach, ochoczo zgłosili się do walki w podziemiach. Wzmocnienie przysłał też dowódca „Koszty”, kpt. „Kmita”. Ten kolejny oddział szturmowy miał wtargnąć przez poczynione przez saperów wyłomy w zamurowanych oknach piwnicznych.

Nim jednak odpalono ładunki, spróbowano rozwiązać sprawę pokojowo. Przed PASTą ustawiono tłumacza z megafonem, który zaproponował zamkniętym w piwnicach pójście do honorowej niewoli. Bez skutku.

Minerzy odpalili ładunki. Grupa szturmowa weszła do piwnicy pod niższym budynkiem PAST. Powstańców czekała walka w długim korytarzu, w którym było wiele drzwi prowadzących do innych pomieszczeń. Co gorsza, byli mniej więcej gdzieś po środku tunelu. Mogli się więc spodziewać ataku z dwóch stron, a odwrót byłby bardzo trudny. Polacy musieli się więc podzielić na dwa zespoły, równolegle przetrząsające przeciwne części korytarza.

Grupa pod dowództwem kpt. „Kmity” była kombinowanym oddziałem wydzielonym przez „Kosztę” i batalion „Kiliński”. Podążyła ona w lewo. Żołnierze sprawdzili przydzielone im pomieszczenia, ale okazały się one puste. Wkrótce na przeszkodzie stanął im ślepy mur. Zawrócili więc i dołączyli do podążającej w prawo grupy żołnierzy batalionu „Kiliński” pod osobistą komendą ppor. „Kuleszy”. Ci mieli więcej szczęścia. Wbiegając do kolejnych pomieszczeń natrafiali na poranionych obrońców PASTy. Nie stawiali oporu.

Nagle nie wiadomo skąd do oddziału dołączyło dwóch chłopców. Zapewne poszukując wrażeń  i broni wbiegli do piwnic. Pech jednak chciał, że na schodach wiodących na parter wyższej PASTy natknęli się na Niemców. Ci nie chcieli się poddać. Ostrzelali oni dwóch chłopaków. Jeden poległ na miejscu. Drugi, ciężko ranny, wycofał się. Pozostali Polacy wezwali przeciwników do poddania się. Ci jednak ani myśleli złożyć broń. Zatraciwszy chyba zdolność racjonalnego myślenia, domagali się przepuszczenia przez polskie linie do Ogrodu Saskiego. Powstańcy zagrozili więc, że ich spalą żywcem. Niemiecki oficer zrozumiał, że stoją na przegranej pozycji i chciał poddać oddział. Jego podwładni jednak dalej chcieli walczyć. Kilku Polaków, którzy (najprawdopodobniej przez  jedno z okien piwnicznych) wydostali się na powierzchnię, zaszło Niemców od tyłu i puścili serię ze Stena. To sprawiło, że Niemcy stracili zapał do walki.

Powstańcy penetrowali piwnice dalej. Po chwili znów zauważyli grupę w jakimś pomieszczeniu. Wezwali grupę do poddania się. Polacy nie chcieli się patyczkować. Otwarcie zapowiedzieli, że w przypadku odmowy otworzą ogień. Nikt nie odpowiadał. Polacy powtórzyli rozkaz. Wtedy usłyszeli wołanie po polsku, żeby nie  strzelać. Wkrótce potem ku Powstańcom wybiegła kobieta. Według jej przepełnionej krzykami relacji, w nieodległym pomieszczeniu siedzieli pracownicy PAST. Rankiem 1 sierpnia przyszli oni do pracy i tam zastały ich walki. Niemcy nie wypuścili ich, ale sprowadzili do piwnic.

Okazało się, że przeciwnik traktował ujętych pracowników jak kartę przetargową. Niemcy godzili się na ich zwolnienie w zamian za honorową niewolę. Powstańcy poszli na układ. Najpierw wyszły 4 kobiety i dziesięciu mężczyzn. Za nimi postępowali ich oprawcy.

 

Ostatni akord

Budynek Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej został zdobyty po 20 dniach oblężenia. Rotmistrz „Leliwa” nakazał „Jarząbkowi” ugasić płonący budynek. Porucznik Janelli wraz z żołnierzami wyciągnął przygotowaną zawczasu pompę i rozpoczął akcję tłumienia płomieni.

Kiedy zostały one w miarę opanowane, do budynku wbiegło dwóch Powstańców z 9. kompanii. Otrzymali bardzo honorowe zadanie wywieszenia flagi na szczycie budynku. Niestety, w pomieszczeniach wciąż kłębił się dym. Ledwo łapiąc oddech, dotarli do trzeciego piętra. Dalej dotrzeć nie mogli i wywiesili flagę w jednym z okien.

Wtedy zapewne zobaczyli koncentrację jeńców na wewnętrznym dziedzińcu PAST. Następnie żandarmi przegnali przed budynek PKO przy ul. Jasnej 1 (sławny skąd inąd Dom pod Orłami). Niektórych wziętych do niewoli wysłano na Marszałkowską 125, gdzie swoją kwaterę miał mjr „Zagończyk”. W kwaterze dowódcy IV Rejonu specjalnie wydzieleni sędziowie i prokuratorzy dokonywali osądu doprowadzonych. Z kolei uwolnionych Polaków wylegitymowano i puszczono wolno.

 

Niemcy, który jeszcze parę godzin wcześniej stanowili zagrożenie dla Powstańców, potulnie wychodzą z podniesionymi rękoma do niewoli.
(fot. Biuletyn Informacyjny: dodatek ilustrowany nr. 1 w zbiorach Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy)

Ogółem doliczono się 115 jeńców (w tym 7 oficerów). Przeciwnik stracił 36 żołnierzy. Ośmiu z nich zginęło podczas próby ucieczki z oblężenia. Pozostałych dwudziestu ośmiu zginęło we wcześniejszych dniach w wyniku wymiany ognia lub wybrało śmierć z własnej ręki. Część z ciał znaleziono w masowym grobie znajdującym się na dziedzińcu PASTy. Nie jest do końca wiadome jakie straty poniósł oddział, który usiłował przebić się do oblężonych 20 sierpnia-zapewne było to od kilku do kilkunastu żołnierzy.

Straty Powstańców były nieco większe. Poległo 27 żołnierzy z batalionu „Kiliński” a 38 było rannych. W Paście zostało też na zawsze 3 żołnierzy z „Koszty”. Rannych było siedmiu ludzi. W piwnicach poległ też jeden chłopak, a drugi został ranny. Ich przydział służbowy (o ile nie byli cywilami) jest trudny do ustalenia. Wielu żołnierzy bowiem dołączyło do szturmu już po jego rozpoczęciu. Ilu ich było-nie wiadomo. Trudno też oszacować straty wśród Powstańców, zajmujących pozycje wokół obleganego budynku. Nie wiadomo na przykład, ilu żołnierzy straciło życie 20 sierpnia podczas odpierania niemieckiej odsieczy z Ogrodu Saskiego.

53 żołnierzy batalionu „Kiliński”, 6 saperów od kpt. „Chevroleta” i 5 żołnierzy z „Koszty” zostało wyróżnionych w Rozkazie Specjalnym, jaki ppłk „Radwan” wydał 22 sierpnia. Dowodzący szturmem „Leliwa” został odznaczony Orderem Virtuti Militari i awansowany na stopień majora. Powstańcy nie oddali zabudowań Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej do końca walk.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bandycka brygada

06 kwi

W mojej książeczce wojskowej była adnotacja „do specjalnego użytku”. To oznaczało, że byliśmy przeznaczani do specjalnych zadań. My, czyli ci, którzy nie mieli rodzin, zostaliśmy wytypowani do zabijania Żydów, kobiet i dzieci. Miało być nam łatwiej zabijać. I do takich zadań mnie wzięli. Tak jeden z żołnierzy podsumowuje swoją służbę w 36. Dywizji grenadierów SS dowodzonej przez Oskara Dirlewangera.

Początki dywizji datuje się już na początek 1940 roku. Wtedy to bowiem do Reichsführera-SS (pol. marszałek) Heinricha Himmlera, zgłosił się SS-Oberführer (brak polskiego odpowiednika, w innych armiach jest to stopień brygadiera) dr Oskar Dirlewanger. Zaproponował on dowódcy SS utworzenie oddziału złożonego z złodziei i kłusowników. Liczył, na ich umiejętności strzeleckie i zdolności do bytowania w terenie. Berlin dał zielone światło i Dirlewanger zjawił się w Oranienburgu. Spośród 80 kandydatów, do służby przyjął 55. Kryminaliści mieli być przydzieleni do służby w jednostkach na froncie jako strzelcy wyborowi. Tak powstał SS-Wilddiebkommando „Oranienburg” (niem. Oddział Kłusowników SS „Oranienburg”). Wkrótce jednak oddział został wzmocniony i przechrzczony na SS Sonderkommando „Dirlewanger” (niem. Oddział Specjalny SS „Dirlewanger”).

Mein Führer, to prawdziwe bydlaki

Wiosną 1941 roku trafił do Łodzi, gdzie jego członków czekała służba wartownicza w getcie i walka z czarnym rynkiem. W praktyce jednak zajmowali się niczym innym jak wymuszeniami, szantażem i defraudacją. Jesienią oddział trafił na Lubelszczyznę. Lublin został złupiony. Skala tego zjawiska zatrwożyła nawet oficera łącznikowego Waffen SS przy kwaterze Adolfa Hitlera, SS-Gruppenführera (pol. generał dywizji) Hermanna Felgeleina. Na jednym z zebrań powiedział o tych kryminalistach: Mein Führer, to prawdziwe bydlaki. Jesienią 1941 roku VI Sąd Policyjny i SS w Krakowie rozpoczął dochodzenie, a Wyższy Dowódca SS i Policji na Generalne Gubernatorstwo, SS-Obergruppenführer (pol. generał) Friedrich Krüger, nakazał, aby przestępcza hołota w ciągu ośmiu dni zniknęła z Generalnego Gubernatorstwa.

SS-Oberführer Oskar Dirlewanger (Bundesarchiv, Bild 183-S73495 / Anton Ahrens / CC-BY-SA 3.0)

Faktycznie, zniknęła, ale Dirlewanger miał jednak dość wysoko postawionego przyjaciela z okresu I wojny światowej,  SS-Obergruppenführera Gottloba Bergera, szefa kadr w Głównym Urzędzie SS. Żaden z esesmanów nie poniósł odpowiedzialności. Zostali za to podporządkowani sztabowi Himmlera (z którym Dirlewanger też się zbratał), a potem przeszli pod rozkazy SS-Gruppenführera Curta von Gottberga, odpowiedzialnego za administrację niemiecką na zajętych terenach Białorusi. Ten przerzucił ją na początku lutego 1942 roku najpierw do Mohylewa, a potem do Łohojska, gdzie działał SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach Zelewski, pełnomocnik Himmlera ds. zwalczania partyzantki.

Tym samym kryminaliści wzięli udział w rozpoczętej w lutym 1942 roku operacji „Bamberg” polegającej na zapewnianiu spokoju na bezpośrednim zapleczu frontu. W praktyce oznaczało to praktyki ludobójcze. Wsie były otaczane, cywile zapędzani do stodół, które następnie podpalano. W czerwcu 1942 roku Dirlewanger raportował przełożonym, że jego oddział nie nawiązał w prawdzie kontaktu z partyzantką, ale spalił wieś Borki i wymordował 2027 ludzi z okolicy.

W tym też miesiącu żołnierze po raz pierwszy założyli mundur SS, który na kołnierzach miał z jednej strony patkę ze stopniem, a z drugiej dwa skrzyżowane karabiny i granat-symbol jednostki. W książeczkach wojskowych wpisywano im „do specjalnego użytku”.

22 marca 1943 roku wieź Chatyń została otoczona przez oddział Dirlewangera. Do pomocy SS-Oberführer otrzymał 118. Batalion Pomocniczy, w którym służyli głównie członkowie UPA i dezerterzy z Armii Czerwonej. Zapędzili oni ludność do stodoły, która podpalili. Do wybiegających strzelano. Dirlewanger ponoć osobiście wyłapywał chowające się dzieci i wrzucał je w ogień. Zginęło 149 osób (w tym 75 dzieci mających mniej niż 16 lat). Udało się uciec tylko trzem dzieciom i jednej osobie dorosłej. Wieś została doszczętnie spalona.

Płonące zabudowania wiejskie na froncie wschodnim
(Bundesarchiv, Bild 146-1991-015-35A / Venne / CC-BY-SA)

Od marca 1942 do początków sierpnia 1943 ofiarą dirlewangerowców padło 807 wiosek. Zabito 15 tysięcy ludzi, których podejrzewano o „bandytyzm”. Partyzantów było tam jednak niewielu, jednakże i z nimi SS Manni się potykali. Dirlewanger osobiście prowadził ludzi do walki. Odniósł kilka ran i wytracił ok. 300 osób. Mimo słabych zdolności dowódczych, niemieckie dowództwo odznaczyło Dirlewangera Krzyżem Niemieckim.

SS-Sonderregiment Dirlewanger

Rok 1943 to okres, kiedy wojska III Rzeszy były w odwrocie, a duże straty spowodowały, że Niemcy zaczęły szukać wszelkich możliwości, aby zwiększyć siłę armii. 10 sierpnia 1943 roku SS Führungshauptamt (niem. Główny Urząd Dowodzenia SS) podniósł Oddział Specjalny SS „Dirlewanger” do rangi pułku. Tak powstał SS-Sonderregiment Dirlewanger (niem. Pułk Specjalny SS „Dirlewanger”). Był jednak pewien problem. Straty poniesione między lutym, a sierpniem 1943 roku mocno nadwątliły możliwości oddziału. 11 września 1943 żyło tylko 411 żołnierzy z 700, jakich poprowadził w lutym 1942 na Białoruś. Oznacza to, że był to raczej niepełny batalion.

Na to także znaleziono sposób. Dirlewanger znów zaczął rajd po obozach koncentracyjnych. Tym razem jednak zwerbował 300 osób określanych jako „aspołeczne” i „zawodowi kryminaliści”. W praktyce oznaczało to morderców, pedofilów, gwałcicieli, złodziei i inne osoby uważane za aspołecznych recydywistów. Granicą było jedynie to, żeby rekruci byli w wieku poborowym (17-40 lat) i nie pełnili żywotnych funkcji w obozach. Cóż, tym razem kamratami SS-Oberführera miały zostać osoby mu podobne. Wszak sam był karany za gwałt na 13-latce.

Co ciekawe, Dirlewanger, nie uznawał nowych rekrutów za wartościowych. Argumentował, że potrzeba 3-4 miesiące nim będą nadawali się do jakiejkolwiek służby. Faktycznie, zwerbowani w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu niemieccy ochotnicy zanim jeszcze wymaszerowali na szkolenie zdemolowali obozową kantynę i splądrowali magazyn. Dlatego też w oddziale panowała surowa dyscyplina. Dzień zaczynał się o 500. Pięć minut później zaczynała się trwająca 25 minut gimnastyka, gimnastyka. Zamiast śniadania wydawano kawę. Następnie zaczynało się trwające do 1230 szkolenie strzeleckie. Obiad trwał do 1400 i po nim następowało szkolenie marszowe. Trwała ono do apelu, zaczynającego się o 1900. Od 1930 do 2000 trwała kolacja, a o 2200 był capstrzyk.  Metody stosowane w oddziale były drakońskie. Co czwartek urządzano pokazowe egzekucje niesubordynowanych. Mniejsze przewinienia podoficerowie penalizowali chłostą (do stu uderzeń) lub zamknięciem w skrzyni nazywanej „trumną”.

Dirlewanger jednak nie miał czasu na szkolenie. W listopadzie jego pułk znów został rzucony do walki z partyzantami i znów poniósł potężne straty. W raporcie z 30 grudnia 1943 roku napisano, że SS Sonderregiment liczył 259 osób. Straty w niektórych kompaniach liczyły 2/3 stanu.

Dirlewanger znów więc musiał zatroszczyć się o posiłki. Tym razem jego uwagę zwrócił Strafvollzugslager der SS und Polizei in Danzig-Matzkau (pol. Obóz Karny SS i Policji w Gdańsku-Maćkowach). Uwięziono tam przestępców pospolitych, dezerterów i defetystów. Praktyką było to, że część kary więźniowie odbywali w obozie, a część w jednostkach frontowych. Sytuacja ta była wymarzoną okazją dla Dirlewangera. 14 marca 1944 roku upomniał się o więźniów z Gdańska. Dowództwo SS wraziło zgodę. Przybyło też 182 niemieckich więźniów z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu oraz 239 z Sachsenhausen.

W sile 1200 ludzi Pułk Specjalny SS „Dirlewanger” wyruszył na front. Armia ZSRR była już jednak w niepohamowanym pędzie. 22 czerwca 1944 roku z terenów obecnej Białorusi wyruszyła potężna ofensywa-operacja „Bagration”. Przyniosła ona Niemcom spore straty. W ciągu 8 dni od rozpoczęcia radzieckiego ataku, Dirlewanger cofnął się wraz ze swoim Pułkiem Specjalnym o ponad 100 kilometrów. W Usdzie (ok.30 km od Stołpec) zameldowało się 17 oficerów, 87 podoficerów 867 żołnierzy innych stopni.

Przy życiu było więc 971 żołnierzy. Zostali oni podzieleni na dwa bataliony. Pierwszym z nich dowodził SS Hauptsturmführer (pol. kapitan) Herbert Maier, a drugim SS-Sturmbannführer  (pol. major) Josef Steinhauer. Oddział dysponował ponadto stacjonującą w Krakowie kompanią rezerwową, którą dowodził SS Untersturmführer (pol. podporucznik) Zimmermann. Wydatnym wzmocnieniem było także podporządkowanie (tylko taktycznie) 800 żołnierzy z 1. Wschodniomuzułmańskiego Pułku SS.

Oddział skierowano na północny wschód, do oddalonej o ok. 160 km Lidy. Później żołnierze przebyli ok. 100 kilometrów i trafili do Grodna. Atak radziecki nie tracił jednak na impecie i 16 lipca Grodno padło. Dirlewanger ze swoimi ludźmi zdołał wycofać się do Olecka, a następnie do Ełku. Dwa tygodnie  potem najdalej wysunięte na zachód wojska radzieckie były już osiem kilometrów od stolicy Polski. 1 sierpnia 1944 roku w Warszawie wybuchło Powstanie…

Na Woli

W Ełku kryminaliści z SS-Sonderregiment „Dirlewanger” wsiedli na podstawione nocą 3 sierpnia ciężarówki. Żołnierze pojechali nimi przez Łuczany, Szczytno i Ciechanów do Modlina. Stamtąd przerzucono ich do Warszawy. Dirlewanger dojechał do stolicy Polski przez Berlin, gdzie samowolnie zatrzymał się na kilka dni. Himmler potraktował to jako dezercję i nakazał mu czym prędzej dołączyć do swoich ludzi.

Około godziny 300 nad ranem 5 sierpnia na lotnisku na Bielanach wyładowało się 276 ludzi z batalionu SS-Hauptsturmführera Maiera. Dzień potem do walczącej Warszawy przybyło 600 osób z drugiego batalionu pod komendą SS-Sturmbannführera Steinhauera. Oddziałowi podporządkowano też kaukaskich kolaborantów z Sonderverband Bergmann (pol. Oddział Specjalny „Bergman”). Dołączyli też pionierzy (saperzy szturmowi) z zadaniem wysadzania przeszkód takich jak drzwi, czy ściany. Do każdego plutonu przedzielano trzech.

Oddział przerzucono na Wolę, jako część Kampfgruppe „Reinefarth” (pol. Grupa Bojowa „Reinefarth”) pod dowództwem SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha. Kryminalistów od razu rzucono do walki z zadaniem odblokowania ważnej dla Niemców ulicy Litzmannstadtstrasse (dziś Wolska). Najpierw posuwali się po osi ul. Wolskiej, by ok. godziny 1100 skręcić w ul. Dworską (dziś Kasprzaka) Dirlewangerowcy odepchnęli Powstańców z batalionu „Chrobry I” i zajęli Gimnazjum Męskie im. J. Sowińskiego przy ul. Młynarskiej 2 (dziś III LO im. J. Sowińskiego przy ul. Rogalińskiej 2) i szpital św. Stanisława (dziś Wojewódzki Szpital Zakaźny przy ul. Wolskiej 37).

Kryminaliści znów wyszli na ul. Wolską, gdzie dostali się pod ogień Powstańców broniących m.in. sławnego pałacyku Michla (nie zachowany do dziś kompleks młynów Michlera, ul. Wolska 40). Około godziny 1500 i ta pozycja została przez Powstańców opuszczona, Niemcy pociągnęli dalej, ku placowi Kercelego (mniej więcej w rejonie dzisiejszego skrzyżowania Alei „Solidarności” z Okopową).

Następnego dnia oddział miał dalej nacierać na wschód, przez ul. Wolską, Chłodną i Elektoralną przez Ogród Saski na plac Adolfa Hitlera (dziś plac Piłsudskiego). Opór Powstańców był jednak zacięty. W ciągu całego dnia, mimo wsparcia artylerii i samolotów, Dirlewanger posunął się do przodu o 400 metrów.

 

Pododdział SS-Sonderregiment „Dirlewanger” podąża ul. Chłodną
(Bundesarchiv, Bild 101I-696-0426-22 / Leher / CC-BY-SA)

Tego dnia zaczęła się Rzeź Woli. Wraz z pozostałymi ludźmi Reinefarta direlwangerowcy wymordowali w dniach 5-7 sierpnia ponad 20000 ludzi. Stosy ciał zalegały na ulicach: Karolkowej, Leszno (kiedyś biegła dłużej, w miejscu dzisiejszej Alei „Solidarności”), Siedmiogrodzkiej, Wolskiej, Chłodnej i Żelaznej. Wielu zabitych leżało także na placyku miedzy Halami Mirowskimi.

8 sierpnia dowódca Pułku Specjalnego SS raportował, że dowodził 120 ludźmi, a podczas pierwszych walk stracił 756. Co ciekawe, były to głównie ofiary samego Dirlewangera i jego najwierniejszych pomagierów. Posuwali się oni za frontem oddziału, najczęściej w pojeździe opancerzonym i strzelali w plecy innym, co do których podejrzewali, że ich wola ataku nie jest zbyt silna. Walczący z polskimi żołnierzami kryminaliści mieli wybór: może przeżyją szturm, ale jeżeli będą zbyt opieszali-zginą na pewno od kul swojego dowódcy.

Następnego dnia w pułku zameldowało się kilkuset kryminalistów (w sumie, do 10 sierpnia przybyło ich 450) z Anklam. Od razu ruszyli oni do walki i zaatakowali po osi ul. Wolskiej i Chłodnej, dochodząc do skrzyżowania z ul. Wronią. Tam czekali na nich żołnierze z batalionu „Chrobry I” pod dowództwem kpt. Gustawa Billewicza („Sosna”). Walki w pożodze nie sprzyjały Powstańcom. Zostali zepchnięci aż na linię ulicy Białej.

SS-Sonderregiment maił otwartą drogę do Ogrodu Saskiego i na plac Bankowy. Wraz z siedzącym w dziale pancernym Jagdpanzer 38(t) „Hetzer” Reinefarthem kryminaliści podjechali do zablokowanego przez Powstańców Pałacu Brühla (wysadzony po Powstaniu, stał przy ul. Wierzbowej). Tam na nich czekał gubernator Warszawy dr Ludwig Fischer.

Pod ostrzałem Powstańców (został ranny) wsiadł on do Hetzera i pognał do swoich. Tymczasem Dirlewanger poprowadził swoich ludzi na zachód. Wychodząc z placu Bankowego przeszli oni na plac Teatralny. Idąc ul. Senatorską doszli do placu Zamkowego. Tam powstrzymali ich żołnierze z batalionów „Gustaw” (wylot ul. Podwale) i „Bończa” (ulice Świętojańska i Piwna).  Powstańcy przeprowadzali kontrnatarcia. Bronili się tak zawzięcie, że dopiero 14 sierpnia udało się dostatecznie zabezpieczyć trasę.

W ciasnych uliczkach Starówki

Upadek Woli i Ochoty spowodował, że napór Niemców skierował się ku Staremu Miastu. Polscy żołnierze kontrolowali Żoliborz, Stare Miasto, Mokotów i Powiśle. Niemcy zaatakowali Starówkę. Można przyjąć, ze natarcie to zaczęło się już w pierwszych dniach sierpnia, kiedy oddziały Reinefartha walczyły w rejonie pl. Teatralnego i Bankowego oraz w Ogrodzie Saskim. Powstańcy jednak odpierali natarcia. Co więcej, dokonywali kontrataków, wyrzucając 12 sierpnia Dirlewangera i jego ludzi z pl. Bankowego. Musiało to trapić SS-Gruppenführera Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, który wydał rozkaz zabezpieczenia arterii. Jednakże można było jej używać tylko nocą, bo za dnia Polacy ostrzeliwali poruszające się wojska.

Von dem Bach jednak od 18 sierpnia porządkował oddziały i szykował je do szturmu na Starówkę. Zakładano, że Grupa Bojowa „Reinefarth” zaatakuje całością sił z trzech kierunków. Główną siłą ataku mieli być atakujący podchorążowie z Poznania, którymi dowodził major Max Reck. Od północy atakował 608. Pułk Ochronny obersta (pol. pułkownik) Willi’ego Schimdta.  Od południa, przez pl. Bankowy i Teatralny-Dirlewanger ze swoimi kryminalistami.  Pułk Specjalny SS miał wraz z Reckiem połączyć wysiłki i przełamać obronę na ul. Bielańskiej. Później ofiarą Niemców miały paść placówki Powstańców wzdłuż ul. Długiej.

Szturm rozpoczął się 19 sierpnia. Niemcy mieli do dyspozycji artylerię i bombardowania lotnicze i zniszczyli m.in. północną pierzeję pl. Teatralnego oraz ul. Bielańskiej. Kryminaliści zdążyli nawet zająć gmach Banku Polskiego. Dowództwo niemieckie uznało to działanie za przynoszące za niewielkie postępy okupione stratami. Pułk Dirlewangera poniósł w tym ataku duże straty, nie tylko z powodu walk. 21 sierpnia Powstańcy odpalili ładunki wybuchowe założone w Banku, powodując zawalenie części murów. W ruinach miało zostać zabitych od 50 do nawet 100 kryminalistów. Na tym etapie, liczebność oddziału jakim dowodził Oskar Dirlewanger oscylowała w granicach ok. 400-500 ludzi. Kompanie miały ok. 1/3 stanów.

24 sierpnia Powstańcy odbili gmach Banku. Tego samego dnia Niemcy wtargnęli na Wybrzeże Gdańskie. Powstańcy, i tak już okrążeni, zostali odcięci od Wisły. Oznaczało to także wycofanie się żołnierzy polskich w głąb Starówki. Dirlewanger pchał swoich ludzi na wszystkie wyloty ulic położonych bezpośrednio przy pl. Zamkowym, aby przebić się po linii ulic Piwnej i Świętojańskiej do Rynku Starego Miasta. Podobne cele miały ataki wyprowadzane od ul. Wybrzeże Gdańskie w kierunku ul. Brzozowej. Równolegle prowadzono ataki na ul. Mostową w kierunku Długiej.

Walki w wąskich uliczkach o kilkumetrowej szerokości okazały się bardzo ciężkimi. Były to starcia pojedynczych drużyn na najbliższym dystansie, podczas której liczyły się granaty, bagnety i pistolety maszynowe. Powstańcy jednak trwali na pozycjach. Według niemieckich meldunków ich opór stawał się coraz bardziej silny. Szczególnie ciężkie walki toczyły się o Katedrę św. Jana na ul. Świętojańskiej i sąsiadujący z nią kościół Matki Boskiej Łaskawej. Oba te zabudowania były bardzo ważne, bowiem były ostatnimi redutami Powstańczymi przed Rynkiem Starego Miasta. Przechodziły z rąk do rąk, aż wreszcie nad ranem 28 sierpnia Niemcy zajęli zrujnowane zabudowania.  Droga na rynek Starówki była otwarta, ale nie polepszyło to sytuacji. Powstańcy wciąż trzymali kamienice wokół placu.

Nocą z 30 na 31 sierpnia Dirlewanger przeciwdziałał polskiej akcji zaczepnej mającej umożliwić przebicie korytarza do Śródmieścia. Niemcy nie dopuścili do ewakuacji Starówki. Nie oznacza to wszakże, że wyczerpani Powstańcy zachowywali się biernie. Wciąż kontratakowali, by osłonić włazy do kanałów na pl. Krasińskich, którymi przeprowadzano ewakuację. Dopiero 1 września dirlewangerowcy weszli na Rynek Starego Miasta. Powstańców jeż jednak tam nie było. Opuścili Starówkę kanałami.

Pozostali jedynie ranni i personel medyczny. Tych mordowano bez litości. Także i tu żołnierze Dirlewangera zapisali swoją niechlubna kartę. Cywili wymordowano w Ogrodzie Saskim. Wielu rannych dobito w szpitalach polowych „Pod krzywą latarnią” (ul. Podwale 27) oraz dwa przy ul. Długiej (nr. 1 i nr. 7). W jednym z nich dirlewangerowcy zamordowali pacjentów strzałami z broni palnej i kolbami. Ich ofiarą podali nawet ranni Niemcy, którzy leżeli obok Polaków. Po masakrze atakujący zaczęli gwałcić sanitariuszki. Po tej zbrodni kobiety i mogących chodzić rannych zagnano na pl. Zamkowy. Wielu  z nich zamordowano.

Na Powiślu

Zdobycie Starówki nieco polepszyło sytuację Niemców w rejonie Warszawy, gdyż zmniejszeniu ulegał dostęp Powstańców do Wisły. Wciąż jednak była ona zła. Spodziewano się desantu na Powiśle i Czerniaków. Siłą rzeczy ten rejon miasta stał się kolejnym celem tłumiących Powstanie Niemców. SS-Sonderregiment „Dirlewanger” stacjonował w Śródmieściu. Był jednak zbyt przetrzebiony-żyło tylko 260 osób. Dlatego więc nim wysłano go nad Wisłę, wzmocniono go kolejnymi 1140 kryminalistami, doprowadzając do stanu 1400 ludzi.  Oddział Dirlewangera miał nacierać od północy, ulicami Browarną i Dobrą. 608. Pułk Ochronny miał wyruszyć od strony zabudowań Uniwersytetu Warszawskiego. Celem tego założenia było opanowanie brzegu Wisły aż po most Poniatowskiego (niemiecka nazwa: Neue Brücke).

Przez cały dzień 3 września Niemcy bombardowali Powiśle. Następnego dnia ruszyło natarcie. Mimo to, posuwający się po osi ulic Dobrej i Browarnej oddział Dirlewangera nie zdołał przełamać obrony Zgrupowania „Krybar” pod dowództwem kpt. Cypriana Odorkiewicza („Krybar”). Jedno z wspomagających atak dział pancernych zostało uszkodzone pociskiem z powstańczego PIATa. Kryminaliści zyskali tylko kilkaset metrów terenu, dochodząc do ul. Gęstej. Schmidtowi poszło równie źle. Jego sukcesy ograniczyły się do zajęcia kilku budynków.

Powstańcy wciąż bronili się na linii ulic Oboźnej (podczas okupacji Stromstrasse) i Leszczyńskiej. Od wschodu ograniczał ich brzeg Wisły. Na południu był obsadzony przez Niemców wiadukt i most linii średnicowej (niem. Eisenbahnbrücke-most kolei żelaznej). Utrzymywali łączność ze Śródmieściem poprzez Krakowskie Przedmieście.

5 września atakujący powtórzyli manewr. Tym razem z lepszym skutkiem. Dirlewanger pognał swoich ludzi wzdłuż brzegu rzeki i zdobył Elektrownię Powiśle (kompleks zabudowań między ulicami Wybrzeże Kościuszkowskie, Zajęcza, Dobra i Leszczyńska), zatrzymując się dopiero po osiągnięciu ul. Tamka. Także Schmidt ze swoim 608. pułkiem osiągnął znaczny sukces. Przekroczył ul. Oboźną i, zająwszy Teatr Polski przy ul. Karasia, również dotarł do ul. Tamka.

Powstańcy kontrolowali już tylko skrawek terenu wyznaczonego jezdniami ulic Tamka, Kopernika, Ordynackiej i Nowym Światem. Dalej ich pozycje ograniczał wiadukt linii średnicowej i brzeg Wisły. Był to więc bardzo mały skrawek terenu, który Niemcy nieustannie bombardowali (najcięższe bomby ważyły po 1000 kg). 6 września Dirlewager i Schmidt znów posłali swoich ludzi do walki.  Powstańcy nie mieli już dość sił, by odeprzeć ten atak.  Ścigani przez nieprzyjaciela cofnęli się do ul. Foksal (niem. Foksalstrasse). Tą drogą wycofali się do Śródmieścia, zajmując pozycje na linii Nowego Światu. Tak zakończyły się walki na Powiślu.

 

W Śródmieściu i na Czerniakowie

Część 608. Pułku Ochronnego została na Powiślu, natomiast część wraz z oddziałem Dirlewangera została przerzucona na zachód, w rejon pl. Powstańców Warszawy (niem. Postplatz-pl. Pocztowy). Niemcy atakowali dwoma zgrupowaniami po osi ulic Świętokrzyskiej (niem. Kreutzstrasse-Krzyżowa) i Wareckiej. Mając wsparcie moździerzy i samolotów, zdobyli dwa domy na ul. Wareckiej (niem. Poststrasse-Pocztowa). Na ul. Świętokrzyskiej podeszli pod budynek Prudentialu (dziś Hotel Warszawa). Ściemniało się i walki straciły na sile. Powstańcom udało się wyhamować przeciwnika, ale groźba straty placu była bardzo realna.

Wraz z nastaniem dnia 8 sierpnia, Niemcy zaatakowali ponownie. Ich atak rozciągnął się od ul. Świętokrzyskiej, aż po Aleje Jerozolimskie. Walki znów okazały się bardzo zażarte, ale Niemcy na krótko podeszli w rejon skrzyżowania ul. Świętokrzyskiej z Mazowiecką (niem. Blumenstrasse,-Kwiatowa) nim stamtąd wyrzuciło ich polskie kontrnatarcie. Na ul. Chmielnej (niem. Hopfenstrasse) połamali sobie zęby o barykadę ustawioną zaraz przy wylocie w Nowy Świat. Dużo więcej sukcesów odnieśli za to w rejonie Alej Jerozolimskich, dochodząc do Dworca Głównego (nie istnieje, stał w rejonie dzisiejszego Dworca Śródmieście).

 

Oddział Dirlewangera podczas walk w Śródmieściu.
(Bundesarchiv, Bild 183-97906 / CC-BY-SA)

 

Był to jeden z ostatnich dni Pułku Specjalnego SS w Śródmieściu. Meldunki niemieckie wyrażały ogromne zaniepokojenie podchodzącymi pod Warszawę wojskami radziecko-polskimi. Dowództwo 9 Armii niemieckiej liczyło się z możliwością, że linia frontu nie będzie możliwa do utrzymania. 12 września sytuację w rejonie stolicy oceniano jako bardzo niebezpieczną. Uważano, że na dniach Armia Czerwona i 1 Armia WP zajmie Pragę i dokona desantu na prawy brzeg. Dlatego też podjęto się zadania likwidacji powstańczych struktur na Czerniakowie. Tam mieli na kryminalistów czekać żołnierze ze Starówki-Zgrupowanie „Radosław” dowodzone przez ppłk Jana Mazurkiewicza („Radosław”). „Radosławowi” podporządkowano Zgrupowanie „Kryska” pod dowództwem kpt. Zygmunta Netzera („Kryska”)

Pierwsze oddziały Kampfgruppe „Reinefarth” zaczęto przerzucać już 12 września. Byli to m.in. Azerowie i Pułk Specjalny SS „Dirlewanger” (w tym czasie liczył 33 oficerów i 1221 podoficerów i żołnierzy), a także 2 kompanie czołgów i oddział dział pancernych. Siły te od razu przeszły do działania, atakując ul. Rozbrat (niem. Schillerstasse-Schillera) i Łazienkowską (niem. Am Sportpltaz-przy boisku). Czerniaków został odcięty od reszty dzielnic pod kontrolą Powstańców.

Pierwsze poważniejsze natarcia zaczęto prowadzić jednak dopiero 13 września, kiedy przybyło więcej sił. Dirlewangera działał w rejonie zbiegu ul. Książęcej (niem. Fürstenstrasse) i Czerniakowskiej (niem. Haffenstrasse-Portowa), gdzie znajdował się gmach Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (dziś Szpital im. prof. Witolda Orłowskiego przy ul. Czerniakowskiej 231). Budynek został uszkodzony w wyniku ostrzału dział szturmowych, likwidowały punkty oporu Powstańców. Broniący go żołnierze z batalionu „Zośka” wycofali się.

Sytuacja Polaków wciąż jednak była zła. Walczący o ul. Ludną i Solec Powstańcy z „Parasola”, którymi wtedy dowodził ppor. Jerzy Zapadko („Mirski”), nie byli wstanie powstrzymać ataku Niemców. 15 września pozycje broniącego dzielnicy Zgrupowania „Radosław” zasadniczo zamykały się w ulicach Zagórną (niem. Niederschelsische-Dolnośląska), Czerniakowską, Okrąg i Ludną. Najdalej wysunięte na północ pozycje Powstańców były w rejonie skrzyżowania ul. Okrąg i Ludnej (niem. Wasserstrasse-Wodna)-w gmachu PKO (dziś jest tam biblioteka i komisariat Policji). Polacy obsadzili też znajdujące się obok dwa domki. Jeden z nich nazywano białym (od koloru elewacji), a drugi czerwonym (ze względu na kolor cegieł).

Dirlewanger atakował od północy, po osi ul. Solec w kierunku Wilanowskiej. Powstańcy stracili kilka kamienic oraz kościół Świętej Trójcy przy ul. Solec. Na ul. Wilanowskiej kryminaliści uwikłali się w ciężkie walki dom po domu, piętro po piętrze. Walczono nawet o poszczególne pokoje.

Zaatakowali też po osi ul. Okrąg. Wyszli na tyły Powstańców i zajęli domki biały i czerwony. „Mirski” otrzymał rozkaz odbicia tych zabudowań. 16 września wyznaczył 20 najbardziej sprawnych fizycznie ludzi i o 1730 rozpoczął szturm, jednocześnie rozkazując innym ostrzeliwać opanowany przez dirlewangerowców budynek. Pięć minut po rozpoczęciu ostrzału „Mirski” poprowadził atak. Kryminaliści łatwo oddali oba budynki.

Podporucznik „Mirski”, będzie po latach wspominał ten przeprowadzony kontratak jako ostatnie działanie zaczepnym na Czerniakowie. 17 września pozycje Powstańcze znalazły się pod ciężkim ogniem ze wszystkich stron. Nie mogąc sprostać naporowi przeciwnika, musieli opuszczać kolejne pozycje, m.in. gmach PKO. Nocą z 19 na 20 września ppłk „Radosław” z żołnierzami opuścili oblężoną dzielnicę.

Dirlewanger atakował wzdłuż ul. Wilanowskiej, zdobywając 20 wrzenia kolejne domy. 20 września zdobył kamienice pod numerami 10, 12 i 14. Rano następnego dnia Powstańcy stracili dom przy Wilanowskiej 5. Dalej wydarzenia potoczyły się szybko. Pozostające w rękach Powstańców dwa domy przy ul. Solec 51 i 53 padły. 22 września kryminaliści wzięli udział w zdobywaniu ostatniego bastionu Polaków-ul. Wilanowskiej 1. Po 24 godzinach boju, ostatnia grupa Polaków poddała się. 23 września Czerniaków skapitulował.

Zaraz po poddaniu tej ostatniej placówki członkowie Pułku Specjalnego zamordowali ks. Józefa Stanka („Rudy”). Ten kapelan czerniakowskich oddziałów powstańczych został powieszony na własnej stule. Dziś na Czerniakowie jest plac jego imienia. 60 Polaków i Polek zamordowano w szpitalu na ul. Solec 41.  Wielu rannych i sanitariuszek kryminaliści zabili w innych szpitalach na ul. Czerniakowskiej 199 i Solec 53. Inne ciała odnaleziono w magazynach społem, które kiedyś znajdowały się na rogu ul. Wilanowskiej i Czerniakowskiej (dziś jest tam skwer im. Mirosława Iringha).

 

Przeciwko ppłk „Żywicielowi”

Kiedy upadł Czerniaków, kolejnym celem Niemców stał się Mokotów. Skierowano tam 19. Dywizję Pancerną i część 1. Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Gőring. Planowano również do walki posłać zgrupowanie Dirlewangera, ale kryminaliści nie walczyli przeciwko Powstańcom z „Baszty”. Najprawdopodobniej straty były zbyt wielkie. SS-Oberführer w dniu upadku Czerniakowa dowodził jedynie 297 ludźmi. Stracił więc 957 ludzi!

Po koniecznych uzupełnieniach (1500 ludzi), oddział przerzucono na Żoliborz. Dzielnica ta dotychczas nie była atakowana znaczniejszymi siłami. Obwód II Okręgu Warszawa AK (Żoliborz, Marymont i Bielany) pod dowództwem ppłk Mieczysława Niedzielskiego („Żoliborz”) nie angażował większej uwagi nieprzyjaciela, który jak dotąd skupiał się raczej, na centrum i południu Warszawy. Na Żoliborzu prowadził jedynie działania przeciwko ruchom Powstańców.

Zmieniło się to 28 września, kiedy na Żoliborz położono ogień artylerii nękającej, a o 1700 wystartowały Stukasy, które dokonały bombardowań. Następnego dnia Pułk Specjalny SS, wraz ze swoimi starymi znajomymi pod komendą majora Maxa Recka, wyruszył do natarcia z linii al. Wojska Polskiego (niem. Sportallee-Sportowa). Wśród wybuchających pocisków artylerii wrodzy żołnierze zdołali się włamać głęboko w polskie pozycje. Szczególnie ciężkie walki ciągnęły się o tzw. Twierdzę Zmartwychwstanek (ul. Krasińskiego 31). Mimo opuszczenia budynku przez Powstańców, dowództwo niemieckie nie pozwoliło obsadzić tego zabudowania brygadzie Dirlewangera. Obawiano się bowiem, że Powstańcy zaminowali gmach.

Powstańcy trzymali rejon opierający się o brzeg Wisły i zamykający się w linii ulic: Potockiej, Mickiewicza (niem. Inwalidenalee-Aleja Inwalidów) oraz Krasińskiego (niem. Weischsel strasse–Wiślana) od pl. Wilsona (niem. Danziger Platz-plac Gdański) po mniej więcej ul. Dziennikarską. Niemcy Mogli też prowadzić skuteczny ostrzał z rejonu Cytadeli i ogródków działkowych.

Następnego dnia Niemcy zaatakowali ponownie. Mimo twardego oporu Powstańców, zdołali znów osiągnąć pewne korzyści terenowe. Goniący resztkami sił Polacy panowali już tylko nad niewielkim skrawkiem terenu w północnej części dzielnicy. Podpułkownik Niedzielski myślał o ewakuacji za Wisłę. Udało się nawet połączyć radiowo z obsadzającą drugi  brzeg Wisły 1. Armii WP i uzgodnić plan ewakuacji. Polacy za Wisłą położyli ogień, ale ostatecznie do przebicia nie doszło. Po prostu Powstańcy nie mieli dość sił by zdobyć i utrzymać przyczółek desantowy.

30 września o godz. 1830 Żoliborz skapitulował. Tego dnia odznaczono Dirlewangera Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego za jego działalność podczas walk w Warszawie. Otrzymał też złotą odznakę za rany. Aby dostać te odznaczenie trzeba otrzymać minimum pięć ran w bezpośredniej walce lub podczas bombardowania. Dirlewanger miał 11. 2 października 1944.r podpisano akt kapitulacji Powstania.

Brygada szturmowa

Kiedy walki w Warszawie zakończyły się, dowództwo niemieckie rozwiązało korpus von dem Bacha. Jego jednostki były tak przetrzebione, ze stanowiły niedużą wartość bojową i wymagały uzupełnień. 5 października 1944 r. żyło  686 osób z SS_Sonderregiment Dirlewanger. Oznacza to, że w ciągu tylko kilku dni walk SS-Oberführer stracił prawie 1200 ludzi!. Ogólnie rzecz biorąc, szacuje się, że w Warszawie pozostawił na zawsze ponad 3000 podkomendnych.

Pułk Specjalny SS miał zostać przebazowany w rejon Przytyk, Przysuchy i Wolanowa. Tam miał otrzymać wzmocnienia i wraz z 532. dowództwem tyłów miał działać przeciwko partyzantce w rejonie Przysucha-Opoczno. Te plany szybko się zmieniły. Już 7 października 1944 Dirlewanger otrzymał kolejne wzmocnienia-do połowy tego miesiąca zameldowało się 600 zdegradowanych żołnierzy SS i Wehrmachtu winnych przestępstw pospolitych. Stanowili oni wraz z 200 weteranami z okresu oddziału Kłusowników SS „Oranienburg” kadrę oficerską i podoficerską. Kolejnych 2000 skazańców miało za sobą służbę w wojskach w innych typach wojsk lądowych i Luftwaffe. Do 18 października przybyło w sumie 1910 więźniów z niemieckich obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Dachau, Buchenwaldzie, Mauthausen, Neuengamme, Flossenburgu, Groß-Rosen, Ravensbrück, Sachsenhausen i Stutthof. Były to osoby prześladowane za poglądy lewicowe. Dirlewanger zbierał ponadto maruderów z dywizji Wehrmachtu, które zostały rozbite przez Armię Czerwoną. Do oddziału dołączyły dwie baterie artylerii.

Ze względu na doświadczenia w zwalczaniu ruchu oporu, Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych (niem. Oberkommando des Heeres) postanowiło wysłać oddział do walki na Słowację, gdzie wybuchło powstanie. Rozpoczęło się 29 sierpnia 1944, kiedy wojska niemieckie wkroczyły na dotychczas rządzoną przez ks. Jozefa Tiso Słowację, likwidując jej iluzoryczną niezależność. Sygnałem do rozpoczęcia walk były przekazane drogą radiową słowa podpułkownika Jana Goliana: zaczynajcie wypędzanie. Ogółem usłyszało je 18 tys. konspiratorów i 46 tys. żołnierzy armii słowackiej, którzy odmówili podporządkowaniu się rozmazom Berlina. Przeciwko sobie mieli ok. 50 tys. żołnierzy pod dowództwem gen. Hermanna Juliusa Höfle. Zadanie, jakie stanęło przed Niemcami, było niełatwe.

Przyszło im walczyć na terenie o powierzchni ok. około 20 tys. km2 pośród gór i dolin. Co więcej, mimo iż Armia Czerwona znajdowała się w defensywie, była skora udzielić na teren objęty powstaniem złożone z Czechów i Słowaków radzieckie jednostki powietrznodesantowe oraz zaopatrzenie. Tą drogą dotarł także gen. dyw. Rudolf Viest, który zastąpił Goliana na stanowisku głównodowodzącego.

 

Oddział słowackich powstańców. (fot. Pavel Pelech, Wikimedia Commons)

18 października 1944 roku pierwsi dirlewangerowcy wyładowali się na stacji kolejowej Rožmberk nad Vltavou. Dwa dni później, gen. Höfle wysłał jeden z batalionów, aby zajął małą miejscowość Biały Potok. Walki trwały cztery godziny. Mimo wsparcia Sztukasów, oddział Dirlewangera nic nie osiągnął. Nieco bardziej poszczęściło się atakującym z miejscowości Svaty Antol w kierunku Krupiny esesmanom z Grupy Bojowej SS „Schill”. 18. Dywizja Pancerna SS „Horst Wessel” atakowała z rejonu płd-wsch. Słowacji, a dywizja pancerna „Tatra” nacierała od zachodu.

Pięć dni później jeden batalion z Pułku Specjalnego SS starł się z partyzantami pod Niecpałą. Drugi natomiast toczył walki Brygadą Partyzancką „Stalin”. W tym czasie padło Brezno i Zwoleń, a wojska powstających przeciwko Niemcom Słowaków wdarło się widmo klęski. Faktycznie, 27 października 1944 r. dowodzący powstaniem na Słowacji gen. Viest nakazał zaprzestać walk i przejść do konspiracji.

Następnego dnia, mimo dramatycznego oporu ostatnich oddziałów słowackich, odbyła się w Bańskiej Bystrzycy parada oddziałów pacyfikacyjnych. Pułku Specjalnego SS jednak tam nie było. Posuwał się on na południe, do Divak, gdzie miał otrzymać uzupełnienia. Oskar Dirlewanger miał pod swoją komendą miał liczącą 4710 ludzi 2. SS-Sturmbrigade „Dirlewanger” (niem. 2. Brygada Szturmowa SS „Direlwanger”). Oddział składał się z dwóch pułków. 72. Pułkiem grenadierów (niem. 72. Waffen-Grenadier Regiment) dowodził SS-Obersturmbannführer (pol. podpułkownik) Erich Buchmann. Drugim, 73. pułkiem grenadierów (niem. 73. Waffen-Grenadier Regiment) dowodził SS-Sturmbannführer (pol. major) Ewald Ehlers. Każdy z tych dwóch pododdziałów miał składać się z z trzech batalionów, ale w efekcie strat ich liczbę zmniejszono do dwóch.

Formowanie oddziału zakończono w połowie listopada i przerzucono do w rejon Terencin-Jastrabie, gdzie miał walczyć z partyzantami. 28 listopada 1944 pododdziały brygady zaatakowały oddział Słowaków w Daskovej Dolinie. W dniach 6-9 grudnia oddział wybił do nogi działający na terenie gór Tríbeč oddział partyzantów.

Podczas przeczesywania terenów żołnierze nie raz okazywali się niesubordynowanymi. Lokalni funkcjonariusze SD raportowali, że pacyfikacja wsi, czy miasta polegała na nieustannym plądrowaniu i gwałtach. Aby zażegnać tę sytuację, dowództwo SS wraz z wraz z uzupełnieniami przysłało SS-Hauptsturmführera (pol. kapitan) Wille. Zapamiętał, że żołnierze z oddziału nie znali dyscypliny. Wszelkie oficjalne protesty dowódca jednostki ostentacyjnie wyrzucał do śmieci. Kiedy Wille złożył w sądzie SS i Policji w Preßburgu (dziś Bratysława) doniesienie na temat swoich doświadczeń w Brygadzie, został przeniesiony do innej jednostki. Formalnie był to kolejny frontowy przydział. W praktyce jednak była to kara za zbyt głębokie „węszenie”.

Nie było to dziwne, wszelkim dochodzeniom „ukręcano łeb”, bo Dirlewangera wspierał stary znajomy SS-Obergruppenführer Gottlob Berger, ten sam, który ochronił kryminalistów przed odpowiedzialnością jesienią 1941 roku. Ponadto, Dirlewanger był na tyle bezczelny, że pomijał drogę służbową (wciąż podlegał pod gen. Höfle) i wszelkie sprawy załatwiał bezpośrednio z Heinrichem Himmlerem. Były to więc bardzo mocne „plecy”.

 

Oblany egzamin frontowy

Jeszcze 30 października 1944 roku 6. Armia Pancerna Gwardii i 7. Armia Gwardii przebiły się przez niemieckie linie na Cisie i Dunaju. Na razie sytuację powstrzymywała węgierska 2. Dywizja Pancerna i oddziały 6. Armii Niemieckiej. Armia Czerwona podeszła jednak pod Budapeszt, a to już zaniepokoiło niemieckie dowództwo. Grupa Armii „Południe” pod dowództwem generalobersta (pol. generał) Johannesa Frießnera potrzebowała posiłków.

Tak oto, 9 grudnia 1944 roku Hitler przesunął na Węgry Brygadę Szturmową SS „Dirlewanger”. Przez Nitrę i Morawicę, dotarli nad granicę z Węgrami. Sztab ulokował się w miejscowości Palast, natomiast jednostki bojowe miały 12 grudnia 1944 nieodległe pozycje przy granicy ze Słowacją, obsadzając na północy Ipolyság (dziś słowackie miasteczko Šahy)-Hont-Bernecebaráti-Kenece. Pozycje te żołnierze dostali „w spadku” po II batalionie 26 pułku 24 Dywizji Pancernej. W wyniku błędów popełnionych przez sztabowców, pozycje te zajęli czerwonoarmiści. Gros sił Dirlewangera stacjonowało bowiem za wyznaczoną linią obrony. Kiedy uderzyły wojska sowieckie, natknęły się jedynie na wedety. Te nie mogły oprzeć się atakowi.

14 grudnia wychodzący ze wcześniej zdobytych pozycji czerwonoarmiści zaatakowali ponownie. Tym razem „nacięli się” na dwa bataliony z Brygady, których żołnierze rekrutowali się spośród byłych żołnierzy piechoty. Wykorzystując swoje doświadczenia, umiejętnie zorganizowali obronę, ale wieczorem 15 grudnia w panice uciekli. Mimo zawrócenia przez inne niemieckie jednostki, nie zdołali stawić czoła nacierającym oddziałom armii czerwonej.

Nie lepiej poszło na innym odcinku obrony, gdyż broniący go… gremialnie zdezerterowali do Rosjan. Zaczęło się od pojedynczych żołnierzy. Potem inni zaczęli gramolić się z okopów. Z początku było słychać pojedyncze strzały. Potem przerodziły się one w regularną strzelaninę, a na przedpolu leżało wiele martwych dezerterów. Ci, którzy dobiegli do radzieckich linii, jeżeli przeżyli pierwsze spotkanie, trafiali do obozów przejściowych. Potem pakowano ich do pierwszych transportów kierujących się na Syberię. Zdarzały się tez przypadki rozstrzeliwań na miejscu. Kilka dni później, podoficerowie, którym podlegali dezerterzy zostali osobiście rozstrzelani przez Dirlewangera na oczach całego oddziału.

Zresztą sam Dirlewanger był nie lepszy. Kiedy rankiem 15 grudnia (a więc w okresie kryzysu obrony) Frießner był w sztabie Dirlewangera i widział jak ten nieustannie przerzucał mapy i dokumenty. Generał wziął to za porządkowanie dokumentacji. Kiedy jednak pod wieczór zawitał do Palast ponownie, sztabu tam nie było. Dirlewanger się zmył.

Pozycje zostały stracone. Mimo kontrataków, które kosztowały życie wielu żołnierzy, nie udało się odrobić strat. 18 grudnia SS-Sturmbrigade „Dirlewanger” została wycofana w rejon Bańskiej Bystrzycy (niem. Schemnitz) i podporządkowana 18. Dywizji Pancernej „Horst Wessel”. Jeden z batalionów znów wysłano do służby frontowej. 28 grudnia nadeszła wieść o kolejnej kompromitacji-tym razem cały batalion zdezerterował. Zresztą ci, którzy pozostali na tyłach również zachowywali się nie lepiej. Do dowództwa znów zaczęły spływać skargi na kryminalistów, którzy wrócili do swoich praktyk z Lubelszczyzny. Miasteczka i wsie były nieustannie łupione, a kobiety gwałcone.

Wszystko to sprawiło, że dowództwo niemieckie rozesłało do wszystkich jednostek w okolicy, żeby przesunąć ją w okolice miejscowości Nemce, ok. 10 km. na północny-wschód od Bańskiej Bystrzycy. Odtąd użycie bojowe brygady wymagało specjalnego pozwolenia.

Obrona Rzeszy

12 stycznia 1945 roku rozpoczęła się operacja wiślańsko-odrzańska. Dwa miliony żołnierzy radzieckich zaatakowało 400 tys. Niemców na całej długości frontu. Mocno przetrzebione oddziały niemieckie nie mogły się temu kontratakowi przeciwstawić. Dlatego utworzono Grupę Armii „Wisła” pod osobistym dowództwem Reichsführera-SS Heinricha Himmlera. która uratować sytuację na froncie. Armia miała wykonać niewykonalne zadanie-powstrzymać Rosjan. Główną linią obrony była Rzeka Odra i Bóbr. Brygada została podporządkowana jednej z dywizji XXXX. Korpusu Pancernego pod dowództwem generalobersta Gottharda Heinriciego.

12 lutego oddział Dirlewangera został przerzucony w rejon Gubina (niem. Guben). Tam 14 lutego 1945 roku kancelarię brygady dogonił rozkaz Adolfa Hitlera o utworzeniu 36. Dywizji Grenadierów SS “Dirlewanger”. (niem. 36. Waffen-Grenadier-Division der SS “Dirlewanger”). Dowódcy dywizji podporządkowano 1244. pułk grenadierów, 681. batalionu pancernego „Stahnsdorf” (z 28 działami pancernymi Sturmgeschütz), 681. ciężki dywizjon przeciwpancerny ze Sprembergu (dwie kompanie przeciwpancerne po 9 dział każda i oddział piechoty zmotoryzowanej), 687. Brygadę Pionierów z Rathenow. Przysłano także podchorążych ze szkoły SS w Braunschweig, którzy wcześniej służyli w 1 Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Göring”. Poruczono im funkcje podoficerskie. Dokonano też zaciągu pośród niemieckich kryminalistów. Nowi poborowi przybywali do jednostki w niewielkich ilościach aż do końca wojny. Inne obiecane oddziały nie przybyły nigdy.

Daje się tu zauważyć, że siły te są niemalże pozbawione artylerii, jeżeli nie liczyć dział z 681. dywizjonu. Można za to zaobserwować oddanie pod komendę Dirlewangera oddziałów grenadierów i sporej liczby dział szturmowych (28 zamiast 14, jak przewiduje regulaminowy etat dywizji grenadierów). To może sugerować, że Dywizja miała trafić bezpośrednio na front do walki z dywizjami pancernymi.

 

Symbol 36. Dywizji
(Wikimedia Commons)

 

Faktycznie, podzielona na trzy zgrupowania bojowe dywizja Dirlewangera musiała ruszać do walki na linii rzeki Lubsza, gdyż Armia Czerwona atakowała od strony Nowej Soli (niem. Neusaltz). Atak ten rozwijał się dość pomyślnie, bo radzieccy żołnierze zaczęli wychodzić na przedmieścia Krosna Odrzańskiego (niem. Crossen).  Swoim zwyczajem, Dirlewanger osobiście poprowadził ludzi do walki. Odparto atak na Nowogród i odbito Lubsko (niem. Sommerfeld). Dywizja poniosła ciężkie straty, zarówno wśród zabitych, rannych i sprzęcie.

Dłuższe trzymanie tej linii obronnej nie było możliwe i dowództwo niemieckie rozkazało przejść na nowe pozycje. Armia Czerwona zaczęła 22 lutego 1945 roku podchodzić pod Gubin. Garnizon miasta stanowiły pododdziały Pułku Szkolnego Grenadierów Pancernych, Dywizji Großdeutschland, 100. Brygady oraz część 36. Dywizji Grenadierów Waffen SS “Dirlewanger”. W piele ciasnych uliczek, obie strony ponosiły znaczne straty. Nadchodząca ze wschodu armia miała jednak tę przewagę, ze mogła udostępnić straty. Niemcy rezerw już nie mieli. Walii były prowadzone ze zmiennym szczęściem przez dwa miesiące. Ostatni żołnierz w Gubinie poddał się dopiero 24 kwietnia.

Koniec wojny

Dywizja nie doczekała kapitulacji Gubina. 17 marca został zluzowana przez oddziały 35. Dywizji Grenadierów Policji SS. Nie oznacza to jednak, żeby sytuacja dywizji była dobra. Zdziesiątkowane oddziały były jedynie szczątkami i tak nie pełnych batalionów i pułków. SS-Oberführer dr Oskar Dirlewanger stracił 15 marca 1945 roku dowodzenie. Otrzymawszy 12 z kolei ranę, trafił do szpitala. Jego miejsce zajął SS- Brigadeführer (niem. generał brygady) Hans Schmedes.

Tymczasem w połowie kwietnia 1945 roku wojska radziecko-polskie sforsowały Odrę i rozpoczęły operację berlińską. Zaatakowały też Łużyce, gdzie nad Nysą stacjonowała 36 dywizja. Wraz z pododdziałami 342. Dywizji Piechoty uwikłała się ona w ciężkie walki uliczne w Forst. Do niewoli dostało się ponad 1000 esesmanów spod komendy Schmedesa.

Tymczasem Armia Czerwona postępowała dalej, podchodząc aż pod Chociebuż. 22 kwietnia oddział wycofano na zachód, w stronę Spreewald, do wsi Burg. Niedługo potem i stamtąd trzeba było się wycofać na północny zachód, w kierunku Schlepzig. Do tego brandenburskiego miasta dotarły już niedobitki. Zasadniczo można powiedzieć, że byli to weterani jeszcze z okresu, kiedy oddział „Dirlewanger” był brygadą. Reszta albo poległa, albo dostała się do niewoli. Plagą stały się dezercje, nawet wśród oficerów. Zdarzały się też wypadki linczowania dowódców przez podwładnych. 36. Dywizja Grenadierów Waffen SS stała się jedynie zlepkiem niesubordynowanych kryminalistów.

 

Ci Niemcy idą do niewoli w rejonie rzeki Wied (Nadrenia-Palatynat). Może podobnie wyglądało wyjście do niewoli resztek oddziału Dirlewangera?
(Bundesarchiv, Bild 146-1971-052-27 / U.S. Signal Corps / CC-BY-SA)

 

Co gorsza, atakująca Berlin Armia Czerwona wyprzedziła stacjonujące w tym rejonie oddziały niemieckie, okrążając je. Schmedes wiedział, że musi działać, inaczej niedobitki jego dywizji zostaną wycięte w pień. Nie chodziło już jednak o przeciwdziałanie natarciu Armii Czerwonej, bo od jakiegoś czasu zadanie to było niewykonalne. Celem esesmanów było przeżycie. Szli na zachód, byle tylko dostać się do niewoli amerykańskiej lub brytyjskiej, a nie radzieckiej.

W tym celu 28 kwietnia 1945 roku o godzinie 2100 rozpoczął kontratak na zachód. Droga zaczynała się w rejonie Zossen, a następnie wiodła przez Dobbrikow, Beelitz, Elsholz, Brück, Ziesar i Genthin. 3 maja 1945 roku żołnierze zobaczyli brzeg Łaby (niem. Elbe). Po jej przekroczeniu, w Tangermünde, natknęli się na wysunięte pozycje US Army. Ostatni żołnierze 36. Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger” poddali się.

Pięć dni później, 8 maja 1945 roku, przedstawiciele niemieckiego dowództwa podpisali w Berlinie kapitulację III Rzeszy. Z chwilą zakończenia wojny w Europie zaczęło się polowanie na nazistów. Marszałek ZSRR Gieorgij Żukow ogłosił, że ten kto złapie Dirlewangera dostanie milion rubli.

Złapać morderców

SS-Oberführer dr Oskar Dirlewanger spędził większość urlopu zdrowotnego w Berlinie, bawiąc u swojego starego przyjaciela, Gottloba Bergera. W kwietniu 1945 roku pojechał do alpejskiego w Allgäu. Tam został wzięty do niewoli przez wojska francuskie i przewieziony do więzienia w Altshausen. Począwszy od rana 5 czerwca 1945 roku strażnicy kilka razy wywoływali go z celi. Za trzecim razem wrócił (a w zasadzie wczołgał się) z otwartymi ranami. Nie miał sił, by wymówić choć słowo. Około 1930 został wywleczony po raz czwarty i pobity na śmierć. Tym razem dowódcę morderców wreszcie dosięgła sprawiedliwość, wymierzona najprawdopodobniej przez polskich wartowników (być może nawet byłych żołnierzy Powstania). Francuskie władze okupacyjne nakazały pochować ciało na jednym z okolicznych cmentarzy.

Wyrokowi Temidy umknęli SS-Brigadeführer Hans Schmedes, podobnie jak SS-Obersturmbannführer Erich Buchmann.  SS-Obersturmbannführer Kurt Weisse, będący w jednostce praktycznie od czasu jej powstania i jednocześnie jeden z najbardziej zaufanych ludzi Dirlewangera, został wzięty do niewoli w mundurze żołnierza Wehrmachtu. 5 marca 1946 roku uciekł z obozu jenieckiego i słuch po nim zaginął.

Do odpowiedzialności nie pociągnięto także innych żołnierzy 36. Brygady Grenadierów SS „Dirlewanger”. Ci, którzy przeżyli rosyjską niewolę, wrócili do Niemiec. Mówi się, że dwudziestu z nich słuzyło potem w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego (niem. Ministerium für Staatssicherheit), czyli Stasi.

Inni dirlewangerowcy dali o sobie znać w 1960 roku, kiedy pojawiły się słuchy, że Dirlewanger tak naprawdę uciekł i zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej. Miał z niej zdezerterować, kiedy otrzymał propozycję wstąpienia do armii egipskiej. Byli żołnierze oddziału chcieli jechać do państwa rządzonego przez prezydenta Gamala Abdela Nasera i szukać dowódcy. Sprawę ostatecznie rozwiązano, kiedy w listopadzie 1960 roku rozkopano grób w Althausen. Choć na krzyżu nie widniało żadne nazwisko, zwłoki nosiły ślady po wielu ranach. Z kolei pracownik cmentarza potwierdził, że tu pochowano zbrodniarza. To ostatecznie przesądziło sprawę. Dziś grobu już nie ma, bo został splantowany.

Dopiero w 2008 roku, przedstawiciele Instytutu Pamięci Narodowej złożyli w Ludwigsburgu wniosek o zbadanie sprawy oddziału Dirlewangera i Schmedesa. Polacy posiłkowali się dokumentami, jakie Międzynarodowy Czerwony Krzyż przekazał Muzeum Powstania Warszawskiego. Są to kartoteki z danymi służących w oddziale. Byli to przeważnie esesmani urodzeni najwcześniej w latach dwudziestych (co dawało szansę, że jeszcze żyją) i walczyli w Warszawie. Wystarczyło kilka chwil, by ustalić numery telefonów i adresy, które kilku wypadkach okazały się być wciąż aktualne. Pierwsze próby kontaktu okazały się bardzo trudne. Trzej byli esesmani odmówili odpowiedzi na pytania o swoją służbę. Dwóch zdecydowało się mówić. Zaprzeczyli, jakoby brali udział w walkach w Powstaniu, twierdząc, że do oddziału dołączyli dopiero po zakończeniu. W jednym byli jednak zgodni. „Gandhi”, jak mówili o Dirlewangerze, był osobą odważną i miał posłuch wśród swoich ludzi.

Sprawa ukarania esesmanów z 36. Brygady Grenadierów  SS „Dirlewanger” nie zakończyła się do dziś. Prawdopodobnie nie zakończy się przed śmiercią ostatnich żyjących podwładnych Dirlewangera i Schmedesa. Oznacza to, że najprawdopodobniej żaden z nich nie poniesie odpowiedzialności.

 

Przepraszam Was, Drodzy Czytelnicy, że musieliście długo czekać na kolejny post. Z powodów niezależnych ode mnie nie mogłem pisać bloga. 

Teraz jednak wróciłem! Zapraszam do lektury :)

 

Pozdrawiam, 

RafałB.

Artykuł był polecany przez Onet.pl w dniach 15-16 czerwca 2014 roku. 

 
Komentarze (81)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Powstańcze działo pancerne

05 lut

Powstańcy zdobyli na Niemcach kilka pojazdów. Jednym z nich było działo pancerne Hetzer.

 

1 sierpnia Powstańcy z batalionu AK „Kiliński” zdążyli zająć pozycje w rejonie placu Pocztowego (dziś plac Powstańców Warszawy). Dowodzący nimi rtm. Henryk Roycewicz („Leliwa”) nakazał ostrzeliwać Niemców pojawiających się w oknach Poczty Głównej (wtedy znajdowała się ona przy zbiegu ul. Wareckiej z pl. Powstańców Warszawy). Z jej zdobyciem był niemały problem, gdyż Niemcy ufortyfikowali budynek. Powstańcy dostrzegli gniazda ckm i bunkry.

Zdobycie Hetzera

Pierwszy szturm na pocztę rtm. „Leliwa” nakazał przeprowadzić ok. 2330. Natarcie zostało odparte przez Niemców. Drugi atak nastąpił rankiem 2. Sierpnia około 600. Zbiegło się to z meldunkiem od czujek mających wgląd w ul. Świętokrzyską. Zameldowały one o posuwającym się wzdłuż ul. Świętokrzyskiej niemieckim natarciu. Ulicą szły „żywe tarcze”-kolumna cywili poprzedzająca dwa działa pancerne Jagdpanzer 38(t) Hetzer (niem. Podżegacz). Za nimi postępował oddział nieprzyjacielskiej piechoty. Niemcy przed sobą gnali, w charakterze żywych tarcz, grupę ludzi.

Kiedy tylko rtm. Roycewicz dobiegł w rejon ulicy Świętokrzyskiej nakazał ściągnąć żołnierzy z ulicy i przygotować butelki z benzyną. Równocześnie co bardziej celni żołnierze ostrzelali oddział nieprzyjaciela. Cywile uciekli, Niemcy również pochowali się w bramach i za załomami murów. Po chwili strzelanina ucichła. Ludzie się rozbiegli. Piechota się wycofała, Polacy strzelający do okien Poczty Głównej przerwali szturm, kiedy zobaczyli nadjeżdżające działa pancerne.

Działa bowiem posuwały się w stronę atakowanych obiektów, ostrzeliwując zlokalizowane posterunki powstańcze. Minęły one skrzyżowanie z ul. Mazowiecką i, przejeżdżając tuż przed budynkiem Prudentialu (dziś Hotel Warszawa), rozdzieliły się. Jeden z nich wjechał w ul. Moniuszki, a potem pojechał ul. Jasną, skręcając w Artystów (dziś Henryka Sienkiewicza). Ta ulica poprowadziła go na pl. Pocztowy.

Drugi Hetzer nie skręcił w ul. Moniuszki. Pojechał przez środek pl. Pocztowego i ostrzeliwał pozycje Powstańców. Jechał zapewne w kierunku ul. Szpitalnej, ale kiedy był przy skrzyżowaniu ul. Szpitalnej i Boduena, wzięli go na cel żołnierze z 1. I 2. kompanii batalionu „Kiliński”, obsadzający jeden z narożnych domów. Obok swoje stanowiska miał Oddział Osłonowy Wojskowych Zakładów Wydawniczych. W okolicy byli też oddział kedyw Kolegium „C” (od 5 sierpnia 8. Kompania batalionu „Kiliński”)

Poleciały pierwsze butelki z benzyną. Hetzer stanął, ale jego załoga znów uruchomiła silnik. Strzelając, działo pancerne przejechało jeszcze kawałek drogi, nim silnik odmówił posłuszeństwa. Polacy rzucili na pojazd więcej butelek. Zaraz potem na pancerzu wykwitły płomienie. Załoga w pośpiechu wyskakiwała z czołgu.

Trzech z Niemców zostało zabitych. Pozostał jeszcze czwarty. Prawdopodobnie pobiegł on w stronę ul Artystów (Sienkiewicza) skąd nadjeżdżał drugi Hetzer, który pojechał ul. Pocztową (dziś Warecka) na wschód. Pod jego osłoną umknął Polakom i być może ukrył się w budynku Poczty Głównej? Według innych opisów, wszyscy czterej Niemcy polegli przy opuszczaniu pojazdu.

Hetzer przy skrzyżowaniu ul. Boduena i Szpitalnej.
Na pancerzu siedzi prawdopodobnie rtm. Roycewicz.
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)


Remont

Nie było jednak czasu na zajęcie się pojazdem, bo walki o Pocztę Główną zostały wznowione. Około godziny 1500 Niemcy opuścili gmach. Dopiero wtedy można było zająć się zdobytą maszyną. Rotmistrz Roycewicz wydał rozkaz umocnienia zdobytych pozycji. Spalone działo stało się częścią barykady zasłaniającej skrzyżowanie ul. Boduena i Szpitalnej. Zostało wkomponowane w przegrodę zbudowaną z płyt chodnikowych, szpul z kablami telefonicznymi i kubłami na śmieci.

5. sierpnia w rejon pozycji oddziału przybyli żołnierze z Oddziału Osłonowego Wydziału Propagandy Biura Informacji i Propagandy KG AK. Była to oddział tzw. „Chwatów”. Używając jednej ze zdobytych ciężarówek i autobusu, Polacy przeciągnęli wóz bojowy ul. Pocztową i przez bramę Poczty Głównej, na dziedziniec.

Tam dokładnej obejrzano zdobycz. Według por. Jana Ziółka („Sawa”), z Biura Informacji i Propagandy, uszkodzenia sięgały 70%. Tym niemniej mechanicy zabrali się do pracy. Wydatnym wzmocnieniem ich wysiłków okazał się dobrze wyposażony pocztowy warsztat samochodowy oraz mechanik przybyły z elektrowni na Powiślu (kwartał ulic: Dobra-Zajęcza-Wybrzeże Kościuszkowskie-Leszczyńska). Na przednim pancerzu naprawionego Jagdpanzera został namalowany napis „Chwat”, na cześć żołnierzy, którzy go uruchomili.

„Chwaty” na ul. Mokotowskiej. Postać w płaszczu i furażerce to por. „Sawa”.
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

14 sierpnia „Chwaty”, w tym sierż. Franciszek Jabłoński („Wilk”) zdołali odpalić silnik pojazdu. Zameldowano o tym podczas uroczystego apelu, w którym udział wzięli m.in. dowódca sił powstańczych, płk. Antoni Chruściel („Monter”), szef Biura Informacji i Propagandy , płk Jan Rzepecki („Prezes”), a także oddział „Chwatów”.


Dalsze losy „Chwata”

Powstańcy nigdy nie użyli tego pojazdu bojowo. Musieliby bowiem rozmontować wiele barykad, na co nie zgadzało się dowództwo Obwodu I Śródmieście AK oraz dowódca sił powstańczych. „Chwat” stał zaparkowany w bramie wjazdowej na dziedziniec Poczty Głównej. 4 września został zasypany gruzem, kiedy nieprzyjacielskie samoloty zbombardowały gmach.  Po upadku Powstania nie został przez Niemców wyremontowany.

W 1947 roku Niemcy w niewoli polskiej wyciągnęli powstańczego Hetzera spod ruin. Okazało się, że pod czołgiem spoczywało ciało Powstańca. Być może w chwili ataku dokonywał napraw i nie zdążył uciec przed zawaleniem budynku?

Jagdpanzer 38(t) Hetzer, przez Powstańców nazywany „Chwatem”, został przetransportowany do Muzeum Wojska Polskiego. Stał tam na dziedzińcu aż do 1950 roku, kiedy ówczesne władze nakazały jego zezłomowanie. Zachowało się jedynie jedno z kół.

Jeżeli jesteś, Czytelniku, w Warszawie, w Muzeum Wojska Polskiego możesz zobaczyć innego „Podżegacza”. Inne jest jednak jego malowanie i dzieje. Został on w styczniu 1945 roku przez wysadzony umykających przed wojskami radziecko-polskimi żołnierzy 73. Dywizji piechoty Wehrmachtu. Stąd brak mu znacznej części lewej burty i trakcji. W 1989 roku został odkopany i przekazany do MWP.

 aaaa

Warto przejrzeć:

Polska Kronika Filmowa nr 47/34

Sprawny Hetzer w Wiedniu w 2010 roku. „Chwat” miał podobne malowanie 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Strata czołgów

06 sty

Kiedy 5 sierpnia Powstańcy cieszyli się ze zdobycia Gęsiówki nie wiedzieli jeszcze, że był to ostatni sukces plutonu pancernego na Woli. Do 11 sierpnia oba czołgi zostaną stracone.

Nieprzyjaciel był zdeterminowany, by przebić się na zachód. Powstańcy blokowali bowiem jedną z dwóch arterii transportowych, biegnącą po ulicach Wolska-Chłodna-Elektoralna-Senatorska-Most Kierbedzia. Ponadto, za liniami polskimi, przebywał dowódca niemieckiego garnizonu w Warszawie, generalleutnant (generał dywizji) Reiner Stahel i gubernator dystryktu warszawskiego, Ludwig Fisher.

Pierwsze zakusy poczynili już 5 sierpnia. Wtedy to bowiem szturmowano od południa, z Kercelaka. Niemcy nadciągali też od zachodu, od strony ul. Płockiej. Na razie jednak udało się ich powstrzymywać.

Przeciwnatarcie na cmentarze.

6 sierpnia o godzinie 600 Niemcy pod ogólnym dowództwem SS-Gruppenführera (pol. generał dywizji) Heinza Reinerfartha wyprowadzili kolejne natarcie z linii ul. Wolskiej, które znów zostało zatrzymane. Polskie czołgi stały w tym czasie na ul. Okopowej i ostrzeliwały z dział atakujących.

Około dwie i pół godziny od rozpoczęcia pierwszego szturmu, na polskie pozycje w rejonie cmentarzy spadł grad pocisków moździerzowych i artyleryjskich. Potem Reinerfarth nakazał kolejny atak od strony ul. Płockiej. Tym razem do akcji ruszył batalion 608. pułk ochronny pod dowództwem obersta (pol. pułkownik) Willi’ego Schmidta, Zniósł wysunięte polskie ubezpieczenia na linii  ul. Tyszkiewicza i zaczął podchodzić pod cmentarze kalwiński i ewangelicki. Tu jednak atak zaległ. Około godziny 1300 przeciwnik wezwał wsparcie artyleryjskie na teren cmentarzy. Po jego zakończeniu batalion ruszył do szturmu i ok. 1330 Polacy stracili obie nekropolie.

Nieprzyjaciel miał zakusy na cmentarz żydowski, ale dowodzący Zgrupowaniem swojego imienia ppłk Jan Mazurkiewicz („Radosław”) posłał tam więcej żołnierzy pod dowództwem kpt. Jana Andrzejewskiego („Jan”).

Nakazał też prewencyjnie ostrzelać z czołgów świeżo utracone pozycje, aby zmiękczyć Niemców i zniechęcić ich do ataku na pozostałe pozycje w tym rejonie. Na okoliczne drzewa wspięli się obserwatorzy, który wystrzelili flary, mające wskazać czołgistom cele. Strzały pancerniaków okazały się dosyć celne. Dzieła zniszczenia dopełniły wysłane w rejon cmentarzy bombowce, których załogi wzięły rozbłyski rakiet świetlnych za wyznaczenie celu i zbombardowały swoich pobratymców.

O 1805 Polacy ruszyli do szturmu. Żołnierze kpt. „Jana” zaatakowali od strony cmentarza żydowskiego, a dwa czołgi porucznika „Wacka” uderzyły od strony Okopowej. Niemcy byli taki zaskoczeni, ze ich opor był minimalny. Ratując skórę porzucili na ziemię trzymaną w rękach broń i biegli na zachód. Ponieśli znaczne straty, a Polacy mieli kilku rannych. Po pół godzinie zdobyto cmentarz ewangelicki, a o 1910 obsadzono nekropolię kalwińską. Był to jednak połowiczny sukces.

7 sierpnia wycofał się na północ walczący nieopodal batalion „Chrobry I”. Co gorsza, ataki przeciwnika idące na m.in. po osi ul. Wolskiej w kierunku mostu Kierbedzia (dziś most Śląsko-dąbrowski) odniosły sukcesy. Znając już doskonale pozycje Kedywu, nieprzyjaciel atakował zajadle z zachodu i południa, dążąc tylko do zniszczenia Polaków obsadzających wolską arterię transportową.

Tego dnia czołgi pełniły funkcję mobilnych armat, ostrzeliwujących szturmującego przeciwnika lub wspomagających polskie przeciwnatarcia. Tych było dużo, bo teren cmentarzy (lub nawet ich fragmenty) przechodziły z rąk do rąk.

Co gorsza, pluton musiał borykać się z problemami technicznymi.  W „Magdzie” znów zgasł silnik. Korzystając z tego, że przeciwnik nie ostrzeliwał rejonu czołgów i skupił się na innym obszarze, załoga wyskoczyła z maszyny. Polacy otworzyli ciężką klapę silnika, a kierowca-mechanik czołgu („Ryk”) wraz z żydowską drużyną techniczną zaczął grzebać w uszkodzonych filtrach powietrza.

Wtedy Powstańców odrzuciło, a klapa opadła z głośnym łoskotem. To czołg „WP” podjechał na odległość ok. 2-3 metrówdo „Magdy”, a celowniczy, plut. pchor. Jerzy Michalski („Dąbrowa”) wystrzelił. Choć działo było wycelowane w stronę przeciwnika i pocisk pomknął ku nieprzyjacielowi, to podmuch wystarczył, żeby ściąć Polaków z nóg. Celowniczy „WP” dowiedział się co zrobił dopiero po chwili, kiedy wychylił się z czołgu i usłyszał wyrażane „żołnierskim językiem” uwagi swoich kolegów.

 

 

Jeden z czołgów na ul. Okopowej. W tle widać mur otaczający kirkut
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Filtry udało się naprawić, ale kilkugodzinne operowanie maszyn rozładowało akumulatory. „Magda” i tak już jeżdżąca na połączonych akumulatorach samochodowych, była pozbawiona manewru. Jedynym sprawnym czołgiem był więc „WP”, który nawiasem mówiąc również gonił resztkami energii. Późną nocą 7 sierpnia udało się zaspawać wreszcie dziurę w tylnej części wieży, dopasowując stalową płytę. Z tym też był problem, bo palniki, jakie mieli Powstańcy, słabo cięły grubą blachę.

Dowiedziawszy się o sytuacji podpułkownik „Radosław” wydał rozkaz przygotowania do walki choć jednej maszyny. „Magdę” udało się przetoczyć na skrzyżowanie ul. Okopowej z Mireckiego. Działo czołgu uniemożliwiało potencjalny atak z południa. Obok stał „WP”, który w każdej chwili miał być gotowy wyruszyć na spotkanie z atakującym przeciwnikiem.

Było się czego obawiać. Nieprzyjaciel umocnił swoje pozycje po osi ulic Wolska-Chłodna, dochodząc do Ogrodu Saskiego. Liczono się z atakami od południa. Obawiano się oskrzydlenia, a nawet otoczenia sił polskich na cmentarzach.

Potyczki czołgów

Dzień 8 sierpnia pokazał, że Polacy nie mylili się. Od wczesnych godzin rannych pozycje Polaków zasypywał grad pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Około ósmej rano do ponownie ataku ruszyły pododdziały 608. pułku piechoty z zadaniem okrążenia Polaków. Wychodząc ze swoich pozycji w rejonie ul. Wolskiej Niemcy posuwali się ul. Karolkową, znosząc polska barykadę ryglującą skrzyżowanie z ul. Żytnią.

Pluton pancerny postawiono w stan alarmu. Żołnierze wskoczyli do czołgu „WP”. Dowódcą został por. Eugeniusz Romański („Rawicz”). Za sterami usiadł ppor. Jerzy Misiewicz („Tomek”). Podchorąży Jan Myszkowski-Bagiński („Bajan”) został celowniczym. Amunicyjnym był pchor. Witold Bartnicki („Kadłubek”), a zamkowym kpr. Jan Zenka („Walek”).

Polacy zamknęli klapy, „Kadłubek” odbezpieczył działo, „Tomek” uruchomił silnik i czołg ruszył ul. Okopową. Następnie skręcił w ul. Mireckiego. Tą ulicą dojechał do ul. Karolkowej, którą posuwała się kolumna nieprzyjacielskich wojsk.

Tam „Rawicz” zobaczył czołg. Niemcy również zauważyli powstańczą Panterę. Skupili na niej ogień z broni maszynowej (zapewne chcieli potłuc peryskopy, by „oślepić” załogę), a stronę pancerki obrócił się także nieprzyjacielski czołg. Powstańczą maszyną wstrząsnęło. Otrzymali trafienie, ale wszystko było w porządku. Po chwili nieprzyjacielski pocisk trafił po raz kolejny.  „Rawicz” wrzeszczał do „Kadłubka” był ładował pocisk, co ten uczynił. „Bajan” nacisnął spust. Czołgiem szarpnęło, a Polacy zobaczyli wybuch pocisku obok celu. Nie trafili.

Ten za to wystrzelił po raz kolejny i znów trafił. Tym razem Polacy „dostali” pociskiem przeciwpancernym bezpośrednio w wieżę. W wyniku uderzenia odprysły rozgrzane odłamki pancerza. Kilka z nich przebiło łuski pocisków, zapalając proch. W czołgu wybuchł pożar.

„Tomek” czym prędzej wycofał Panterę i skręcił w ul. Mireckiego. Tam nie sięgał ogień z broni maszynowej i żołnierze mogli opuścić palącą się maszynę. Pierwszy wyskoczył jego dowódca, por. Romański, który miał najlepszy dostęp do włazu na wieży. Za nim wyskoczył pchor. Bagiński. Obaj mieli niewielkie, nie przeszkadzające w dalszej walce oparzenia. „Bajan” był lekko ranny w nogę.

Najbardziej poparzony byli kapral Zenka, i podchorąży Bartnicki. Obaj, w palących się ubraniach, wyskoczyli przez włazy i rzucili się na ziemię. Tarzali się po bruku, chcąc zdusić płomienie. Zaraz pojawili się noszowi, którzy zanieśli poranionych na Gęsiówkę. Dyżurujący tam medycy opatrzyli ich (okłady z maści tranowej) i dali zastrzyk przeciwtężcowy.  Półprzytomni ranni, po czterech godzinach zostali załadowani do samochodów, i zawiezieni na ul. Bonifraterską, do szpitala Jana Bożego (budynek ten, nieistniejący obecnie, znajdował się w okolicach kościoła pw. Jana Bożego).

Wieść o walce czołgów dotarła do porucznika Miciuty bardzo szybko. Zebrał on paru żołnierzy i pobiegł na ul. Mireckiego, żeby osobiście przekonać się o sytuacji i wspomóc odparcie natarcia przeciwnika. Widział jeszcze zabieranych do szpitala żołnierzy i dymiący czołg.

„Wacek”, zrozumiawszy, że uszkodzenia czołgu nie wyeliminowały go z walki, nakazał ponownie go obsadzić. Tylnym włazem wszedł „Tomek” i „Rawicz”. Zabrali ze sobą odrobinę amunicji. Niemcy musieli się nieźle zdziwić, kiedy silnik „WP” znów „zagrał”, a lufa obróciła się w kierunku niedawnego przeciwnika. Tym razem jednak strzał był celny i wrogi czołg wybuchł.

Atak niemiecki trwał do wieczora. Znów udało się go odeprzeć. Straty jakie ponieśli Powstańcy były znaczne, ale i przeciwnik nie obył się bez zabitych i rannych. Być może to właśnie sprawiło, że od rana 9 sierpnia wybuchy pocisków moździerzowych ogarnęły zajęty przez Polaków cmentarz żydowski i ul. Okopową. Krążące nad tym rejonem samoloty ostrzeliwały Polaków z broni pokładowej.

Przegrupowanie i obrona „Twierdzy”

Zgrupowanie „Radosław” straciło znaczne zapasy amunicji i poniosło straty. Co więcej, nocą z 9 na 10 sierpnia dotarł do dowódcy Zgrupowania rozkaz zmuszający go do wyekspediowania batalionu „Parasol” na Stare Miasto, a batalion „Czata 49” na Stawki. Podpułkownik Mazurkiewicz dysponował odtąd siłami nie przekraczającymi 600 ludzi. Nie wystarczyło to do tego, żeby obsadzić linię trzech nekropolii. Zmusiło to go do skrócenia linii obronnej. Ulica Mireckiego, podobnie jak rejon Gęsiówki zostały opuszczone. Polacy zajmowali jedynie cmentarz żydowski oraz „Twierdzę” i fabrykę Pfeiffera.

Tam też stały powstańcze dwie pantery. Klemy akumulatorów były odpięte od styków, żeby baterie niepotrzebnie nie rozładowywały się. „Magda” ryglowała ul. Okopową w kierunku ul. Powązkowskiej, a „WP” stał przy fabryce Pfeiffera, zapewne strzegąc pozycji od południa. Dwuosobowe załogi (celowniczy i zamkowy) turami czuwały w ich wnętrzach, aby  w każdej chwili ostrzelać atakującego przeciwnika.

 

 

Nieustalony żołnierz przy „Magdzie”
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Około godziny 830 od ul Powązkowskiej wjechały trzy czołgi i pojazd opancerzony. Dyżur wtedy mieli podchorążowie Witold Ociepski („Downar”) i Marian Kwiecień („Pobóg”) z załogi Pantery „WP”. Niemcy oddali jeden strzał, pociski trafiły w gąsienice „Magdy”. Przerwali ogień. Chyba zdziwili się, że Pantera nie ostrzeliwuje się. Tymczasem „Downar” z „Pobogiem” nie mogli obrócić wieży, bo brakowało prądu, który zasilał siłowniki.

Wystrzał z czołgu postawił na nogi resztę plutonu. Z zabudowań „Twierdzy” wybiegł kpr. „Filar” (NN). Biegnącego przez ulicę podoficera zauważyły załogi pojazdów opancerzonych, które otworzyły ogień z karabinów maszynowych. Był on jednak spóźniony i kapral dobiegł do „Magdy”. Podłączył on styki w akumulatorze. Lufa się obróciła i działo wystrzeliło. Pojazd opancerzony wybuchł. Jeden z towarzyszących mu czołgów został uszkodzony i czym prędzej opuścił teren walk. Razem z nim wycofała się reszta. Atak towarzyszącej im piechoty również został odparty.

Kilka godzin później ppłk „Radosław” nakazał zniszczyć gniazdo karabinu maszynowego umiejscowione na wieży kościoła Karola Boromeusza. Ze względu na braki w amunicji, pozwolił jednak wystrzelić tylko dwa razy. Już pierwszy strzał zniszczył cel.

Wieczorem tego dnia z okolic ul. Młynarskiej Niemcy wyprowadzili kolejny atak.  Znów zostali odparci, ale Zgrupowanie „Radosław” poniosło znaczne straty. Czołgom brakowało amunicji, a akumulatorów nie dało się dostatecznie naładować. Polacy postanowili więc zebrać wszelkie możliwe materiały i uczynić jak najbardziej sprawnym choć jeden z czołgów. To sprawiło, że postanowiono o przeniesieniu resztek amunicji i najpotrzebniejszych rzeczy z czołgu „WP” do „Magdy”. Jej stan techniczny był nieco lepszy od drugiej maszyny. Późnym wieczorem 10 sierpnia Powstańcy spalili stojący przed fabryką Pfeiffera czołg „WP”. Tym razem spłonął doszczętnie.

Odwrót na Starówkę

Atak 10 sierpnia od północy oznaczał, że wróg zaczyna realnie myśleć o okrążeniu sił Polskich. Od samego rana 11 sierpnia na pozycje Polaków spadały pociski moździerzowe i z broni maszynowej.

Wraz z nastaniem godziny 800 z ul. Mireckiego ruszyło kolejne natarcie przeciwnika. Tym razem nadwerężone siły polskie nie mogły się mu przeciwstawić i po godzinie nieprzyjaciel był już pod oknami „Twierdzy”. Wtedy, od północy, inny oddział wroga zaatakował pozycje na placu Parysowskim (nieistniejące obecnie targowisko, które należałoby lokować w  obrębie ulic Okopowej, Stawki, Al. Jana Pawła II i Dzikiej). Udało mu się także wypchnąć Powstańców z magazynów SS przy ul. Stawki i znajdującej się po sąsiedzku gmachu Państwowej Szkoły Męskiej im.  J. i M. Roeslerów (dziś Zespół Szkół Licealnych i Ekonomicznych nr 1). Tym samym stało się to, czego obawia się każdy dowódca-żołnierze zostali okrążeni.

Podpułkownik „Radosław” zebrał podległych mu oficerów. Podczas krótkiej narady zakomunikował, że Powstańcy będą się przebić się z okrążenia w kierunku na obsadzone przez nieprzyjaciela pozycje na Stawkach. Wspomóc ich w tym mieli kontratakujący Powstańcy ze Starego Miasta.

Uzupełniono bak „Magdy” i załadowano kilka ostatnich pocisków. Czołgiem dowodził por. „Wacek”. Celowniczym został ppor. Roman Padlewski („Skorupka”), a zamkowym ppor. Krzysztof Tyszkiewicz („Krzysztof”). Strzelcem był pchor. „Pobóg”. Kierowcą został ppor. Zdzisław Moszczeński („Ryk”).

Zaraz po naradzie żołnierze wyruszyli do ataku. Dowodzący całością natarcia ppłk „Radosław” wziął ze sobą ok. 300 ludzi. Byli to głównie żołnierze z batalionu „Miotła” pod dowództwem kpt. Franciszka Mazurkiewicza („Niebora”). Awangardą sił był ostatni czołg plutonu pancernego. Pozostałych kilkudziesięciu żołnierzy zostało w „Twierdzy”, aby trzymać Niemcom wyjść na tyły przebijających się żołnierzy.

Czołg jechał ul. Niską, a piechota szła obok, przez pl. Parysowski, a następnie wzdłuż ul. Stawki. Zdziwiony brakiem aktywności nieprzyjaciela, por. Miciuta wysłał jednego z członków załogi do „Radosława”, żeby potwierdził kierunek natarcia. Podpułkownik Mazurkiewicz nakazał iść do przodu.

Czy był to słuszny kierunek okazało się chwile później, kiedy Polacy podeszli pod zabudowania szkoły i magazynów na Stawkach. Niemcy otworzyli morderczy ogień z broni maszynowej. Padli pierwsi ranni i zabici. Wiele obrażeń odniósł chociażby ppłk „Radosław”, a jego brat, kpt. „Niebora” (pośmiertnie mianowany majorem), poległ. Około godziny 1115 dowodzenie natarciem przejął szef sztabu Zgrupowania „Radosław”, mjr Wacław Janaszek („Bolek”). Nakazał szturmować dalej. Od „wyrąbania” sobie korytarza zależało być albo nie być Powstańców na cmentarzach wolskich.

Żołnierze ukryli sie za pryzmami gruzów i murem otaczającym parcelę szkoły i magazynów. Częściowo osłoniło to ich przed ostrzałem przeciwnika. Z drugiej jednak strony, nie mogli się ruszyć. Aby przełamać impas, „Wacek” nakazał skręcić w lewo. Czołg przejechał między zaległymi Polakami, a Niemcami, po czym sforsował mur parceli. Zaraz potem załoga poczuła wstrząs. To odezwało się jedno z dział, ale pocisk nie przebił pancerza. Czołg obrócił wieżę i zniszczył armatę, ale zaraz odezwały się kolejne. Wywiązał się pojedynek z działami przeciwpancernymi. Po chwili załoga spostrzegła, że zwrócona w prawo wieża została zablokowana. Jeden z pocisków trafił idealnie w styk wieży z kadłubem.

Około godziny 1200 Niemcy oddali pole. Rychło w czas, bo nie było już czym strzelać. „Wacek” nakazał wycofać czołg na zachód, tą drogą, którą przyjechali. Załoga czołgu widziała jeszcze, jak piechota wtargnęła do budynków. Placówki batalionu „Miotła” rozciągały się teraz od ul. Okopowej, aż do Stawek-połączenie ze Starówką znów było nawiązane.

Nie oznaczało to wcale poprawy sytuacji. Polacy musieli opuścić kirkut i teraz kpt. „Jan” dowodził już tylko obroną samej „Twierdzy”. Jej obrońcy byli dziesiątkowani. Znajdowali się oni pod permanentnym ogniem moździerzy, czołgów i dział jeżdżącego w okolicy pociągu pancernego, co doszczętnie zrujnowało broniony przez nich budynek. Był on przestrzelony na wylot, i groził zawaleniem. Około godziny 1400 Niemcy wyprowadzili kolejny atak. Tym razem nacierali przez cmentarze powązkowski oraz ze strony żydowskiego i ewangelickiego. Wdarli się do budynku. Powstańcy odparli atak walcząc wręcz, ale kpt. „Jan” nie miał złudzeń. Ok. 1600 zaraportował mjr „Bolkowi”, że nie jest w stanie dłużej utrzymywać .

Wobec tego, mjr Janaszek nakazał przeprowadzić ewakuację na Stare Miasto nowo wytworzonym korytarzem. Pod Twierdzę podjeżdżały samochody. Kilkukrotnie kursowały one między szpitalami na Starówce, a pozycjami na ul. Okopowej. Mogący chodzić żołnierze i jeńcy skierowali się ku ruinom getta.

Zajechała także „Magda”, która stanęła naprzeciwko szkoły przy ul. Okopowej. Jej kadłub zasłaniał Niemcom pole ostrzału od strony ul. Powązkowskiej. Był to jej ostatni manewr, bo akumulatory się wyczerpały. Jeden z oficerów plutonu, ppor. Jerzy Wodziński („Ibrys”) wraz z sierż. „Gniewem” (NN) wsiadł na motocykl i pognał na Stare Miasto. Znaleźli kilka baterii i wrócili na Okopową. Ostrzeliwani przez nieprzyjaciela żołnierze usiłowali prowizorycznie podłączyć je szeregowo, byle tylko umożliwić wycofanie czołgu. Nie udało się. Podpalili maszynę  i wycofali się.

„Magda” szybko zgasła. Po raz kolejny podpalił ją inny wycofujący się z „Twierdzy” żołnierz Plutonu Pancernego, strz. Ryszard Sutka („Rysiek”). Czołg znów szybko przestał się palić, pewnie dlatego, że nie było w nim dość łatwopalnych elementów.

Czołg znów jednak stanął w ogniu. Podporucznik Tadeusz Bednarek („Błyskawica”) z batalionu „Miotła”, który ok. godziny 1800 po raz ostatni jechał do szkoły na ul. Okopowej w poszukiwaniu rannych, których nie zdążono zabrać. Widocznie nie znalazł żadnych, bo zatrzymał się i oblał czołg benzyną. Na Starówce zameldował o tym por. Romańskiemu.

Ten wysłał ppor. Jerzego Misiewicza („Tomek”) i kpr. pchor. Witolda Ociepskiego („Downara”), kierowcę i ładowniczego z dawnej załogi czołgu „WP”, żeby sprawdzili, czy „Magda” została zniszczona. Obaj wsiedli do samochodu i pognali ul. Niską. Kiedy dojechali do skrzyżowania z ul. Okopową, zobaczyli zapewne, że nieopalona Pantera stoi jak stała. „Tomek” zatrzymał auto, a „Downar” podbiegł do czołgu z zadaniem ponownego go podpalenia. Znajdujący się jednak w okolicy Niemcy obrzucili podchorążego granatami. Jeden z odłamków poważnie ranił Powstańca w podbrzusze. „Tomek” zdołał go jednak załadować do auta i zabrać do jednego ze staromiejskich szpitali.

Niemcy przejęli więc nie spalony czołg. Czy wykorzystali go przeciw Powstańcom? Prawdopodobnie nie, źródła o tym nie mówią. Być może kiedy zobaczyli osmaloną maszynę z niedziałającym silnikiem uznali ją za wrak. Nie wiadomo także co się stało z wrakami obu czołgów. Najpewniej zostały usunięte już po wojnie, podczas akcji odgruzowywania Warszawy.

Za dowodzenie czołgiem podczas walk o Gęsiówkę por. „Wacek” został przedstawiony przez kpt. Jana Andrzejewskiego („Jan”) do odznaczenia Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Za walkę w szeregach plutonu do tego samego odznaczenia został przedstawiony por. Zygmunt Zbichorski („Zygmunt), oficer techniczny oddziału. Ponadto za walkę na Woli, ppłk Jan Mazurkiewicz („Radosław”), kpt. „Jan” oraz dowodzący batalionem „Zośka” por. Ryszard Białous („Jerzy”) zażądali Krzyży Walecznych dla wielu żołnierzy plutonu pancernego, m.in. por. „Rawicza”, ppor. „Skorupki” oraz podchorążych „Bajana” i „Kadłubka”. Krzyżami Walecznych zostali też odznaczeni podchorążowie z załogi czołgu „WP”: bracia Ociepscy („Kostrzewa i „Downar”), Mieczysław Kijewski („Jordan”), Jerzy Michalski („Dąbrowa”). Także kpr. „Filar” (NN) oraz strz. „Rysiek” z drużyny technicznej zostali wyróżnieni Krzyżami Walecznych. Odznaczenia te zostały nadane dużo później, nierzadko długie lata po wojnie, kiedy kapituły zweryfikowały wnioski.

Pluton pancerny, został przerzucony na Stare Miasto, gdzie znów czekały na służących w nim żołnierzy walki w pierwszej linii, tym razem jako piechota, ale wciąż pod tą samą nazwą. Razem ze Zgrupowaniem „Radosław” pluton por. „Wacka” bił się w gruzach Starówki, Czerniakowa i Mokotowa, kończąc działania bojowe w Śródmieściu wraz z kapitulacją Powstania.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Magda” atakuje Gęsiówkę, czyli Powstańcy wyzwalają obóz koncentracyjny

09 gru

dobycie czołgów znacząco wzmocniło możliwości ofensywne oddziału. Załoga „Magdy” wspomogła atak na szpital św. Zofii i szturm Gęsiówkę.

Szturm na szpital św. Zofii.

Czwartego sierpnia grupa oficerów Zgrupowania „Radosław” głowiła się nad wyeliminowaniem z walki obsady szpitala św. Zofii (skrzyżowanie ul. Żelaznej i Żytniej) oraz znajdującego się bliżej ul. Leszno (dziś Aleja „Solidarności”) kompleksu obsadzonego przez żandarmerię. Stanowiły one niebezpieczny punkt na tyłach Zgrupowania. Podpułkownik Jan Mazurkiewicz („Radosław”), planował natarcie siłami batalionu „Miotła” pod dowództwem swojego brata kpt. Franciszka Mazurkiewicza („Niebora”) wsparte przez załogę „Magdy”. Całością ataku miał dowodzić szef sztabu Zgrupowania „Radosław”, mjr Wacław Janaszek („Bolek”).

Odprawa zakończyła się ona ok. godziny 11 i porucznik Micuta zaraz poszedł do czołgu, by wydać rozkazy. Czołg ruszył na pozycje wyjściowe. Silnik pracował nierówno. Jeden z gaźników był uszkodzony. Mechanik Jan Uniewski zdołał go prowizorycznie naprawić.

Magdę zaparkowano na podwórzu jednej z fabryk przy ul. Dzielnej. Tam do podszedł oficer łącznikowy, ppor. Zygmunt Ziemięcki („Gałązka”). Pokazał on załodze cele ataku. Maszynę przestawiono i mogła ostrzeliwać jak najwięcej celów. Na pierwszy ogień miało pójść około dziesięć stanowisk karabinów maszynowych. Potem Pantera miała przejechać do zabudowań Monopolu Tytoniowego (ul. Pawia) i stamtąd niszczyć kolejne punkty oporu przeciwnika.

Tuż przed atakiem major „Bolek” wezwał na naradę podległych mu oficerów. Dowódca plutonu pancernego, porucznik Wacław Miciuta („Wacek”) przekazał czasowo dowodzenie czołgu w ręce oficera technicznego plutonu, por. Zygmunta Zbichowskiego („Zygmunt”). Zakazał mu atakowania Niemców bez wyraźnego rozkazu.

Około 1330 żołnierze otrzymali informację, że mają być gotowi szturmu o 1700. Pech jednak chciał, że w polskie plany ataku zakradł się chaos. Do „Zygmunta” zgłosił się ppor. Ziemięcki, który z kolei wyznaczył godzinę szturmu na 14. Porucznik Zbichowski otrzymał więc sprzeczne dyspozycje. Udał się do kapitana „Niebory” i poprosił o wysłanie gońca do dowodzącego akcją mjr „Bolka” z zadaniem wyjaśnienia nieścisłości. Usłyszał odpowiedź odmowną.

 

Żołnierze batalionu „Zośka” na tle „Magdy”.
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Wracając „Zygmunt” usłyszał gwizd i zobaczył, że prowadzona przez „Nieborę” piechota rusza do ataku. Niemcy byli przygotowani. Otworzyli w stronę szturmujących huraganowy ogień. Padli pierwsi ranni i zabici. Natarcie zaczęło się załamywać. Nie zważając na nieobecność por. Micuty nakazał załodze zająć stanowiska. Działo wystrzeliło po raz pierwszy. Narożnik jednego z domów zawalił się. Karabin maszynowy wyleciał na bruk. Obok złomu leżeli zabici Niemcy.

Sierżant podchorąży Wiktor Bartnicki („Kadłubek”) na zmianę ładował pociski przeciwpancerne i odłamkowe. Żołnierze obserwowali kolejne wybuchy w oknach Szpitala. Po siedmiu strzałach kierowca wycofał maszynę w stronę Monopolu Tytoniowego. Maszyna łatwo przejechała bramę i umieszczoną za nią barykadę, a następnie kierowca ustawił ją na pozycji do strzału. Załoga miała teraz strzelać na wprost przez ruiny getta. Pryzmy gruzów jednak nie ułatwiały tego zadania. Porucznik „Zygmunt”, nie zważając na ostrzał, wyskoczył z bezpiecznego czołgu i z przedpola wyznaczał cele. Dyspozycje przekazywał załodze poprzez sznur łączników.

Do por. „Zygmunta” podczołgał się ppłk Mazurkiewicz, który nakazał mu przesunięcie czołgu bliżej pozycji niemieckich. Rozkaz ten wykonano natychmiast. „Magda” podjechała blisko zabudowań i likwidowała kolejne gniazda karabinów maszynowych. Nagle żołnierzom w czołgu zjeżyły się włosy na głowie. Silnik „Magdy” stanął! Byli kilkadziesiąt metrów od pozycji niemieckich! Przez kilkadziesiąt sekund kierowca, ppor. Zdzisław Moszczeński  („Ryk”) męczył się z rozrusznikiem, po czym miarowy stukot silnika przebił się przez strzelaninę. Zaraz nadeszło kolejne zmartwienie-zacięła się wieża. Aby strzelać, należało obrócić całe czterdziestotonowe cielsko.

Natarcie załamało się. Po nastaniu zmroku mjr „Bolek” nakazał odwrót. Zdziesiątkowany oddział kpt. „Niebory” wycofał się osłaniany przez „Magdę”.

Zaraz po powrocie na stanowiska wyjściowe nadbiegł dowódca plutonu pancernego. Był wściekły. Zbeształ por. „Zygmunta” za to, że poprowadził maszynę do walki bez wyraźnego rozkazu. Między oboma oficerami wywiązała się ostra kłótnia, którą przerwało wezwanie na naradę u ppłk „Radosława”. Po jej zakończeniu doszli do porozumienia.

Czołg „WP”

Tymczasem drugi czołg smętnie stał w zwalisku. Gdyby udało się go uruchomić, byłby on dla „Zośki” znaczącym wzmocnieniem. Powstańcy podjechali drugą Panterą i podczepili liny. Lina się naprężyła, ale czołg ani drgnął. Gąsienice „Magdy” tylko zryły nawierzchnię.

Zmieniono więc taktykę. Porucznik Micuta wezwał kilku ochotników z fabryki Pfeiffera (nieistniejący budynek przy dzisiejszej ul. Smoczej 43). Z zapałem zabrali się do pracy  i wieczorem odkopali oni maszynę z gruzu, połamanych desek i innych materiałów. Obraz jaki zobaczyli, nie napawał zadowoleniem. Jej pancerz miał liczne wgniecenia od pocisków, a w wyniku zderzenia potłukły się peryskopy. Z tyłu wieży ziała szeroka na 25 cm, spowodowana przez wybuch pocisku od PIATa. Co gorsza, nie działał silnik. Wolski majster „Lumeński” ruszył do pracy i znów spisał się doskonale.

Czołg „WP”. Z włazu wychyla się majster „Lumeński”
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Tymczasem podchorążowie Bartnicki i Myszkowski-Bagiński zaciekawieniem zajrzeli do wnętrza uszkodzonej Pantery. W kabinie walały się łuski od karabinu maszynowego. Było też sporo zaschniętej krwi. Widocznie ktoś z załogi musiał odnieść obrażenia podczas trafienia czołgu. Polacy założyli słuchawki i laryngofony. Radiostacja działała. Znaleźli też zapasowe soczewki do przyrządów optycznych, co pozwoliło na szybką naprawę uszkodzeń.

Zaraz jednak nadszedł kolejny zawód. Działo nie strzelało. Czterokrotne naciskanie spustu nie dawało rezultatu. „Kadłubek” spostrzegł jednak przyczynę i musiał się nieźle przerazić. Pocisk bowiem nie odpalił i zaklinował się w zamku. Uszkodzony był też mechanizm igliczny. Mając podstawowy zestaw narzędzi zabrał się do roboty. Z odrobiną szczęścia naprawił lufę.

W odróżnieniu od „Magdy”, drugi czołg nie otrzymał nazwy. Przyjęło się miano „WP” od liter oficjalnego monogramu Wojska Polskiego umieszczonych na tylnej części pancerza wieży. Dwie polskie flagi znajdowały się po lewej stronie wieży. Nie zamalowano niemieckich oznaczeń na kadłubie.

Skompletowano także kolejną załogę. Dowódcą czołgu został zastępca „Wacka”, por. Eugeniusz Romański („Rawicz”). Mechanikiem-kierowcą był  ppor. Jerzy Misiewicz („Tomek”). Stanowiska radiostrzelca objął kpr. Marian Kwiecień („Pobóg”). Kapral podchorąży Witold Ociepski („Downar”) był ładowniczym. Jego brat Zbigniew, kpr. pchor. „Kostrzewa”, został amunicyjnym. Na celowniczego wyznaczono plut. pchor.  Jerzego Michalskiego („Dąbrowa”)

Nowoutworzona załoga pojechała do „Twierdzy” na ul. Okopową. Z rozkazu ppłk „Radosława” czołgi miały stanowić swego rodzaju oddział uderzeniowy, w razie ataku na pozycje Powstańców ze strony placu Kercelego.

 

Plany szturmu

Nastał 5 sierpnia. Rankiem w kwaterze „Radosława” przy skrzyżowaniu ul. Mireckiego z Okopową stawili się oficerowie Zgrupowania „Radosław”. Był dowódca Brygady Dywersyjnej „Broda 53”, kpt. Jan Andrzejwski („Jan”) i por. Ryszard Białous  („Jerzy”), dowódca Batalionu „Zośka”. Towarzyszył im por. Wacław Miciuta („Wacek”). Podczas rozmowy oficerowie poruszyli kwestię Żydów znajdujących się w tzw. Gęsiówce. Argumentowali, że jej zdobycie uratuje znajdujących się tam Żydów od niechybnej śmierci pozwoli zabezpieczyć połączenie ze Starym Miastem. „Radosław” sceptycznie odniósł się do tego pomysłu. Uznał, że atak na ten podobóz KL Warschau może zakończyć się masakrą żołnierzy.

Gęsiówka była terenem zamkniętym od zachodu ul. Okopową, od południa ul. Gęsią (dziś Mordechaja Anielewicza), od wschodu ul. Zamenhofa, a od północy ulicami Wołyńską, Ostrowską (dziś biegną w ich miejscu ul Lewartowskiego i osiedlowa uliczka) oraz Glinianą (biegła między dzisiejszymi ulicami Anielewicza i Miłą, od ul. Smoczej do Okopowej).

Obiekt potencjalnego ataku został zamieniony w twierdzę. Polacy wprawdzie zdobyli 3 sierpnia połowę obozu (zamykającą się w kwadracie ulic Okopowej, Gęsiej, Smoczej i Glinianej), ale nie polepszało to zanadto sytuacji. Zajęty przez Niemców „obóz ścisły” okalał wysoki mur, zwieńczony drutem kolczastym pod napięciem. Ponadto, wrodzy żołnierze obsadzali bunkier i wieże strażnicze („bociany”) z dużymi oknami, skąd mogli prowadzić ostrzał z broni maszynowej. Na skrzyżowaniu ul. Smoczej z Gęsią była barykada, a przy bramie Gęsiówki była kolejna.

Mogło być tak, ze nim Polacy zdążą dobiec do baraków, zostaną poszatkowani przez karabiny maszynowe, których przeciwnik miał pod dostatkiem. Co więcej atak musiał zostać przeprowadzony szybko. Załoga Gęsiówki pilnowała 350 (326 mężczyzn i 24 kobiety) osadzonych tam Żydów różnej narodowości.  Aby ich zabić Niemcy potrzebowali ok. 5-10 minut. Wystarczyło jedynie wycelować karabiny maszynowe…

Porucznik Białous rozumiał to i wraz ze swoim zastępcą, por. Eugeniuszem Stasieckim („Piotr Pomian”) obmyślił nowy plan. Główną siłą uderzeniową miały być „WP” i „Magda”. Maszyny miały podjechać pod obóz od strony ul. Okopowej i Gęsiej. Celem pancerniaków były dwie barykady i niszczenie kolejnych „bocianów”. Potem należało sforsować bramę.

To nią miała wtargnąć piechota podzielona na dwa skrzydła. Lewe stanowili żołnierze plutonu „Felek” pod dowództwem ppor. Konrada Okolskiego („Kuba”). Na prawo od nich miały posuwać się 1. pluton z 3. kompanii prowadzony przez ppor. Władysława Cieplaka („Giewont”). Pluton „Alek” pod por. Eugeniuszem Koecherem („Kołczan”) miał zająć stanowiska bliżej ul. Okopowej i ostrzeliwać wieże obozu. Chodziło o to, żeby oszukać załogę „Gęsiówki, że Polacy chcą zaatakować Pawiak (ul. Dzielna 24/26) i jednocześnie ubezpieczać atak przed wypadem ze strony więzienia.

Całością natarcia miał dowodzić osobiście por. „Jerzy”. Przewidywał, ze podczas ataku będzie, wraz z por. „Piotrem Pomianem”, jak najbliżej powstańczej Pantery, by z bliska koordynować natarcie.

Po dwóch godzinach od pierwszej narady, „Wacek”, „Jan” i „Jerzy” znów stawili się u „Radosława” Podpułkownik Mazurkiewicz zaaprobował nowy plan, dokonując jednak pewnej modyfikacji. Przydzielił atakującym tylko „Magdę”. Czołg  „WP” został na ul. Okopowej, na wypadek niemieckiego ataku od zachodu. Po szerszym omówieniu kilku innych kwestii, oficerowie zsynchronizowali zegarki.

 

Atak na „Gęsiówkę”

Do akcji „Jerzy” wyruszył w towarzystwie por. „Piotra Pomiana” i dowódcy kompanii „Rudy” (pod którą podpadał pluton „Felek”), ppor. Andrzejem Romockim („Morro”). Po chwili dołączył do nich kpt. „Jan”,  który nie mógł wytrzymać napięcia. Inni żołnierze byli rozlokowani miedzy pryzmami gruzów getta.

Zbliżała się godzina 1000. Porucznik Białous poniósł lornetkę do oczy i zobaczył, że Niemcy na wieżach nie zdradzali objawów paniki. Byli jednak w pełnej gotowości, bo kiedy polska drużyna karabinu maszynowego ostrzelała jedną z wież, natychmiast z kilku „bocianów” gruchnęły serie z karabinów maszynowych.

Niemcy przestali strzelać, kiedy tylko zobaczyli jadący ul. Okopową czołg. „Magda” podjechała w okolice miejsca, gdzie byli oficerowie dowodzący natarciem. „Wacek” zamienił jeszcze parę słów z „Jerzym” i „Janem”, po czym pancerniacy szczelnie zamknęli klapy włazów i podjechali dalej.

Niemcy nie strzelali. Myśleli, że to jakiś niemiecki oddział wysłał im czołg na odsiecz. „Magda” podjechała bliżej zwaliska złomu zagradzającego ulicę.      Wieża się obróciła i czołg sforsował barykadę. Załoga poobijała się trochę. Wachmanni podnieśli alarm. To nie byłą odsiecz, a atak Powstańców! Pewnie z bliska zobaczyli szachownice. Zaczął się gęsty i nieszkodliwy dla czołgu ogień z karabinów maszynowych.

Celowniczy za meldował, że widzi cele w odległości nie większej, niż 50 metrów. Rozkaz mógł być tylko jeden-strzelać! Wieża obróciła się, a z działa buchnął ogień. Pierwszy strzał był trafiony. Narożnego „bociana” ogarnęła eksplozja. Po chwili lufa obróciła się i padł drugi strzał. Kolejna wieża była zniszczona.

Czołg ruszył dalej i sforsował masywną, żelazną bramę obozu, a następnie barykadę. Ledwie maszyna stoczyła się z barykady i siedzący w niej żołnierze poczuli silny wstrząs. Czyżby Niemcy mieli broń przeciwpancerną? Była to „tylko” mina. Jej wybuch był jednak zbyt słaby, żeby zrobić „Magdzie” jakąś większą szkodę.

Z chwilą pierwszego strzału „Jerzy” poderwał swoich ludzi. Żołnierze dobiegli w bezpośrednią bliskość więzienia. Zaraz potem kolejny pocisk czołgu rozerwał się na drugiej wieży. Po chwili Powstańcy byli wewnątrz obozu. Ogień karabinów maszynowych się zwielokrotnił. Szturmujący nie bali się kul. Przez rozwaloną bramę wbiegły plutony podporuczników „Kołczana” i „Giewonta”. Rozbiegli się po obozie. Skutecznie czyścili pomieszczenia zajęte przez Niemców.

„Wacek” wykrzykiwał kolejne rozkazy. Jego głos ginął w kakofonii dźwięków silnika i odgłosów walki. Jego Podwładnie jednak wiedzieli co robić. „Ryk” mistrzowsko manewrował czołgiem. Kapral Jan Zenka („Walek”) kosił SS-Mannów z karabinu maszynowego.  Sierżant podchorąży Jan Myszkowski-Bagiński  („Bajan”) podawał kolejne koordynaty celów. Łuski parzyły ręce „Kadłubka”, ale nie przestawał on ładować. Amunicyjny, plut. pchor. Mieczysław Kijewski („Jordan”) podawał mu kolejne pociski.

Lufa „Magdy” obracała się. Kolejne pociski trafiały w dwie kolejne wieże. Ostrzeliwano kolejne punkty oporu, po czym czołg przetoczył się w głębszą cześć obozu. Teraz celem był bunkier i „biały dom”-komendantura Gęsiówki. Kabinę czołgu wypełniła chmura gazów prochowych. Wentylacja nie działała.

 

Jeden z „bocianów”
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 

Zaskoczeni Niemcy zaczęli oddawać pole. Opuszczając kolejne budynki i „bociany” gnali do północnego muru obozu. Kilku SS-Mannów przeskoczyło go, po chwili jednak zostali ścięci serią z karabinu maszynowego. To byli obsadzający szkołę przy ul. Stawki (dziś Zespół Szkół Licealnych i Ekonomicznych nr 1) Powstańcy. Inni uciekali w stronę Pawiaka. Reszta, jeżeli nie zginęła, dostała się do niewoli.

Po godzinie od rozpoczęcia ataku przyszedł rozkaz przerwania ognia. Było po wszystkim. Gęsiówka została zdobyta! Po stronie polskiej poległ plut. Juliusz Rubini („Piotr”). Podczas szturmu, udzielając pomocy rannym, ciężko ranna została sanitariuszka Zofia Krassowska („Zosia Duża”). Zmarła w Szpitalu Wolskim (ul. Kasprzaka 17) następnego dnia. Niegroźnie ranny został plut. Jerzy Zastawny („Pręgus”).

Oddział żydowski

Załoga „Magdy” otworzyła włazy. Świeże powietrze wkradło się do kabiny bojowej. Po chwili „Kadłubek” z kolegami wychylili się z czołgu. Zauważyli, jak „Zośkowcy” prowadzą jeńców. Charakterystyczne, ciemne mundury z romboidalna naszywką „SD” na lewym rękawie świadczyły o tym, że byli to SS-manni z Sicherheistsdienst (niem. służba bezpieczeństwa). Szli spokojnie, ale ich twarze były bardzo blade. Czyżby spodziewali się, że czeka ich sąd polowy?  Wszak wyrok dla takich bandytów mógł być tylko jeden-śmierć.

Równocześnie wśród żołnierzy ubranych w charakterystyczne, zielonkawe „panterki” pojawiły się postacie w biało-niebieskich pasikach. Wykrzykiwali słowa w różnych językach-polskim, czeskim, gruzińskim, francuskim, greckim, węgierskim, hebrajskim i niemieckim. To byli Żydzi, których wachmani nie zdążyli ich zabić. Obozowe warunki nadszarpnęły jednak ich zdrowie. Byli strasznie wychudzeni, a ich twarze zapadnięte. Z drugiej jednak strony, wyzwolenie nadało im tyle siły, że płacząc ze szczęścia lgnęli do żołnierzy. Krzyczeli, że gdyby nie Powstańcy, to Niemcy by ich wymordowali.

 

 

Powstańcy patrolują zdobytą Gęsiówkę
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Najbardziej ciekawski wydawał się być piętnastoletni czeski Żyd. Tak bardzo chciał zobaczyć wszelkie zakamarki polskiej maszyny. Zeskoczył jednak z pancerza i pobiegł do baraku. Po chwili wrócił i podał pchor. Bartnickiemu porcelanową figurkę pantery ze słowami, że przez cały okres uwięzienia udało mu się przechować i teraz oddaje ją w ręce Polaków. Odtąd stała się ona talizmanem żołnierzy plutonu.

Kiedy wreszcie „Wacek” przepchnął się przez tłum, udał się w samotny spacer o polu bitwy. Zobaczył Żydów stojących w dwuszeregu. Jeden z nich, stanął w postawie zasadniczej. Zameldował się jako pchor. Henryk Lederman („Heniek”). Przekazał porucznikowi Miciucie komendę nad dowodzoną przez siebie setką ludzi, w większości weteranów powstania w getcie.

Porucznik nie do końca wiedział, co zrobić z podporządkowanym mu oddziałem. Nakazał więc czekać na dalsze instrukcje. Porozumiał się z por. „Jerzym”, który nakazał sformować Żydom kolumnę i pokierować ich do „Twierdzy”. Tam każdy z nich dostał jedzenie. Łączniczki podawały kawę z cukrem, chleb z marmoladą i konserwy. Żydom wydano też ubrania-z racji braków materiałowych były to w znamienitej części mundury niemieckie.

 

Nowi ludzie

Tymczasem kpt. „Jan”, wraz z „Jerzym” i „Wackiem” udali się na naradę do „Radosława”. Podpułkownik wyraził podziw z tak szybkiej i udanej akcji. Zgodził się też na wcielenie Żydów w szeregi powstańcze. Zapoczątkowało to w„Twierdzy” jeden wielki targ umiejętności. Poszczególni żołnierze Zgrupowania przeszukiwali rozentuzjazmowaną grupę ludzi w poszukiwaniu fachowców, np. kucharzy i krawców, ale i mechaników.

Porucznicy „Wacek” i „Zygmunt” chcieli stworzyć drużynę techniczną, odpowiedzialną za naprawy czołgów. Głównym mechanikiem został „Lumeński”. Spośród Żydów do pomocy dostał kpr. „Filara” (NN), który okazał się być specem od instalacji elektrycznych. Znaleźli się też mechanicy samochodowi: pchor. Henryk Lederman („Heniek”), kpr. „Kuba” (NN), kpr. „Kobus” (NN) i strz. Ryszard Siutka („Rysiek”). Był też Dawid Goldman („Gutek”).

Dzień po zdobyciu „Gęsiówki”, 6 sierpnia do oddziału zgłosił się ochotnik. Był nim ppor. Roman Padlewski („Skorupka”). Został drugim zastępcą dowódcy plutonu pancernego. Nowymi żołnierzami zostali także pchor. Aleksander Groinin („Aleksander”) i sierż. Jan Wolanowski („Wolny”). Halina Sejko-Degórska („Iga”) pełniła funkcje łączniczki. Pod komendą porucznika Wacława Miciuty („Wacek”) znajdowało się w sumie 25 osób.

 

 Ciąg dalszy nastąpi…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Magda” zwana „Pudlem”

23 lis

 Wyruszający do walki Powstańcy nie byli wyposażeni w broń pancerną. Mieli ją zdobyć na wrogu. Żołnierzom batalionu „Zośka” udało się zdobyć dwie Pantery.

Zgrupowanie „Radosław” pod dowództwem ppłk Jana Mazurkiewicza („Radosław”) było jednym z tych ugrupowań, które zdołało wypełnić większość powierzonych zadania na dzień 1 sierpnia. Mimo stawienia się na miejscu koncentracji przy ul. Okopowej jedynie 40% żołnierzy, około godziny 1930 Zgrupowanie zdołało opanować większość ciągu ul. Okopowej od placu Kercelego (nieistniejące dziś targowisko zamykające się mniej więcej w terenie ograniczonym ulicami Ogrodową, Leszno, Młynarską i Wolską) wraz z przylegającymi do nich cmentarzami kalwińskim, ewangelickim i żydowskim.

Obsadzenie tego rejonu przez Polaków utrudniało Niemcom znacząco możliwości działania przeciwko Powstańcom. Chcąc spacyfikować głębię miasta, musieli przebić się przez pierwszą linię obsadzoną przez żołnierzy „Radosława”. Nie jest też wykluczone, ze wychodzący na Kercelak żołnierze Kedywu stanowili zagrożenie dla jednej z arterii przelotowych przez miasto. Jej cześć biegała ul. Wolską.

Czołgi!

Wróg zamierzał użyć wszelkich możliwych sił by wywalczyć sobie drożność ul. Wolskiej. W tym celu zaplanował atak w stronę ul. Okopowej.  Kiedy około 700 przestał padać deszcz, Niemcy zaatakowali. Kiedy oddziały dotarły w rejon ul. Karolkowej, natarcie zostało zatrzymane. Dowodzący oficer nie był do końca pewien rozlokowania sił Powstańczych. Dlatego też wysłał na rozpoznanie w stronę Powązek dwa czołgi Panzerkampfwagen V „Panther” (niem. Pantera).

 

Panzerkampfwagen V Panther (fot. Wikimedia Commons)

 

 

Długo szukać Powstańców nie musiały. Ulicę Karolkową zamykała barykada, którą Polacy (z powodu braku broni przeciwpancernej) opuścili. Zwalisko belek, mebli i śmietników nie było dla czołgów problemem. Czołgi pojechały w głąb ulicy. W jednej z bram na rogu z dzisiejszą ul. Mireckiego znajdowały się kolejne pozycje Polaków. Widząc czołgi, dwóch żołnierzy odbezpieczyło granaty. Nie wyrządziły one czterdziestopięciotonowym maszynom szkód, a celowniczy puścił serię w kierunku zabudowań.

Kiedy Pantery wyjechały w ul. Okopową, skręciły w lewo. Tam było więcej żołnierzy z batalionu „Zośka” (III pluton „Felek” z kompanii „Rudy”). Zamknęli oni ulicę barykadą z wagonów tramwajowych. Załogi obu Panter ostrzelały ją z karabinów maszynowych. Z początku Polacy trwali na stanowiskach. Po chwili jednak dowódca plutonu „Felek”, por. Konrad Okolski („Kuba”), zrozumiał, że jest to niebezpieczne i nakazał wycofać się za mur cmentarza żydowskiego. Stojąc przy bramie krzykiem wydał rozkaz podciągnięcia na linię drużyny przeciwpancernej. Zaraz podbiegł niosący skrzynkę granatów Gammon dowódca plutonu „Alek” z kompanii „Rudy”, por. Eugeniusz Koecher  („Kołczan”). Rozdał je między żołnierzy.

Czołgi jechały jeden za drugim. Kiedy pierwszy z nich znalazł się w rejonie skrzyżowania ul. Okopowej z Glinianą (mniej więcej w miejscu dzisiejszego centrum handlowego „Klif”), poleciały granaty. Po chwili Powstańcy usłyszeli zwielokrotniony huk eksplozji. Kierowca jeszcze chciał się wycofać, ale było za ciasno. Powstańcy znów rzucili granaty. Maszyna zahaczyła o słup tramwajowy i przewróciła go. Silnik zgasł. Niemcy uciekli do drugiego czołgu.

Załoga drugiej Pantery wciąż się ostrzeliwała. Zebrawszy swoich kolegów, jej kierowca zawrócił pojazd na południe. Czterdziestopięciotonowy kolos gnał z pełną prędkością w kierunku placu Kercelego. Chwile później, znów nastąpiła eksplozja. To żołnierze plutonu osłony dowódcy Kedywu, ppłk Jana Mazurkiewicza („Radosław”) rzucili na ulicę dwukilogramowy worek wypełniony trotylem. Nie trafili. Czołg jechał dalej. Na rogu dzisiejszego skrzyżowania ul. Okopowej z Mireckiego, żołnierze wygarnęli do niego z granatnika PIAT. Trafili w tył wieży. „Pancerka” straciła sterowność i stoczyła się z nasypu (Okopowa biegła kiedyś na wysokim na ok. 1,5 m nasypie). Maszyna przebiła się przez mur odgradzający działki (dziś stoją w tym miejscu bloki) i wbiła się w drewnianą szopę.

„Magda” zwana „Pudlem”

Niemcy, niektórzy z nich ranni, dostali się do niewoli. Podporucznik Jan Rodowicz („Anoda”), zastępca dowódcy plutonu „Felek”, wbiegł na pancerz czołgu stojącego na Okopowej i chwycił karabin maszynowy na wieży. Wystrzelił kilka serii. Działał! Sierżant podchorąży Witold Bartnicki („Kadłubek”) wraz z sierż. pchor. Janem Myszkowskim-Bagińskim („Bajan”) i ppor. Tadeuszem Szajnochem („Cielak”) wleźli do czołgu i zaraz krzyknęli z zachwytu. W środku były bowiem cygara, bochenki chleba, płachty namiotowe i ubrania-istne skarby dla żołnierza!

Radosną fetę przerwało nadejście porucznika Wacaława Micuty („Wacek”). Oznajmił on, że otrzymał rozkaz sformowania plutonu czołgów. Obejrzał dokładnie maszynę, po czym zaoferował dwóm podoficerom i oficerowi służbę w swoim plutonie. Zgodzili się ochoczo, a po godzinie otrzymali oficjalny rozkaz wystawiony przez dowódcę Brygady Dywersyjnej „Broda 53” kpt. Jana Andrzejewskiego („Jan”). Czołgi zostały podporządkowane batalionowi „Zośka”.

Zdobyta Pantera została przez załogę nazwana „Magdą”. Jej dowódcą został por. „Wacek”, a za sterami usiadł ppor.  Zdzisław Moszczeński („Ryk”). Strzelcem-radiotelegrafistą został kpr. Jan Zenka („Walek”). „Kadłubkowi” poruczono zadania ładowniczego, a celowniczymi zostali  „Bajan” i plut. pchor. Mieczysław Kijewski („Jordan”).

Czołg nie wyglądał na zbytnio uszkodzony. Na pancerzu było widać kilka uszkodzeń, świadczących o tym, że czołg już wcześniej był w walce. Szybko jednak okazało się, że silnik nie działa. Polacy nie wiedzieli jak go uruchomić.  „Wacek” polecił więc „Walkowi” sprowadzić jednego z członków załogi zdobytej Pantery. Miał on naprawić usterkę pod rygorem rozstrzelania, jeżeli będzie sabotował prace. Krótka ekspertyza pancerniaka wykazała, że zniszczenia były poważne-granaty prawdopodobnie uszkodziły pompę paliwową. Niemiec oświadczył, że trzeba by wyjąć silnik i dokonać reperacji w warsztacie.

 

 

Porucznik „Wacek” przesłuchuje wziętego do niewoli członka załogi jednej z Panter
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 

Słowa te musiały zmrozić Powstańców. Zdobyli czołg, który jest niesprawny? W sukurs strapionym żołnierzom przyszedł Jan Uniewski („Lumeński”). Ów pojawił się w zasadzie znikąd. Podobnie jak inni wyszedł z jednej z okolicznych kamienic, kiedy usłyszał o zdobyciu czołgów. Spadł Powstańcom z nieba. Jako mechanik pracował w Heereskraftfahrpark-u (wojskowy park maszynowy). Co więcej, naprawiał czołgi! Mając jedynie skrzynkę narzędziową, jaką Polacy wygrzebali z czołgu, zabrał się do pracy. Po otwarciu klapy silnika zdjął duże filtry powietrza. Oczom Powstańców ukazało się 12 cylindrów. Z pomocą innych żołnierzy „Radosława” mechanik zaczął dłubać.

Tymczasem wieść o zdobyciu „Magdy” rozeszła się wśród cywili i żołnierzy. Porucznik „Wacek” chodził koło zdobytej maszyny i przeganiał tych, którzy zbyt blisko podeszli. Nie można było przeszkadzać pracującym żołnierzom. Już i tak załoga musiała opierać się „atakom” dziennikarzy, którzy chcieli podziwiać świeżo zdobyte cacko. Pchali się do kabiny i wchodzili na pancerz. Robili zdjęcia wewnątrz i na zewnątrz czołgu. Zadawali przy tym nawet najprostsze pytania, które wywoływały wśród żołnierzy życzliwy uśmiech.

Wśród tłumu mundurów i cywilnych ubrań pojawił się łysiejący mężczyzna, ubrany w płaszcz z opaską i kapelusz. Na pytanie porucznika Miciuty o personalia, przybysz odpowiedział, że jest jednym z żołnierzy i chce tylko obejrzeć Panterę. „Wacek” szykował się już do przegonienia człowieka, kiedy ppłk „Radosław” stanął na baczność przed nieznajomym i zameldował się. Teraz się okazało, z kim dowódca plutonu miał do czynienia. Na inspekcję przyszedł Dowódca AK, gen. dyw. Tadeusz Komorowski („Bór”). „Wacek” dokładnie pokazał generałowi czołg.

W tej samej chwili pracujący przy nim „Lumeński” właśnie otarł brudną ręką pot z czoła i zaordynował uruchomienie wozu. Maszyneria zaczęła „grać”. Siedzący za sterami „Ryk” jeszcze podkręcił obroty, po czym wyłączył silnik. Nie było sensu nadwerężać ledwie naprawionego czołgu.

Stukot silnika wywołał ogromną euforię wśród zgromadzonych. Rozpierany dumą wolski majster został przez generała odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami. Było to pierwsze odznaczenie nadane podczas Powstania. „Lumeński” został też etatowym mechanikiem oddziału.

 

Próbne strzelanie.

Wieczorem 2 sierpnia por. „Wacek” otrzymał rozkaz przesunięcia oddziału pod kwaterę ppłk Jana Mazurkiewicza. Chrzęszcząc gąsienicami, kierowany przez ppor. „Ryka” czołg zajechał w okolice skrzyżowania z ul. Mireckiego, gdzie mieściła się kwatera główna Zgrupowania „Radosław”.

Następnego dnia do por. „Wacka” podszedł kpt. Jan Andrzejewski („Jan”), który przekazał mu wydany przez „Radosława” rozkaz wykonania „próbnego strzelania”. Celem miał być kościół pw. św. Augustyna, stojący na terenie zrujnowanego getta. Miał on bardzo wysoką wieżę, na której Niemcy ustawili gniazdo karabinu maszynowego. Dzięki jego umiejscowieniu, mogli trzymać pod ogniem dość duży obszar.

Żołnierze zabrali się do roboty. Kierowca uruchomił silnik. Ładowniczy („Kadłubek”) wsunął do zamka pocisk. Celowniczy, sierż. pchor. „Bajan”,  odbezpieczył działo i nacisnął spust. Lufa odskoczyła do tyłu, a kabinę wypełnił gryzący dym. Żołnierze mogli poczuć jak w praktyce gazów prochowych oddziałują na ich układy oddechowe. Dławiąc się, podchorąży Bartnicki włączył wentylator. Kiedy mógł spojrzeć przez peryskop, zobaczył, że szczyt wieży kościoła nie jest spowity dymem. Nie trafili? Po chwili wystrzelili raz jeszcze. Tym razem pocisk dosłownie rozerwał gniazdo karabinu maszynowego. Dopiero po wojnie okazało się, że i pierwszy strzał był celny-pocisk po prostu wbił się w mur, nie wybuchając. Został rozbrojony przez saperów rozminowujących stolicę po wojnie.

Po wykonaniu zadania czołg odjechał w stronę koszar. Mieściły się one w szkole przy ul. Okopowej 55a w gmachu szkoły Św. Kingi (obecnie Zespół Szkół im. Michała Konarskiego). W budynku tym, nazywanym przez Powstańców  „Twierdzą”, pancerniacy mieli swój pokój z tabliczką z napisem „Pluton pancerny”.

Maszyna została przemalowana. Na przednim pancerzu namalowano dużą, biało-czerwoną szachownicę oraz znak Polski Walczącej. Po bokach zamalowano niemieckie oznaczenia i zastąpiono je pionowymi biało-czerwonymi pasami oraz lilijkami harcerskimi. Po prawej stronie (na błotniku) widniał napis „Pudel”, pseudonim pierwszego poległego z plutonu „Felek”, ppor. Tadeusza Tyczyńskiego. Załoga jednak wciąż nazywała czołg „Magdą”.

 

„Magda” z szachownicą na przednim pancerzu
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 

Wydatnym wzmocnieniem możliwości plutonu było przekazanie przez dowództwo batalionu „Parasol” zdobytego niedawno samochodu ciężarowego. Kiedy Powstańcy otworzyli pakę, zobaczyli  150 skrzynek wypełnionych amunicją czołgową. W każdej znajdował się jedn pocisk przeciwpancerny i odłamkowy. Kaliber pasował idealnie. Pozwoliło to na zapasów w czołgu (41 nabojów odłamkowych i tyle samo przeciwpancernych), a resztę złożono w altance na rogu ulic Mireckiego i Okopowej. Nie na tym koniec szczęścia. Oficer techniczny plutonu pancernego, por. Zygmunt Zbichorski („Zygmunt”) znalazł w okolicznych budynkach ok. 3000 litrów ropy. Obsługa techniczna czołgów uzupełniła bak, używając do tego celu znalezionej pompy.

Ciąg dalszy nastąpi…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • Twitter
  • Twitter
  • Facebook
  • Facebook